niedziela, 19 lutego 2017

Genialna przyjaciółka, Historia nowego nazwiska, Elena Ferrante



Genialna przyjaciółka/Historia nowego nazwiska, Elena Ferrante
przekład z języka włoskiego Lucyna Rodziewicz-Doktór
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2016
Książki zawierają informację, że przekład był możliwy dzięki pomocy finansowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Włoskiej

Dwie, wymienione tu powieści są częścią czterotomowego cyklu, o którym jest dość głośno z kilku powodów. Po pierwsze, nikt nie wie kim jest Elena Ferrante, choć teorii jest kilka. Po drugie, tetralogia jest monumentalnym dziełem, które mimo usiłowań nie bardzo daje się zaszufladkować. Była już porównywana do W POSZUKIWANIU STRACONEGO CZASU Marcela Prousta lub MOJEJ WALKI Karla Ovego Knausgarda. Przez krytykę literacką oceniana znakomicie, różnie przez czytelników. 
Zdecydowanie jestem w gronie tych zachwyconych. Powieść jest tak wielowarstwowa, wielowątkowa, że spotkałam już opracowania, w których wymienia się całe ich listy. 
Jest jednocześnie powieścią obyczajową, polityczną, feministyczną, historyczną, filozoficzną...
Wszystko zależy od stopnia wczytania się i tego, czego w niej  szukamy. A muszę powiedzieć czyta się znakomicie. Nie mogłam się od niej oderwać! I choć spotkałam się z zarzutami, że język jest banalny, zbyt prosty, to zdania nie podzielam. Prostota języka, nawet jeśli jest faktem, nie może być wadą. Często jestem umęczona zbyt kwiecistym językiem, stosowaniem kalk, gotowych zwrotów, przewidywalnością sformułowań, męczącymi, nieistotnymi opisami. 
W kilku miejscach zostałam oczarowana sformułowaniami. Na przykład porównując dwóch chłopaków, prostego robotnika z biednych przedmieść Neapolu i absolwenta uniwersytetu z inteligenckiej rodziny, stwierdza: "Od Antonia dzieliły go całe biblioteki, a mimo to byli tak do siebie podobni." 
Powieść napisana jest w formie autobiografii i pierwsze dwa tomy to około dwudziestu lat życia narratorki. Ale to również dwadzieścia lat Neapolu i Włoch. To okres z jednej strony ogromnych przemian obyczajowych a z drugiej uporczywe trwanie w tradycyjnym modelu rodziny, który sankcjonował przemoc fizyczną, inne podejście do wychowania córek i synów. Ferrante otwarcie wini kobiety-matki, za to, że godząc się na stosowanie przemocy przez mężów, formułują jasny przekaz do synów, że jest to czymś naturalnym, oczywistym i akceptowanym.
Nie mam zwyczaju streszczać fabuły, więc wspomnę tylko, że narratorce, głównej bohaterce udaje się wyrwać ze środowiska, kończy studia na uniwersytecie jako jedyna z rodziny, ba, z dzielnicy. I stwierdza: "Mój ojciec skończył piątą klasę szkoły podstawowej, moja matka zatrzymała się na drugiej, o ile wiedziałam, nikt z przodków nie potrafił poprawnie czytać i pisać. Ja dokonałam cudu."
A przy tym wszystkim pozostaje wciąż ocean kompleksów, bo sposób zachowania, wyrażania się, ubierania, gestykulacji, jedzenia...to wszystko co dla jednych było wyssane z mlekiem matki, dla niej musiało być wyuczone, wyćwiczone. Tak, by zerwać z przypisaniem do warstwy społecznej, z której tak usilnie chciała się wyrwać.

