sobota, 24 listopada 2012

Dom w Riverton i inne zagadki, Kate Morton


 
Milczący zamek, 2010 (wydanie polskie 2011)
Już sam początek jest intrygujący. Gdzieś na strychu zostaje znaleziony worek z niedoręczonymi listami sprzed pięćdziesięciu lat. Edith Burchill, redaktorka w wydawnictwie książkowym, czyta list adresowany do jej matki i wpada na ślad niezwykłej zagadki. Okazuje się, że w czasie II wojny, jej matka jako dziecko, spędziła jakiś czas w zamku Milderhurst, będącym rodową siedzibą znanego pisarza Raymonda Blythe’a. Postanawia odwiedzić zamek i dowiedzieć się czegoś więcej. Wygląda na to, że jest jej to pisane, bo w czasie wyjazdu służbowego, na spotkanie z pisarzem, którego ma wkrótce wydać jej firma, gubi drogę i ląduje niemal pod bramą posiadłości. W zrujnowanym zamku zamieszkują trzy leciwe siostry...
Opowieść jest nie tylko o rodzinnej tajemnicy, jest o tym, jak rodzina może mieć destrukcyjny wpływ na całe życie.
Od książki trudno się oderwać, chociaż i ta, i kolejne, które chcę polecić należą do kategorii CZYTADŁO, to są bardzo dobre czytadła.

Zapomniany ogród, 2008 (wydanie polskie 2009)

W roku 1913, statkiem z Londynu do Australii, przypływa mała dziewczynka, na którą nikt nie czeka. Pracownik portowy zabiera dziecko do domu, a że od wielu lat bezskutecznie starają się z żoną o dziecko, zatrzymują ją i wychowują jak własną córkę. Zmieniają nawet adres zamieszkania, żeby zatrzeć ślady. Dziewczyna ma dobry dom, kochających rodziców i naprawdę szczęśliwe życie. Do czasu, gdy w dniu dwudziestych pierwszych urodzin dowiaduje się, że nie jest biologicznym dzieckiem swoich rodziców.
Po wielu, wielu latach, w 2005 roku, jej wnuczka próbuje wyjaśnić całą historię. Chce dowiedzieć się kim byłą jej babka, dlaczego ktoś wysłał małe dziecko na koniec świata, co oznaczają strzępy wspomnień babki...
Niezwykła, pełna tajemnic historia, z nieprawdopodobnymi zwrotami akcji. Świetna, lekka lektura na długie jesienne wieczory. A jaki relaks!

Dom w Riverton, 2006 (wydanie polskie 2007, 2010)

Nie podejrzewałam, że historia, której główną bohaterką jest prawie stuletnia kobieta, może mnie tak wciągnąć.
Do domu opieki, w którym przebywa Grace Bradley, przyjeżdża młoda reżyserka, która zamierza nakręcić film. Tematem ma być historia młodego poety, który z niewiadomego powodu, popełnia samobójstwo w czasie przyjęcia w posiadłości Riverton w roku 1924. Wówczas Grace była pokojówką w posiadłości i jest jedyną żyjącą osobą, świadkiem tamtych wydarzeń. Przez kilkadziesiąt lat mnóstwo się zmieniło na świecie i w życiu głównej bohaterki. Będąc konsultantką reżyserki, wraca pamięcią do tamtych czasów i analizując je, wyjaśnia okoliczności wydarzeń, tymbardziej, że przez lata starała się je wyprzeć z pamięci.

Jeszcze raz podkreślę, to nie jest ambitna literatura, ale naprawdę dobre powieści do czytania, ciekawe historie i dobrze napisane. Wielowątkowe, zagadkowe i trzymające w napięciu.
Zdecydowanie polecam.
  

