niedziela, 14 stycznia 2018

Wszystko czerwone/Dwie głowy i jedna noga, Joanna Chmielewska


Wszystko czerwone, Joanna Chmielewska
Wydawnictwo Klin, Warszawa, 2015

Dwie głowy i jedna noga, Joanna Chmielewska
Wydawnictwo Olesiejuk, 2015


Choć Joanna Chmielewska wciąż ma wielu fanów, myślę, że przeważają wśród nich ludzie trochę starsi. Tacy, którzy znają czasy, w których osadzone są wcześniejsze jej powieści. A może się mylę?
Przede wszystkim, nie wierzę, że jest zrozumiała dla młodszych czytelników. Szczególnie nastolatków, którzy są nieco oderwani od rzeczywistości. 
Dam przykład. 
W jakiejś dość emocjonalnej rozmowie rzuciłam od niechcenia, że inaczej spojrzą na to co się dzieje w Polsce, gdy zabiorą im paszporty i będą musieli skamlać o ich wydanie przed każdym wyjazdem za granicę. Usłyszałam, że po co im paszporty, skoro w Europie nie ma granic. Jakież było zaskoczenie, gdy dodałam, że nie ma granic, bo jesteśmy w Unii. Dla Ukraińców czy Białorusinów są granice. Mój dwudziestoletni rozmówca, ubiegłoroczny maturzysta zresztą, nie krył zaskoczenia!  

Powieści Joanny Chmielewskiej są trochę jak stare pocztówki, które pokazują inny świat, mocno już zapomniany. Czas zdecydowanie bardziej zrozumiały dla osób, które go doświadczyły. Nie wierzę, że ludzie urodzeni po 1990 roku rozumieją ekscytację wyjazdami "na zachód", wożenie rodakom mieszkającym za granicą "specjałów" typu polska gorzałka, kiełbacha czy suszone grzyby. Mieszkanie w jakichś niepojętych komunach, wszyscy na kupę, byle zaoszczędzić na hotelach czy żarciu. To jest tak totalnie obce! W takich okolicznościach spotkała się grupa Polaków, bohaterów powieści WSZYSTKO CZERWONE, napisanej w 1974 roku. Dlatego, uważam, że to co bawi w powieściach Joanny Chmielewskiej ludzi pamiętających tamten okres, może być zupełnie nieśmieszne dla młodszych, jakby wyrwanych z kontekstu. 

Przez to mocne usadowienie powieści w czasach PRL-u, z jednej strony tracą na uniwersalności, a z drugiej są bezcenną kroniką tamtych lat. Opowiedzianą zabawnie i w szalenie inteligentny sposób. Czyta się je duszkiem, są wymarzoną lekturą wakacyjną.

Inną zaletą jest to, że są znacznie w mniejszym stopniu schematyczne, niż na przykład powieści Agathy Christie. Powieści Christie przestałam czytać po którejś z kolei, gdy stwierdziłam, że zmieniają się szczegóły, ale baza, osnowa powieści jakby wciąż jest ta sama. Oczywiście, nie dotyczy to wszystkich powieści, bo są takie na miarę MORDERSTWA W ORIENT EXPRESSIE, będące kategorią samą w sobie.
Z powieści Chmielewskiej wolę zdecydowanie te wcześniejsze: LESIO (1973), DZIKIE BIAŁKO (!990), KROKODYL Z KRAJU KAROLINY (1969), STUDNIE PRZODKÓW (1979), KLIN (1964)...  W późniejszych, jakoś za mało dla mnie wątków sensacyjnych, a za dużo romansowych.
Dlatego nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia powieść DWIE GŁOWY I JEDNA NOGA z 1996 roku.
Chociaż, jak to z Joanną Chmielewską bywa, w każdej powieści można znaleźć perełkę. Jest tu taki fragment, który jest na tyle obszerny, że go nie zacytuję, ale załączam zdjęcie całej strony.  Jest tam opisany przeuroczy sposób na facetów, który, jak wynika z moich obserwacji wciąż jest bardzo aktualny i naprawdę działa :):)





I choć DWIE GŁOWY I JEDNA NOGA, to moim zdaniem słabsza z powieści Chmielewskiej (chyba już to wyżej napisałam), to nawet dla takiego jednego zdania warto było przeczytać powieść: "Brakowało mi go różnie. To wcale, to straszliwie."
No i ten fragment na stronie 46, jak szarzejąc manipulować mężczyznami- mistrzostwo świata!! 
Zatem, nawet jeśli napisało się pani Chmielewskiej coś słabszego i tak można znaleźć powód, by po to sięgnąć. 

