wtorek, 24 lipca 2018

Złodziej luster, Martin Seay


Złodziej luster, Martin Seay
Przełożyła Aleksandra Wolnicka
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2017

Jadąc na wakacje zabraliśmy po kilka książek z zamiarem nadrobienia zaległości i aby zmniejszyć stos nieprzeczytanych książek. 
Ta książka ma tak intrygujący opis, że nie mogłam się jej oprzeć. Jest trójwątkowa, akcja toczy się w 1592 roku, w 1958 i w 2003. Powiedziano o niej, że wątki się splatają, że tajemnica goni tajemnicę, a wszystko spinają "trzy Wenecje": Kasyno Weneckie w Las Vegas, Venice Beach i prawdziwa Wenecja. Określono to wręcz jako "trzy wcielenia Wenecji"...

A teraz rzeczywistość. W najbardziej współczesnym wątku, były żandarm wojskowy, kombatant wojen w Zatoce Perskiej i w dawnej Jugosławii, dostaje zlecenie odnalezienia pewnego człowieka, który jest leciwym szulerem, człowiekiem "przekręcającym" kasyna. W konsekwencji snuje się on po Vegas i okolicy, napotyka jakieś mętne typy, aby w końcu się dowiedzieć, że tak na prawdę nie wie po co tego kogoś szuka i na czyje zlecenia, bo sprawa jest bardziej zagmatwana niż sądził. 
Żeby było weselej, ja nie dowiedziałam się jaki był w istocie cel jego pałętania się i co miało wynikać z przeprowadzonych rozmów.
Ale przy okazji poczytałam sobie, jak facet wyciąga sztuczne oko, by umyć zanieczyszczony pusty oczodół, a także o tym, że koleś nie kontroluje procesów wydalania, co jest skutkiem odniesionych kontuzji. O niczym innym nie marzyłam!

Bohater roku 1958, to ten poszukiwany w 2003. Ma wówczas lat kilkanaście lat, skończył edukację na pięciu klasach, wciąż zmienia nazwisko i imię i jest włóczęgą. Podróżuje z młodszym chłopcem, mieszkają w opuszczonych i zrujnowanych budynkach, żyją z tego co ukradną, gry w trzy karty i prostytuowania się. Gdzieś wcześniej znalazł książkę, która go zaintrygowała do tego stopnia, że postawił sobie za cel odnalezienie autora. Wszystko byłoby świetnie, gdyby to coś zmieniło, gdyby był w tym jakiś sens. 

Wiek  XVI to już totalnie nie mój krąg zainteresowań. Po pierwsze każdy aspekt życia zdominowany jest przez religię i kościół, mam na myśli instytucję kościoła. Inkwizycję, która bacznie czuwa nad tym, by nauka nie rozwijała się zbyt dynamicznie, by wszystkie istotne dziedziny życia były pod kontrolą Kościoła Katolickiego. 
Dostajemy w tym wątku niezwykle realistyczne opisy praktyk lekarskich, zwyczajów higienicznych i... trochę historii podbitych przez Turków Bałkanów. 
Znowu okazuje się, że główny bohater uważał, że jego misja polega na czym innym, że kto inny jest zleceniodawcą.
Choć jeśli chodzi o fabułę czytelnik dostaje niezłe pomieszanie z poplątaniem, dostaje za to sugestywny opis zawartości nocnika, czy opis badania prostytutki w kierunku ewentualnych chorób wenerycznych. 
Gwarantuję, że to nie wszystkie "atrakcje" tego dzieła.
Tylko... mimo uważnego przeczytania siedmiuset stron powieści, nie dowiedziałam się po co to wszystko. 
Choć gdzieś zupełnie na ostatnich stronach nieśmiało zasugerowano magiczne znaczenie luster oraz możliwość przemieszczania się w przestrzeni i czasie za ich pośrednictwem. 
W sumie nic odkrywczego. W wielu kulturach lustrom przypisuje się moc niezwykłą, magiczną.
To tyle mam do powiedzenia na temat tej powieści...totalnie sfrustrowana zmarnowanym czasem.

