czwartek, 23 marca 2017

Sąsiedzi


Od tygodni szukam rozwiązania pewnego problemu i nic mądrego nie przychodzi mi do głowy.
Otóż mam problem z sąsiadami. Dodam, a to kluczowa informacja, że pracuję w domu i do tego naprawdę dużo, siłą rzeczy spędzam w nim sporo czasu.
Wracając do sąsiadów... Pal licho, że jedni palą na klatce i można się zjarać marihuaną przechodząc przez własny przedpokój.
Mogę przejść do porządku dziennego nad waleniem kotletów o ósmej rano w niedzielę. Swoją drogą, nie można by ich utłuc ze dwie godziny później?
Pogodziłam się z faktem, że sąsiad z naprzeciwka ma donośny głos, szczególnie gdy zaprowadza ład patriarchalny w swojej rodzinie. 
Rzeczywistym problemem są sąsiedzi za ścianą mojej sypialni. 
Pojęcia nie mam kto tam mieszka, poza tym, że jest ich kilkoro płci obojga. 
Rano, gdy wstaję do pracy, jest cudownie cichutko. Absolutnie żadnych odgłosów. Ciche są wieczory, gdzieś do około 22. Gdy około 23. ląduję w sypialni, za ścianą życie toczy się pełną parą. Gwar głosów, śmiechy, szczebiot kilkuletniego dziecka, a wszytko to nałożone na odgłosy telewizora. Trwa to wszystko do pierwszej, pierwszej trzydzieści. Następnie trochę przycicha i do około trzeciej słychać modulowane buczenie. Jakby gra komputerowa, wyścigi samochodowe czy coś. Temu buczeniu towarzyszą głosy kilku osób, zapewne coś komentujące. 
Najpierw przyszło mi do głowy, że za ścianą mieszkają WAMPIRY. Tłumaczyłoby to ich nocne ożywienie i cudowną ciszę dzienną. 
Później przeważył racjonalizm i stwierdziłam, że żadne tam wampiry, a jeśli już to raczej takie zasiłkowo-socjalne, niż pijące krew. Bo, że nie pracuje towarzystwo jest raczej oczywiste. Kto pracujący, albo chodzący do szkoły może grać do 3 nad ranem?
I tak sobie pomyślałam, że może wystąpię do nich z petycją? Bo jeśli mają nadal prowadzić swój tryb życia, móc spać do późna i udzielać się towarzysko każdej nocy, to ktoś musi pracować i płacić podatki. Więc może od czasu do czasu pozwoliliby mi się wyspać, żebym mogła wywiązać się wobec urzędu skarbowego i ZUS-u, bo te 500+ i inne na drzewach nie rosną. 

piątek, 17 marca 2017

Historia ucieczki, Historia zaginionej dziewczynki, Elena Ferrante

Historia ucieczki, Historia zaginionej dziewczynki, Elena Ferrante
przekład z języka włoskiego Lucyna Rodziewicz-Doktór
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2016
Książki zawierają informację, że przekład był możliwy dzięki pomocy finansowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Włoskiej



Przeczytałam cztery niezwykłe tomy i już tęsknię za bohaterami tej powieści. 
Trudno będzie zapomnieć tę historię. Czytając, spędziłam ponad pięćdziesiąt lat z mieszkańcami DZIELNICY. Ludzie rodzili się i umierali, kochali i nienawidzili. Dorastali, płodzili dzieci, przeżywali małe i wielkie dramaty. 
Byłam świadkiem jak dzieci stawały się dorosłe, jak różne były ich sposoby na wyrwanie się z ubóstwa. Z jaką determinacją starały się uniknąć losu rodziców.
Tetralogia jest również studium skomplikowanych relacji rodziców z dziećmi, kobiet z mężczyznami, przyjaźni, dorastania, dojrzewania...
Głównym, spinającym wszystko wątkiem jest historia niezwykłej przyjaźni narratorki z Liną, którą znała od dziecka. Ich relacja momentami graniczy z nienawiścią, bywa toksyczna, uzależniająca, ale jest osią życia. Motywuje do działania, do rozwoju. Jest czymś najcenniejszym i największą zagadką. Przyjaciółki sobie pomagają, wzajemnie się inspirują, wspierają finansowo i jednocześnie na całe lata znikają sobie z oczu, ograniczają kontakt do telefonów, lub  wręcz się unikają. Kochają tego samego mężczyznę, mają tych samych przyjaciół i wrogów. 

Równie fascynujące w tej powieści jest to, że nic tu nie jest jednoznacznie dobre, lub wyłącznie godne potępienia. Zmienia się perspektywa czasowa i zmienia się ocena ludzi i zdarzeń. 

Szukałam najlepszego określenia dla tego typu narracji i jedyne co mi przyszło do głowy, to że jest łagodna. W sensie, nie agresywna. Bardziej dziennikarska, opisująca fakty, zdarzenia, ale ich nie oceniająca. Ocena pozostaje w gestii czytelnika. 
Zachowana jest chronologię wydarzeń, dzięki czemu można się skupić na naprawdę istotnych aspektach powieści, zamiast dochodzić, w którym miejscu jesteśmy czasowo. Cudowna lekkość narracji to również brak zbędnych opisów, nadmiaru słów, absolutna precyzja przekazu. 
Te setki stron każdego tomu, czyta się jak opowieści przyjaciela. Bywają całe lata zamknięte w kilku słowach, bo przecież żadne życie nie jest tak intensywne, by trzeba je było opowiadać dzień po dniu. 
Choć postaci są scharakteryzowane lakonicznie i tak odnosi się wrażenie, że się je zna od zawsze. Ludzie, których tu znajdujemy są zarówno dobrzy jak źli, mądrzy i głupi, interesowni i wspaniałomyślni. 
Narratorka i główna bohaterka też nie kreuje się na ideał. Popełnia błędy, mnóstwo błędów i nie boi się do tego przyznać. 