Na koniec mała uwaga dotycząca technicznej strony wydania. Z pewnością zaletą jest, że książki są szyte, szczególnie przy pięciuset, sześciuset stronach w tomie. 
Jednak, uważam, że zrobiono krzywdę tetralogii wydając ją w konwencji "babskiego czytadła". To zupełnie nie koresponduje z zawartością merytoryczną! Co ciekawe, widziałam kilka różnych wydań w londyńskich księgarniach i żadne nie wyłamało się pod względem graficznym. 
A ja znalazłam jeszcze jedną ciekawostkę. Od kilku lat na jednej z półek stoi książka z dokładnie tą samą okładką, tylko nieco inaczej wykadrowaną. Żeby było ciekawiej, to książki są wydane przez inne wydawnictwa i Świat Książki nie podał nazwiska autora okładki. Zrozumieć nie mogę, jak mając takie tradycje edytorskie, tak mocarne środowisko plastyczne, można robić takie rzeczy. Dowód poniżej.
Podsumowując, jestem zachwycona powieścią, od jakiegoś czasu marzyłam o książce, od której nie będzie można się oderwać.
A Monice i Kubie dziękuję za prezent :) 






czwartek, 19 stycznia 2017

Polska odwraca oczy, Justyna Kopińska


Polska odwraca oczy, Justyna Kopińska
Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2016

Justyna Kopińska jest wielokrotnie nagradzaną dziennikarką i autorką dwóch książek. Krótka notka biograficzna tutaj.
Książka POLSKA ODWRACA OCZY to cykl reportaży o głośnych wydarzeniach ostatnich lat, takich jak kontrowersyjne wyjście na wolność na mocy amnestii zabójcy czterech chłopców, czy historia lekarki, ordynator oddziału psychiatrycznego, która wraz z częścią personelu znęcała się nad pacjentami (ODDZIAŁ CHORYCH ZE STRACHU).
Nie jest to lekka lektura, wprost przeciwnie. Raczej depresyjna, dla ludzi o silnych nerwach. Pozostawiająca czytelnika z lawiną pytań, również tych o sens takich publikacji. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma sensu poruszać takiej tematyki, raczej jakie są/będą skutki nagłośnienia tych wydarzeń.
Chciałoby się zadać pytanie gdzie jest PAŃSTWO, co jest nie tak z ludźmi, prawem, etyką, myśleniem... Kto za to odpowiada? Czy uczestnicy wydarzeń poniosą konsekwencje lub dlaczego ich nie ponieśli.
Lektura nie napawa optymizmem, a to kilka przykładów.

SPOKOJNY SEN ANNY
To o Trynkiewiczu, który na mocy amnestii opuścił więzienie, w którym odbywał karę za zamordowanie czterech chłopców. Psycholożka spotykająca się z Trynkiewiczem, poznaje z nim swoją koleżankę, a ta wychodzi za niego za mąż. Totalny odjazd. Dowód, że myślenie jest w regresie. Wywiad z tą kobietą, jest wstrząsający. A szczególnie fragment, w którym ona mówi, że mąż chce po wyjściu na wolność odwiedzić las, gdzieś pod Piotrkowem Trybunalskim, bo tak kocha to miejsce. W tym lesie, prawie trzydzieści lat temu zakopał zwłoki czterech chłopców!

ODDZIAŁ CHORYCH ZE STRACHU
To opowieść o psychopatycznej ordynator oddziały psychiatrycznego, która wraz z częścią personelu znęcała się nad dzieciakami. I jedno wstrząsające zdanie, że możliwość wykorzystywania seksualnego pensjonariuszy oddziałów psychiatrycznych, jest BONUSEM za ciężką pracę.
I choć wszyscy o tym wiedzą, zwyrodnialcy są bezkarni, z cholerną panią psychiatrą na czele.

NIEŚMIERTELNOŚĆ CHRABĄSZCZY
O takiej miłości, bez której życie nie ma sensu.
Może jedyne pozytywne opowiadanie w tym zestawieniu...gdyby nie finał.

TEN TRUP SIĘ NIE LICZY
O pracy policji, o pogardzie dla człowieka, dla sprawiedliwości, bo liczą się statystyki....