  


niedziela, 18 listopada 2012

Tabu



Przeczytałam gdzieś zdanie: „za moich czasów pamiętnik chowało się, żeby nikt go nie przeczytał, teraz publikuje się go w internecie”. Nie będę wnikać z czego to wynika, ale zmieniły się tematy uważane za tabu. Bez skrępowania rozmawiamy i piszemy o swoich doświadczeniach seksualnych, publikujemy na portalach społecznościowych dziesiątki bardzo prywatnych zdjęć. Nie ma już tematów tabu? Otóż nie. 
Nie rozmawiamy o śmierci. Chociaż każdy świadomie wie, że jest śmiertelny, spycha tę myśl gdzieś na obrzeża świadomości. Nas to nie dotyczy, „do tego czasu” to wymyślą takie leki i sposoby na przedłużenie życia, że będziemy żyć wiecznie. Dlaczego zatem mielibyśmy się przejmować takimi bzdurami, jak to co jemy, jaki tryb życia prowadzimy, jakie używki stosujemy, jakimi kosmetykami traktujemy nasze nieśmiertelne ciała. Wystarczy poczytać komentarze hejterów pod jakimkolwiek artykułem na temat wegetarianizmu. Takich ludzi uważa się za nawiedzonych, a w najlepszym wypadku za nieszkodliwych maniaków. Jasne, nie wszystko zależy od sposobu życia. Skłonności do pewnych chorób dziedziczymy wraz z materiałem genetycznym, ale nie bez znaczenia jest nasz sposób życia. Dlatego pisząc kilka postów o „zabójczych” kosmetykach adresuję je do każdego, do kogo już dotarło, że nie jest wszystko jedno jak żyje. Koncerny farmaceutyczne, kosmetyczne czy z branży spożywczej, w pogoni za zyskiem maja gdzieś dobro pojedynczego człowieka. Manipuluje się wynikami badań, utajnia składniki, zmienia ich nazwy, żeby nie można było dojść do tego co w tym siedzi. Często stosuje się szkodliwe, ale tańsze barwniki, konserwanty, zamiast ich droższych zamienników, bo to zwiększa zyski. Świadomość i wiedza statystycznego konsumenta jest niewielka, więc dlaczego nie?
A powinniśmy sprawdzać za co płacimy! I odkładać na półkę towary, które nas trują. Przecież mamy prawo wyboru, a jeśli nie będziemy kupować, może nie będą produkować. Powinniśmy się domagać, żeby nas informowano o szkodliwym działaniu składników, o wynikach badań, również tych niejednoznacznych. To dotyczy nas wszystkich, bo wszyscy jesteśmy śmiertelni.
A może, żeby to uzmysłowić, powinno się tak jak jest w niektórych cywilizowanych krajach, upowszechnić „instytucję” wolontariatu w hospicjach, oddziałach onkologicznych i odtajnić śmierć?

środa, 14 listopada 2012

Yoskine, interpretacja "luksusu"



Dzisiaj o rozczarowaniu, któremu w sumie trudno było zapobiec. Około 5 godzin spędziłam na przeszukiwaniu internetu, w celu sprawdzenia składu kosmetyków Yoskine, firmy Dax Cosmetics. Odwiedziłam kilkadziesiąt sklepów internetowych, stronę producenta...i bez szans. Nigdzie nie znajdzie się składników kosmetyków.
Natomiast na opakowaniach, skład wypisany jest tak małym drukiem, że do sklepu trzeba się udać z lupą. Nie dotyczy to samych kosmetyków, z artykułami spożywczymi jest podobnie. Czyli dopóki nie kupisz, nie dowiesz się co jest w środku. Dla mnie to forma oszustwa.
DAX Cosmetics, to jedna z czołowych polskich firm kosmetycznych, od ponad 25 lat obecna w branży produkcji kosmetyków. Przetestowałam na sobie ich krem, z serii reklamowanej jako luksusowa. 