niedziela, 14 stycznia 2018

Wszystko czerwone/Dwie głowy i jedna noga, Joanna Chmielewska


Wszystko czerwone, Joanna Chmielewska
Wydawnictwo Klin, Warszawa, 2015

Dwie głowy i jedna noga, Joanna Chmielewska
Wydawnictwo Olesiejuk, 2015


Choć Joanna Chmielewska wciąż ma wielu fanów, myślę, że przeważają wśród nich ludzie trochę starsi. Tacy, którzy znają czasy, w których osadzone są wcześniejsze jej powieści. A może się mylę?
Przede wszystkim, nie wierzę, że jest zrozumiała dla młodszych czytelników. Szczególnie nastolatków, którzy są nieco oderwani od rzeczywistości. 
Dam przykład. 
W jakiejś dość emocjonalnej rozmowie rzuciłam od niechcenia, że inaczej spojrzą na to co się dzieje w Polsce, gdy zabiorą im paszporty i będą musieli skamlać o ich wydanie przed każdym wyjazdem za granicę. Usłyszałam, że po co im paszporty, skoro w Europie nie ma granic. Jakież było zaskoczenie, gdy dodałam, że nie ma granic, bo jesteśmy w Unii. Dla Ukraińców czy Białorusinów są granice. Mój dwudziestoletni rozmówca, ubiegłoroczny maturzysta zresztą, nie krył zaskoczenia!  

Powieści Joanny Chmielewskiej są trochę jak stare pocztówki, które pokazują inny świat, mocno już zapomniany. Czas zdecydowanie bardziej zrozumiały dla osób, które go doświadczyły. Nie wierzę, że ludzie urodzeni po 1990 roku rozumieją ekscytację wyjazdami "na zachód", wożenie rodakom mieszkającym za granicą "specjałów" typu polska gorzałka, kiełbacha czy suszone grzyby. Mieszkanie w jakichś niepojętych komunach, wszyscy na kupę, byle zaoszczędzić na hotelach czy żarciu. To jest tak totalnie obce! W takich okolicznościach spotkała się grupa Polaków, bohaterów powieści WSZYSTKO CZERWONE, napisanej w 1974 roku. Dlatego, uważam, że to co bawi w powieściach Joanny Chmielewskiej ludzi pamiętających tamten okres, może być zupełnie nieśmieszne dla młodszych, jakby wyrwanych z kontekstu. 

Przez to mocne usadowienie powieści w czasach PRL-u, z jednej strony tracą na uniwersalności, a z drugiej są bezcenną kroniką tamtych lat. Opowiedzianą zabawnie i w szalenie inteligentny sposób. Czyta się je duszkiem, są wymarzoną lekturą wakacyjną.

Inną zaletą jest to, że są znacznie w mniejszym stopniu schematyczne, niż na przykład powieści Agathy Christie. Powieści Christie przestałam czytać po którejś z kolei, gdy stwierdziłam, że zmieniają się szczegóły, ale baza, osnowa powieści jakby wciąż jest ta sama. Oczywiście, nie dotyczy to wszystkich powieści, bo są takie na miarę MORDERSTWA W ORIENT EXPRESSIE, będące kategorią samą w sobie.
Z powieści Chmielewskiej wolę zdecydowanie te wcześniejsze: LESIO (1973), DZIKIE BIAŁKO (!990), KROKODYL Z KRAJU KAROLINY (1969), STUDNIE PRZODKÓW (1979), KLIN (1964)...  W późniejszych, jakoś za mało dla mnie wątków sensacyjnych, a za dużo romansowych.
Dlatego nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia powieść DWIE GŁOWY I JEDNA NOGA z 1996 roku.
Chociaż, jak to z Joanną Chmielewską bywa, w każdej powieści można znaleźć perełkę. Jest tu taki fragment, który jest na tyle obszerny, że go nie zacytuję, ale załączam zdjęcie całej strony.  Jest tam opisany przeuroczy sposób na facetów, który, jak wynika z moich obserwacji wciąż jest bardzo aktualny i naprawdę działa :):)





I choć DWIE GŁOWY I JEDNA NOGA, to moim zdaniem słabsza z powieści Chmielewskiej (chyba już to wyżej napisałam), to nawet dla takiego jednego zdania warto było przeczytać powieść: "Brakowało mi go różnie. To wcale, to straszliwie."
No i ten fragment na stronie 46, jak szarzejąc manipulować mężczyznami- mistrzostwo świata!! 
Zatem, nawet jeśli napisało się pani Chmielewskiej coś słabszego i tak można znaleźć powód, by po to sięgnąć. 