BEETHOVEN Z MURZASICHLA
O gehennie rodziców niepełnosprawnego dziecka. O nieziemsko trudnym dostępie do edukacji osób niepełnosprawnych, o niemożliwym przygotowaniu ich do samodzielnego życia. O tym, że można wyrządzić niewyobrażalne krzywdy bezkarnie, bo lekarza nikt nie rozlicza z konsekwencji błędnych decyzji, zaniechania leczenia, ignorancji...
Politycy deklarujący się jako obrońcy życia, demagodzy negujący prawa kobiet do podejmowania decyzji, zostawiają je zupełnie bez pomocy, bo przecież nie chodzi o to, by komuś pomóc. No może jedynie sobie, w osiągnięciu partykularnych celów. Kobieta w tym reportażu stwierdza, że w wielu rodzinach na Podhalu są dzieci w różnym stopniu niepełnosprawne intelektualnie. Mówi się tam, że to przez niedobór jodu...
Czy ktoś prowadzi badania na ten temat? Czy są jakieś statystyki dotyczące powodów tak częstych przypadków? Czy robi się COKOLWIEK by temu zapobiec, ograniczyć?
Czy zakłada się, że religijne PODHALE przyjmie wszystko z pokorą jako wolę bożą?

SĄD W NIEWOLI W ZDUŃSKIEJ WOLI
O Polsce powiatowej, gdzie obowiązują inne standardy. Gdzie nie obowiązuje prawo, rządzi korupcja, szantaż i zastraszenie. No i co? Nic. Wszystko w majestacie prawa, bo sprawdza się zasada, że jak kraść to miliony, aby było stać na dobrych adwokatów.
...

Nie będę streszczać wszystkich reportaży, ale podkreślę jeszcze raz, że są dla ludzi o mocnych nerwach.
Czytając miałam nieodparte wrażenie, że żyję w innym świecie. Jakby była inna Polska, do której szczęśliwym trafem nie mam dostępu. Świat równoległy, w którym zaciera się granica między chorym psychicznie a psychiatrą. Może nawet nie tyle, że zaciera się, ale bardziej chory jest lekarz, terapeuta, sanitariusz.
Gdyby wiedzę opierać na tej lekturze, to system penitencjarny jest w Polsce patologią. Strażnicy to zwyrodnialcy, handlarze narkotyków i może są na równi zdeprawowani co odbywający wyroki.
Do tego decyzje o zwolnieniach warunkowych podejmowane są na wariackich papierach, nikt niczego nie konsultuje z pedagogami, psychologami, bo i tak wszyscy mają wszystko w dupie. Nikt nie czuje się za nic odpowiedzialny. Nieważne, że socjopata wyjdzie na wolność i zgwałci, zamorduje ponownie.
Strażnik więzienny, który zastrzelił trzy osoby, dostał do ręki kałasznikowa i wylądował na wieżyczce strażniczej, bo nie nadawał się do innej pracy w więzieniu. Nawet do najprostszej pracy fizycznej.
Nieważne, że komisja wojskowa stwierdziła, że jest niezrównoważony i nie można mu dawać dostępu do materiałów wybuchowych i broni. Nie ma systemu, który łączyłby wiedzę o człowieku z jednego miejsca z innym.
Każda poruszona sfera życia to patologia. Podstawą zatrudnienia nie są kwalifikacje, lecz koneksje. Usprawiedliwieniem działalności przestępczej są niskie płace. Świetnie po prostu, bo w ten sposób można usprawiedliwić wszystko, największe skurwysyństwo.
Do tego jeszcze wątek kościelny, a właściwie zakonny. Na mocy konkordatu świeckie instytucje nie mogą skontrolować tego co się dzieje w placówkach wychowawczych prowadzonych przez zakonników. A opisane historie są szokujące.
Wspólny wniosek jest tak przygnębiający, że boję się go werbalizować. Bo jeśli nie można mieć zaufania do osoby duchownej, lekarza czy instytucji związanych z prawem, to do kogo można mieć?
Kolejna wspólna uwaga dotycząca wszystkich poruszanych wątków, to to, że ludzie są coraz głupsi, a myślenie staje się przywilejem nielicznych.
Zwracałam uwagę wielokrotnie, że wiele środowisk w tym kraju stara się być postrzeganych jako te broniące praw kobiet. Sugerują choćby, że napływ emigrantów spowoduje większe zagrożenie kobiet. Problem jednak tkwi w seksistowskim podejściu samych Polaków do kobiet i to tych, którzy chcą być postrzegani jako osoby religijne. Z klerem włącznie. Rząd ma problem z ustawą antyprzemocową, twierdząc, że w kraju nikt przemocy wobec kobiet nie stosuje. Zabiera się środki finansowe nielicznym instytucjom, które tej pomocy udzielają.
Zwracałam również kilka razy uwagę na niezwykłą wyrozumiałość wymiaru sprawiedliwości dla sprawców przemocy, gwałtów, również tych dokonanych z niezwykłym okrucieństwem. Kobiety są stygmatyzowane, przechodzą piekło przesłuchań, nikt nie otacza ich opieką psychologiczną. Pada częsty zarzut pod ich adresem, że sprowokowały, bo spódniczka była za krótka, dekolt za głęboki a makijaż za staranny.
Nie wiem czy powinnam polecać ten zbiór, skądinąd świetnie napisanych reportaży.
Może wprost przeciwnie, powinnam powiedzieć nie czytajcie, żyjcie w swoich małych światach i próbujcie widzieć to co chcecie zobaczyć.
Mnie pozostaje życzyć, by wasze światy nie otarły się nawet o te opisane tutaj.
Szczęśliwego nowego roku.