I choć mam świadomość, że powieść nie jest oparta na faktach, chciałabym znaleźć wytłumaczenie zaginięcia dziecka czy intrygującego zakończenia.
Muszę jeszcze przemyśleć tyle wątków! I jak tu sięgnąć po kolejną książkę ze stosu?


niedziela, 19 lutego 2017

Genialna przyjaciółka, Historia nowego nazwiska, Elena Ferrante



Genialna przyjaciółka/Historia nowego nazwiska, Elena Ferrante
przekład z języka włoskiego Lucyna Rodziewicz-Doktór
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2016
Książki zawierają informację, że przekład był możliwy dzięki pomocy finansowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Włoskiej

Dwie, wymienione tu powieści są częścią czterotomowego cyklu, o którym jest dość głośno z kilku powodów. Po pierwsze, nikt nie wie kim jest Elena Ferrante, choć teorii jest kilka. Po drugie, tetralogia jest monumentalnym dziełem, które mimo usiłowań nie bardzo daje się zaszufladkować. Była już porównywana do W POSZUKIWANIU STRACONEGO CZASU Marcela Prousta lub MOJEJ WALKI Karla Ovego Knausgarda. Przez krytykę literacką oceniana znakomicie, różnie przez czytelników. 
Zdecydowanie jestem w gronie tych zachwyconych. Powieść jest tak wielowarstwowa, wielowątkowa, że spotkałam już opracowania, w których wymienia się całe ich listy. 
Jest jednocześnie powieścią obyczajową, polityczną, feministyczną, historyczną, filozoficzną...
Wszystko zależy od stopnia wczytania się i tego, czego w niej  szukamy. A muszę powiedzieć czyta się znakomicie. Nie mogłam się od niej oderwać! I choć spotkałam się z zarzutami, że język jest banalny, zbyt prosty, to zdania nie podzielam. Prostota języka, nawet jeśli jest faktem, nie może być wadą. Często jestem umęczona zbyt kwiecistym językiem, stosowaniem kalk, gotowych zwrotów, przewidywalnością sformułowań, męczącymi, nieistotnymi opisami. 
W kilku miejscach zostałam oczarowana sformułowaniami. Na przykład porównując dwóch chłopaków, prostego robotnika z biednych przedmieść Neapolu i absolwenta uniwersytetu z inteligenckiej rodziny, stwierdza: "Od Antonia dzieliły go całe biblioteki, a mimo to byli tak do siebie podobni." 
Powieść napisana jest w formie autobiografii i pierwsze dwa tomy to około dwudziestu lat życia narratorki. Ale to również dwadzieścia lat Neapolu i Włoch. To okres z jednej strony ogromnych przemian obyczajowych a z drugiej uporczywe trwanie w tradycyjnym modelu rodziny, który sankcjonował przemoc fizyczną, inne podejście do wychowania córek i synów. Ferrante otwarcie wini kobiety-matki, za to, że godząc się na stosowanie przemocy przez mężów, formułują jasny przekaz do synów, że jest to czymś naturalnym, oczywistym i akceptowanym.
Nie mam zwyczaju streszczać fabuły, więc wspomnę tylko, że narratorce, głównej bohaterce udaje się wyrwać ze środowiska, kończy studia na uniwersytecie jako jedyna z rodziny, ba, z dzielnicy. I stwierdza: "Mój ojciec skończył piątą klasę szkoły podstawowej, moja matka zatrzymała się na drugiej, o ile wiedziałam, nikt z przodków nie potrafił poprawnie czytać i pisać. Ja dokonałam cudu."
A przy tym wszystkim pozostaje wciąż ocean kompleksów, bo sposób zachowania, wyrażania się, ubierania, gestykulacji, jedzenia...to wszystko co dla jednych było wyssane z mlekiem matki, dla niej musiało być wyuczone, wyćwiczone. Tak, by zerwać z przypisaniem do warstwy społecznej, z której tak usilnie chciała się wyrwać.

Na koniec mała uwaga dotycząca technicznej strony wydania. Z pewnością zaletą jest, że książki są szyte, szczególnie przy pięciuset, sześciuset stronach w tomie. 
Jednak, uważam, że zrobiono krzywdę tetralogii wydając ją w konwencji "babskiego czytadła". To zupełnie nie koresponduje z zawartością merytoryczną! Co ciekawe, widziałam kilka różnych wydań w londyńskich księgarniach i żadne nie wyłamało się pod względem graficznym. 
A ja znalazłam jeszcze jedną ciekawostkę. Od kilku lat na jednej z półek stoi książka z dokładnie tą samą okładką, tylko nieco inaczej wykadrowaną. Żeby było ciekawiej, to książki są wydane przez inne wydawnictwa i Świat Książki nie podał nazwiska autora okładki. Zrozumieć nie mogę, jak mając takie tradycje edytorskie, tak mocarne środowisko plastyczne, można robić takie rzeczy. Dowód poniżej.
Podsumowując, jestem zachwycona powieścią, od jakiegoś czasu marzyłam o książce, od której nie będzie można się oderwać.
A Monice i Kubie dziękuję za prezent :)