Oto jak piszą o linii na stronie internetowej producenta:
„YOSKINE to ekskluzywne kosmetyki dla kobiet szczególnie wymagających, skomponowane tak, by idealnie odpowiadać na ich indywidualne potrzeby. Uwzględniają zarówno odmienne typy cery, jak i wiek. Wyróżnia je znakomita jakość, doskonałe składniki, wyjątkowe konsystencje i piękne wzornictwo. Dzięki YOSKINE codzienna pielęgnacja twarzy zamienia się w luksus. Marka YOSKINE jest najmłodsza w ofercie DAX, ale już w 2009 roku otrzymała prestiżową nagrodę - Qltowy Kosmetyk. Tą samą nagrodą zostały wyróżnione w 2012 roku kosmetyki do oczyszczania i demakijażu tej marki”.

Może nie zainteresowałabym się składem, gdyby nie to, że krem nie sprostał moim oczekiwaniom. Powoduje ściągnięcie skóry, a gdy nieopatrznie dostał się do oczu, nie mogłam ich otworzyć. Szczypanie, pieczenie, wręcz ból. Absolutny zakaz kontaktu z oczami!
Po rozszyfrowaniu receptury znalazłam sporo ciekawostek. Oto lista składników, które nie powinny się w kremie znaleźć. Dodam, że informacje na temat szkodliwego działania tych komponentów są powszechnie dostępne, nawet dla osób nie mających pojęcia o chemii. Wymieniam tylko część, bo i tak wieje grozą.

VP Copolymer- wpływa na konsystencję produktu kosmetycznego powodując wzrost lepkości, pełni rolę stabilizatora emulsji (np. kremów), chroni przed rozwarstwieniem, a tym samym przedłuża trwałość produktu...Wywołuje stan zapalny, swędzenie skóry po którym pojawia się pokrzywka, po dostaniu się do oczu powoduje stan zapalny spojówek i łzawienie.

Silica, żel krzemionkowy- wypełniacz, poprawia właściwości aplikacyjne kosmetyków pudrowych, poprawia ich przyczepność oraz ułatwia rozprowadzenie... może prowadzić do przesuszania skóry, bo absorbuje wilgoć (efekt ściągnięcia), takie kosmetyki należy stosować jedynie w szczególnych przypadkach, lub w okresach wysokich temperatur i wysokiej wilgotności powietrza.

Olej parafinowy, paraffin oil- produkty destylacji ropy naftowej. Uwaga!! Zatyka pory, absorbuje kurz i bakterie, hamuje wymianę gazową i metaboliczną w skórze, uniemożliwia swobodne wypływanie łoju na powierzchnię skóry, stwarza beztlenowe warunki w skórze sprzyjające rozwojowi bakterii beztlenowych wywołujących trądzik, inicjuje tworzenie zaskórników, utrudnia regenerację skóry, przyśpiesza procesy starzenia, powoduje kumulację toksycznych metabolitów w skórze.
Są powszechnie stosowane przy produkcji kosmetyków, bowiem są tanie i łatwo dostępne. Parafiny rozpuszczają większość składników kosmetycznych, stanowią też typowy wypełniacz zwiększający objętość kosmetyku w opakowaniu. Nawet najcudowniejsze składniki rozpuszczone w parafinach nie przenikają do skóry pozostając na jej powierzchni.

Parabeny- przedłużają trwałość kosmetyków. Powodują alergiczne stany zapalne skóry (wyprysk kontaktowy, egzema) typu pokrzywki, rumienia i strupków po pęknięciu pęcherzyków. Wchłaniają się ze skóry do krwi i limfy działając na cały organizm. Szczególnie łatwo przenikają przez skórę w pachwinach, klatce piersiowej, szyi i w okolicach narządów płciowych. Działają estrogennie. Mogą niekorzystnie wpływać na rozwój zarodka i płodu u kobiet ciężarnych. Na mężczyzn działają feminizująco. Nie należy stosować w czasie laktacji i ciąży.

EDTA, ethylenediaminetetraacetic acid- pełni rolę stabilizatora w kosmetykach.
Działa kancerogennie czyli rakotwórczo!! Podrażnia skórę i błony śluzowe. Nie należy stosować w czasie laktacji i ciąży.