PS: Trochę mi smutno, gdy widzę książki Joanny Chmielewskiej w marketach, bo mam wrażenie, że to umniejsza rangę jej twórczości, ale może znowu się czepiam. Spadkobiercy autorki pewnie mają inne zdanie na ten temat.

niedziela, 17 grudnia 2017

Tajemnica rodu Hegartych, Anne Enright



Tajemnica rodu Hegartych, Anne Enright
Przekład Anna Kołyszko
Wydawnictwo Literackie, Kraków


Przy tej książce kolejny raz pobiłam rekord, bo niespełna trzysta stron niewielkiej książeczki czytałam ponad trzy miesiące! Choć byłam bardzo ciekawa, co za tajemnicę kryje historia rodziny, nie mogłam się zmusić do jej czytania. Dziwne, bo po pierwszych stronach byłam nią oczarowana. Może pod wpływem kilku sformułowań z pierwszych stron, na przykład to, że „matka uosabia zapomnienie”, że była „mglista”. Taki nieoczywisty sposób użycia słów. Później było trochę gorzej, choć powieść z wielu powodów zasługuje na uwagę.
Narratorką jest jedną z dwanaściorga dzieci Hegartych. Tyle urodziło się żywych, ponoć było również wiele poronień. Dzieci były głównie zdane na siebie, znosiły ciuchy jedno po drugim, podkradały sobie ciuchy, gdy nie było czystych, wychowywały się nawzajem, bywały głodne, pozbawione opieki. Czasem podrzucano je babce. Matka cały czas była w ciąży. Albo źle się czuła, albo zajęta była niemowlęciem. Cokolwiek się w rodzinie działo, oceniane było przez pryzmat religii. Przecież rzecz dzieje się w katolickiej Irlandii w połowie XX wieku.
Ze względu na stosunkowo dużą różnicę wieku między pierwszymi a ostatnimi dziećmi, z więzią też było różnie. Trzymały się z reguły te bliżej siebie wiekowo. Tyle w kwestii charakterystyki bohaterów.
Historia zaczyna się, gdy jeden z braci popełnia samobójstwo. Narratorka, która była z nim najbardziej zżyta, opowiada o dzieciństwie, próbując znaleźć powody samobójstwa. Odkrywa pełną domysłów przeszłość babki i to, czego doświadczyli w dzieciństwie. Choć przeżycia spowodowały tak dużą traumę, że sama narratorka nie jest pewna, czy wspomnienia są faktami, czy domysłami, czy dotyczą tylko brata, czy również jej.
Nie jest to czytadło z gatunku słodkich historyjek rodzinnych. Nie jest to najlżejsza lektura, ani najgrzeczniejsza. A gdy uwzględni się, że dotyczy kraju o katolickich korzeniach, robi się szczególnie przygnębiająca.
Dwa cytaty szczególnie utkwiły mi w pamięci:
„W życiu zakochujemy się w tak niewielu osobach, które potem już na zawsze w nas pozostają.”
„Nie ufam rozmodlonym mężczyznom. Kobiety nie mają oczywiście wyboru – ale o czym myślą mężczyźni na klęczkach? Modlitwa chyba nie leży w ich naturze: są zbyt dumni.”

Smutnym wnioskiem z lektury, po raz kolejny zresztą, jest to, że z religijnej gorliwości wynika więcej złego niż dobrego.
I to, co już gdzieś wcześniej napisałam, dzieciństwo to strasznie niebezpieczny okres. Tak bardzo niebezpieczny, że aż dziw, że tyle dzieci go przeżywa bez szwanku.