PS: Trochę mi smutno, gdy widzę książki Joanny Chmielewskiej w marketach, bo mam wrażenie, że to umniejsza rangę jej twórczości, ale może znowu się czepiam. Spadkobiercy autorki pewnie mają inne zdanie na ten temat.

niedziela, 17 grudnia 2017

Tajemnica rodu Hegartych, Anne Enright



Tajemnica rodu Hegartych, Anne Enright
Przekład Anna Kołyszko
Wydawnictwo Literackie, Kraków


Przy tej książce kolejny raz pobiłam rekord, bo niespełna trzysta stron niewielkiej książeczki czytałam ponad trzy miesiące! Choć byłam bardzo ciekawa, co za tajemnicę kryje historia rodziny, nie mogłam się zmusić do jej czytania. Dziwne, bo po pierwszych stronach byłam nią oczarowana. Może pod wpływem kilku sformułowań z pierwszych stron, na przykład to, że „matka uosabia zapomnienie”, że była „mglista”. Taki nieoczywisty sposób użycia słów. Później było trochę gorzej, choć powieść z wielu powodów zasługuje na uwagę.
Narratorką jest jedną z dwanaściorga dzieci Hegartych. Tyle urodziło się żywych, ponoć było również wiele poronień. Dzieci były głównie zdane na siebie, znosiły ciuchy jedno po drugim, podkradały sobie ciuchy, gdy nie było czystych, wychowywały się nawzajem, bywały głodne, pozbawione opieki. Czasem podrzucano je babce. Matka cały czas była w ciąży. Albo źle się czuła, albo zajęta była niemowlęciem. Cokolwiek się w rodzinie działo, oceniane było przez pryzmat religii. Przecież rzecz dzieje się w katolickiej Irlandii w połowie XX wieku.
Ze względu na stosunkowo dużą różnicę wieku między pierwszymi a ostatnimi dziećmi, z więzią też było różnie. Trzymały się z reguły te bliżej siebie wiekowo. Tyle w kwestii charakterystyki bohaterów.
Historia zaczyna się, gdy jeden z braci popełnia samobójstwo. Narratorka, która była z nim najbardziej zżyta, opowiada o dzieciństwie, próbując znaleźć powody samobójstwa. Odkrywa pełną domysłów przeszłość babki i to, czego doświadczyli w dzieciństwie. Choć przeżycia spowodowały tak dużą traumę, że sama narratorka nie jest pewna, czy wspomnienia są faktami, czy domysłami, czy dotyczą tylko brata, czy również jej.
Nie jest to czytadło z gatunku słodkich historyjek rodzinnych. Nie jest to najlżejsza lektura, ani najgrzeczniejsza. A gdy uwzględni się, że dotyczy kraju o katolickich korzeniach, robi się szczególnie przygnębiająca.
Dwa cytaty szczególnie utkwiły mi w pamięci:
„W życiu zakochujemy się w tak niewielu osobach, które potem już na zawsze w nas pozostają.”
„Nie ufam rozmodlonym mężczyznom. Kobiety nie mają oczywiście wyboru – ale o czym myślą mężczyźni na klęczkach? Modlitwa chyba nie leży w ich naturze: są zbyt dumni.”

Smutnym wnioskiem z lektury, po raz kolejny zresztą, jest to, że z religijnej gorliwości wynika więcej złego niż dobrego.
I to, co już gdzieś wcześniej napisałam, dzieciństwo to strasznie niebezpieczny okres. Tak bardzo niebezpieczny, że aż dziw, że tyle dzieci go przeżywa bez szwanku.