Sodium Hydroxide, wodorotlenek sodu- dozwolony do stosowania w ograniczonym, ściśle kontrolowanym stężeniu.
Na kosmetykach zawierających wodorotlenek sodu powinna być informacja w zależności od stężenia: "Zawiera alkalia", "Unikać kontaktu z oczami", "Może spowodować utratę wzroku", "Chronić przed dziećmi".

BHA, butylated hydroxyanisole- przeciwutleniacz. Powoduje swędzące wysypki na skórze i rumień.

Dimethicony- Powoduje podrażnienie skóry, zaostrza objawy trądziku.

To nie wszystkie szkodliwe składniki mojego „luksusowego” kremu. Jego skład chemiczny przypomina raczej listę zakazanych związków, lub takich których ilość musi być dokładnie kontrolowana.
Uczciwie muszę dodać, że szkodliwe działanie kosmetyków nie zależy tylko od składu, ale również od stężeń, czyli zawartej ilości. Jednak biorąc pod uwagę ile tego jest w tym kremie, uważam, że można się bez niego obejść. Tymbardziej, że nie jest to kosmetyk tani. Opakowanie kosztuje około 70 zł za 50 ml. Nie będę się zastanawiać, które opakowanie mnie zabije :).

czwartek, 8 listopada 2012

Niezłe ziółko: rzeżucha



Dzisiaj o rzeżusze, która w większości domów wysiewana jest tuż przed świętami wielkanocnymi i służy głównie do dekoracji świątecznego stołu. A szkoda. Jest niezwykłą roślinką i bardzo niedocenianą. 
W moim domu, gdy kończy się jedna, wysiewana jest kolejna. Naprawdę trudno ją przecenić.

Przede wszystkim zawiera witaminy grupy B, beta-karoten, kwas foliowy, siarkę, potas, wapń, żelazo, magnez, chrom, jod i sporo witaminy C.

- ze względu na zawartość łatwo przyswajalnego jodu, polecana jest osobom mającym kłopoty z niedoczynnością tarczycy, szczególnie, że im dalej od morza zamieszkują, tym mniej go mają w powietrzu; skutki niedoboru jodu są bardzo poważne, a więcej na ten temat tutaj
- zamiast kosztownych suplementów diety jest idealna dla poprawy kondycji włosów, skóry i paznokci;
- działa moczopędnie i polecana jest w chorobach nerek;
- pomaga w walce z cerą łojotokową i trądzikową;
- obniża poziom cukru we krwii;
- poprawia przemianę materii;
- zimą i wiosną szczególnie polecana, aby uzupełnić poziom witamin i mikroelementów w diecie pozbawionej większości surowych warzyw i owoców;
- ma również działanie uodparniające;
- pomaga w usuwaniu toksyn z organizmu;
- w związku z tym, że pobudza apetyt, polecana jest osobom z zaburzeniem łaknienia.
  
Żeby nie tracić cennych składników powinna być zjadana na surowo. Tak jak szczypiorkiem można posypywać nią kanapki, można dodawać ją do past, surówek, tymbardziej, że świetnie komponuje się z większością składników pokarmowych: mięsami, rybami, jajkami, serami.

Bardzo łatwo uprawiać ją w domu. Wystarczy naczynie wyłożyć watą, zwilżyć obficie wodą i równomiernie wysiać na to nasiona. Naczynie z zieloną rzeżuchą jest fajną ozdobą kuchni. Wystarczy pamiętać o regularnym podlewaniu i jasnym miejscu z dostępem światła dziennego.
A zbiory? Gdy roślinki mają kilka centymetrów można nożyczkami ścinać potrzebną ilość.
I jeszcze jedna uwaga, jeśli ma być użyta w potrawie z sosem typu winegret, należy ocet zastąpić sokiem z cytryny, żeby nie stracić zawartego w rzeżusze żelaza.
Naprawdę polecam, tymbardziej, że przed nami zima.