niedziela, 17 września 2017

S jak Słowenia



Panorama jeziora Bled w deszczu

W wyniku szeregu zbiegów okoliczności, spędziliśmy w tym roku dwa tygodnie wakacji w Słowenii. Dotychczas przez Słowenię najwyżej przejeżdżaliśmy, jak większość, w drodze do Chorwacji. 
Trafiliśmy do Bled, małego miasteczka u podnóża Alp Julijskich. Atrakcją Bled jest niezwykłe położenie, tuż przy granicy austriackiej i włoskiej, w sąsiedztwie Triglavskiego Parku Narodowego. Właściwie wszędzie jest stąd blisko. W niecałą godzinę można dojechać do Lublany, Postojnej Jamy (największej jaskini w Europie), a zaledwie ciut dłużej nad Adriatyk. Samo Bled położone jest nad malowniczym jeziorem z wyspą, na której jest kościół. 
Jezioro Bled jest chyba najbardziej znane, ale równie piękne jest jezioro Jasna, czy Bohinj. Do tego dochodzą krystalicznie czyste alpejskie strumienie, wąwozy i wodospady. Słoweńcy to szczęściarze!
Jak doczytałam, około 48% obszaru tego kraju porastają lasy, 43% stanowią ziemie uprawne. A nasz gospodarz, właściciel apartamentu, narzekał na brak przemysłu w Słowenii!
Gdziekolwiek byliśmy, zachwycała nas czystość tych miejsc, mimo ilości turystów. Tłumów tu się zresztą nie odczuwa. 
Cały rejon oferuje tyle możliwości spędzania czasu, że można się w tym wszystkim pogubić. Są tu piękne trasy rowerowe, a w zimie trasy narciarskie. Można pływać, zwiedzać, spacerować... co kto woli. 
Słowenia jest bardzo mała, stolica, Lublana ma około 280 tys mieszkańców. Pod centrum miasta jest duży parking podziemny, co załatwia problem z parkowaniem. Jak pomyślę o ponad godzinnym szukaniu parkingu w Krakowie czy Wrocławiu...
W rejonie Triglavskiego Parku Narodowego jest mnóstwo uroczych miasteczek liczących po 4-5 tys mieszkańców, położonych w Alpach, otoczonych bajkową przyrodą. Nie wiem sama co jest większą atrakcją, architektura czy natura. Zachwyca i jedno, i drugie. 
- Jeżdżenie wąskimi alpejskimi drogami dostarcza niezłej porcji wrażeń. Byłam wielokrotnie świadkiem manewrowania, aby pojazdy mogły się wyminąć na zbyt wąskich drogach.
- Słowenia jest w strefie euro i jest trochę droższa od Chorwacji, może dlatego nie ma takiego masowego najazdu turystów. 
- Wszędzie można się napić wyśmienitej kawy za 1,2-1,4 euro.
- Słoweńcy są niezwykle przyjaźni, pomocni, życzliwi i większość mówi dobrze po angielsku.
- Stosunkowo drogie są parkingi, choć pod centrami handlowymi pierwsza godzina jest free. Kary za nieuiszczenie opłat parkingowych są dotkliwe i widziałam mnóstwo samochodów z umieszczonymi karami za brak opłat parkingowych.
- Przed wjazdem do Słowenii należy kupić winiety, które najtańsze są w strefie przygranicznej, nie opłaca się kupować w Polsce ani wcześniej. 

Jezioro Bled













Jezioro Jasna, Kranjska Gora








Kropa, miasteczko kowali. Pięknie położone, prawie 500 npm. 







Radovljica, kolejne kilkutysięczne miasteczko z pięknie zachowaną szesnastowieczną starówką.









Dovżanova Soteska








Ljubljana, jedyna europejska stolica w jakiej byłam, po której jeździ się bezstresowo, nie stoi się w korkach i można wyjechać bez nawigacji. Do tego czysta, zielona i niezatłoczona. 












Jezioro Bohinj


Slap Savica



Skofja Loka miasteczko z zamkiem na wzgórzu, ze świetnie zachowaną starówką i ... z "wieczorem" kawalerskim w połowie lokali jakie mijaliśmy. Dodam, że w środku dnia, a faceci przesympatyczni!



Jeśli ktoś dotrze do tego miejsca, to zdradzę, że po wyjeździe ze Słowenii, wciąż mi się ona śni. Zamykam oczy i widzę krystaliczne wody jeziora Bled, wyspę z kościołem i słyszę dzwon życzeń. 
Widzę zieleń we wszystkich możliwych odcieniach i ławeczki na których czytałam książki. 
Tak sobie myślę, że może będzie można czasem zobaczyć zaczytaną postać na Veslaskiej Promenadzie .... gdy będę marzyć o powrocie do Bled.