wtorek, 13 grudnia 2016

1981

Były takie czasy, że w sklepach nic nie było. A jak było, to było na kartki, po znajomości, spod lady... Rodzice poprosili abym pojechała na wieś, do brata mamy i przywiozła od niego worek mąki. Pojechałam razem z Hanką, przyjaciółką. Był sobotni wieczór, wujka nie było i we trzy z ciotką, piłyśmy jakąś paskudną gorzałkę, prawdopodobnie własnej roboty. Spałyśmy z Hanką w jednym pokoju, a ona miała zwyczaj spać przy włączonym radiu. Wczesnym rankiem, w niedzielę 13 grudnia, obudził nas monotonny głos i powtarzająca się fraza, z której dotarło do mnie tylko, że jest wojna. 
Do naszego pokoju weszła zapłakana babcia, która powtarzała, że my nie wiemy jakie to straszne, bo wojny nie przeżyłyśmy. Trzeba było wracać szybko do domu i ogarnąć sytuację. Jak dwie debilki ciągnęłyśmy na dziecięcych saneczkach worek z kilkudziesięcioma kilogramami mąki, bo w K. dworzec kolejowy jest kilka kilometrów od wsi. Nawet żartowałyśmy, że jak wojna, to szmugiel żarcia ze wsi.
We Wrocławiu na dworcu głównym był chaos. Tłum błąkających się ludzi, odwołane pociągi. Pod dworcem kilkaset osób czekających na taksówki. Ulicą Świerczewskiego jechała kolumna wojskowych pojazdów. Hanka poszła do budki telefonicznej, zadzwonić po kogoś z samochodem. Jakiś facet wyśmiał jej optymizm, telefony nie działały. Byłyśmy tak przerażone, że pojęcia nie mam jak dostałyśmy się do domu. Mam to totalnie wymazane z pamięci. Wszyscy spędzaliśmy ten dzień przy radiu lub telewizorze, nasłuchując kolejnych komunikatów.
Szybko dowiedzieliśmy się, że zawieszono działalność wyższych uczelni. Były jakieś pogłoski o interwencji ZOMO w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarniczej, gdzie trwał strajk. Rozpędzono studentów i w ten sposób spacyfikowano strajki. Studentom kazano opuścić akademiki i zakwaterowano tam ZOMO. Wprowadzono godzinę milicyjną...
Słyszało się o aresztowaniach. 
Teraz po 35 latach tworzy się nową historię. Wymazuje się bohaterów i kreuje nowych. Znowu są ludzie, którzy uważają, że lepiej wiedzą co dla nas jest dobre. 
Zaczynam wierzyć, że moi rodacy mają jakiś gen autodestrukcji.