niedziela, 4 listopada 2012

Co nas zbliża, co nas łączy




Lubię czasy, w których żyję i mimo mnóstwa rzeczy, które doprowadzają mnie do pasji, nie zamieniłabym ich na żadne inne. Ludzie nie pamiętający lub nie znający poprzedniego okresu, często nie potrafią docenić faktu, że można wyjechać i zamieszkać gdzie się chce, że bez wychodzenia z domu można kupić, zapłacić, załatwić milion rzeczy przez internet, że komunikacja z dowolnym miejscem na świecie jest natychmiastowa i kosztuje grosze. 
Obserwując małe dzieci, czasem mam wrażenie, że one rodzą się już z umiejętnością posługiwania się telefonami, laptopami...
Teraz, gdy każde dziecko nosi w plecaczku telefon komórkowy, mało kto pamięta czasy, gdy na zainstalowanie telefonu stacjonarnego czekało się latami, a jego posiadanie też na niewiele się zdawało.
W latach osiemdziesiątych, w czasach studiów, jeździliśmy na wakacje do Bułgarii. Było tanio i mieliśmy gwarancję wspaniałej pogody. Jedna z moich koleżanek, studentka stomatologii, z jednego takiego wyjazdu, wróciła nieprzytomnie zakochana w Bułgarze o imieniu Gracjan, studencie medycyny. 
Papierowe listy tygodniami błąkały się po świecie i nie sprzyjały miłości na odległość. Gdy tęsknota sięgała zenitu, M. postanowiła, że zadzwoni do Sofii, żeby chociaż usłyszeć głos faceta. Zamówiła rozmowę międzynarodową i poinformowano ją, że połączenie nastąpi WKRÓTCE. Przez trzy albo cztery dni nie wychodziła z domu, nie chodziła na zajęcia na uczelni i znajomi robili jej zakupy. W końcu połączenie i tak nie doszło do skutku a miłość jakoś umarła śmiercią naturalną.
Innym razem, będąc na poczcie głównej we Wrocławiu, widziałam grupę studentów z Peru (w bajecznie kolorowych ponczach i czapeczkach), z której ktoś chciał zamówić rozmowę do ojczyzny. Panienka z okienka powiedziała, żeby przyszli za dwa tygodnie dowiedzieć się o termin połączenia. Niewyobrażalne, prawda?
Więc może zamiast narzekać na wszystko należałoby się nauczyć cieszyć małymi rzeczami, które w rzeczywistości nie są ani takie małe i ani bez znaczenia?     


Zdjęcie nie jest pozowane. Junior (3 lata) skorzystał z okazji, że laptop był bez opieki, a zapytany co robi, odpowiedział, że szuka piosenki.

poniedziałek, 29 października 2012

Fotografie w kolorze sepii



 Fotograf Leon Grauer, Borszczów, rok 1929

Na ścianie wiszą stare fotografie w kolorze sepii. Jedna z nich to zdjęcie moich dziadków tuż po ślubie w roku 1929. Dziadek jest w lśniących oficerkach, ma brylantynę na włosach a babunia ma zaledwie 16 lat. Są tacy młodzi...
Gdy myślę o dzieciństwie, w mojej głowie pojawiają się obrazki z wakacji u dziadków na wsi. Jakby moje dzieciństwo nie istniało poza tym miejscem i czasem. Oprócz mnie i brata, przyjeżdżało tam jeszcze kilkoro kuzynów, wszyscy w podobnym wieku.  Dom z dużym ogrodem, który przechodził w sad, poletko truskawek i maliniak w rogu. Gdzieś pod płotem rosły krzaki porzeczek i agrestu, a później była wielka brama prowadząca na pola. Tam dzieciaki zbierały do wiaderek chrabąszcze dla kur, a z kolb kukurydzy robiły lalki z długimi włosami. Na tych obrazkach zawsze świeci słońce a ludzie łagodnie się uśmiechają.
Dla takiego mieszczucha jak ja, frajdą była przejażdżka na wozie wypełnionym sianem i zabawy na strychu pełnym „skarbów”.
Do dzisiaj pamiętam zapach pokoju, w którym zawsze panował półmrok, a babcia chowała przed nami miski czarnych jagód na pierogi. W pokoju stały stare kredensy i wielki stół, przy którym zasiadało się „od wielkiego dzwonu”. Zapach starego drewna mieszał się z zapachem ciast, cynamonu, goździków i gałki muszkatołowej. Smakołyki, ze względu na liczną gromadkę musiały być wydzielane. Po całych dniach spędzanych na świeżym powietrzu, byliśmy wciąż głodni i naprawdę nie wiem, jak babcia to wszystko ogarniała.
Dziadek wieczorami słuchał Radia Wolna Europa. Wciąż kręcił gałkami, a i tak więcej słychać było trzasków niż ludzkiego głosu. Często zasypiał zmęczony z głową przy radiu, które wyglądało jak eksponat muzealny.
Babcia była zupełnie z innej epoki. Pamiętam jak przyniosła mi poduszkę do sadu, w którym się opalałam, bo nie mieściło jej się w głowie, jak można leżeć na twardej ziemi.   
Mam wrażenie, że z całej czeredy byłam z babcią najbliżej. A może wszyscy tak uważają? Czasem brałyśmy malutkie stołeczki i szłyśmy do ogrodu zrywać porzeczki i agrest na ciasta. To zajęcie miało dla mnie szczególne znaczenie, bo zawsze wtedy babunia snuła opowieści o ludziach zupełnie mi nie znanych, a jednak blisko spokrewnionych.
Babcia miała długie włosy ciasno upięte w kok nisko nad karkiem i pachniała konwaliową wodą toaletową.
Od dawna nie ma już dziadków, wakacje na wsi pod Wrocławiem są tak odległe, że aż nierzeczywiste. Babcia czasem odwiedza mnie w snach, ale co mnie zastanawia, nigdy nie jest babcią jaką pamiętam. Jest młoda, ma ciemne włosy gładko zaczesane i zawsze ma taką samą sukienkę, żywcem wyjętą z lat dwudziestych, których nie mogę znać a tym bardziej pamiętać. Nawet dom ze snów jest inny. Ogromne domiszcze z pokojami w amfiladzie, wielka biblioteka, smugi światła sączące się przez firany, spokój i cisza, magia...
Rodzinny dom dziadków, jak i cała reszta na wschodzie, został skonfiskowany bodajże w 1941 roku, na świstku papieru, przez jakiegoś czerwonoarmistę.
Czy babunia zabiera mnie do rodzinnego domu na Zachodniej Ukrainie? 


Fotorgraf Leon Grauer, Borszczów, listopad 1929

czwartek, 25 października 2012

Niezłe ziółko: rumianek



Mój stosunek do tego co się dzieje w polityce, zaczyna przypominać zabawę w chowanego z pewnym czteroletnim facetem, na punkcie którego, mam totalnego świra. On uważa, że jeśli mnie nie widzi, to ja nie widzę jego. Nie mogąc znieść politycznego chaosu, nie włączam telewizora, nie czytam gazet. To czego nie widzę i nie słyszę, nie istnieje. Polecam tę metodę w walce z jesiennymi dołkami. 
Wpadłam ostatnio w taką apatię, że nagromadziło mi się mnóstwo nie załatwionych spraw, braki we wszystkim w domu, kilkucentymetrowe odrosty...masakra. 
Dzisiaj korzystając z wolnego przedpołudnia wystrzeliłam z domu i załatwiłam wszystko hurtowo. Wróciłam taka zadowolona, że o żadnej depresji jesiennej nie ma mowy. Nie ma nic gorszego niż siedzieć i rozpamiętywać. Autodestrukcja!

Dzisiaj o drugim cudownym ziółku, o rumianku.

W przemyśle farmaceutycznym i kosmetycznym najczęściej stosuje się pozyskiwany z niego olejek eteryczny. W handlu dostępny jedynie jako roztwór alkoholowy, AZULAN.
Stosowany jest zewnętrznie, do płukania w stanach zapalnych jamy ustnej, zapaleniu błon śluzowych gardła, migdałów i dziąseł. 
Wewnętrznie stosowany jest przy nieżycie jelit i żołądka, w zaburzeniach trawienia, przy braku  łaknienia, dlatego, że pobudza wydzielanie żółci i zapobiega nadmiernej fermentacji w jelitach.
Olejek ma też działanie przeciwalergiczne, przeciwzapalne i przeciwdziała oparzeniom słonecznym i po naświetlaniach promieniami Roentgena.
Zalecany jest również do inhalacji przy katarach, zapaleniach oskrzeli i zapaleniach zatok obocznych nosa.

Prawdziwym panaceum jest hydrolat rumiankowy. Jest tak delikatny, że polecany jest do pielęgnacji skóry delikatnej i wrażliwej, na przykład do pielęgnacji niemowląt.
Polecany jest również do pielęgnacji wrażliwej skóry wokół oczu. Ma kojące działanie na system nerwowy, redukuje stres i łagodzi objawy bezsenności. Łagodzi również zaczerwienienia i stany zapalne skóry, w tym zmiany trądzikowe. 
Można go stosować samodzielnie lub łącznie z hydrolatem z szałwii zamiast toników do demakijażu czy mycia twarzy. Ma działanie zarówno tonizujące jak i oczyszczające.
Szczególnie nadaje się do przemywania oczu, bo łagodzi ich zaczerwienienie, podrażnienie i zmęczenie, na przykład po wielogodzinnej pracy przy komputerze. 

Napar z rumianku, oprócz tego, że stanowi smaczną, leczniczą "herbatkę", może być używany do płukania włosów ze skłonnością do przetłuszczania się, łupieżu oraz wypadania.

Rumianek często jest łączony z innymi ziołami dla wzmocnienia działania przeciwbakteryjnego: z liśćmi babki, z szałwią, liśćmi orzecha włoskiego, liśćmi mięty.
Z kwiatami nagietka, krwawnikiem, kwiatami kasztanowca, zielem dziurawca w mie­szankach przeciwzapalnych i rozkurczowych.

Wyciąg z rumianku jest składnikiem wielu kosmetyków: kremów, szamponów, toników, mydeł...

Koszyczki rumianku wchodzą w skład gotowych mieszanek ziołowych: CHOLEGRAN, NERVOSAN, PY­ROSAN, VAGOSAN, a wyciągi w skład płynu AZULAN, AZUCALEN, HERBOGASTRIN oraz leków AESCULAN, CHELIVAG, ULDENOL, ULYENTROL.

Wierzyć się nie chce, że coś co występuje tak powszechnie, kosztujące kilka groszy, może być tak wartościowe. 
A jak pięknie musi pachnieć na polu rumianku...


sobota, 20 października 2012

Tajemnice i mistyfikacje Harlana Cobena...


Harlan Coben Mistyfikacja, Wszyscy mamy tajemnice


...czyli regułą jest brak reguł.

Niedawno napisałam, że Lauren Weisberger świetnie zaczęła od powieści „Diabeł ubiera się u Prady”, a później było już tylko gorzej. Dzisiaj będzie dokładnie na odwrót.
Nie pamiętam, którą książkę kupiłam pierwszą, ale jestem w posiadaniu dwóch powieści Harlana Cobena. Przez przypadek, jedna z nich to jego pierwsza, a druga, przedostatnia powieść, z 2011 roku. Jak się dowiedziałam jest on jedynym współczesnym autorem, który otrzymał trzy najbardziej prestiżowe nagrody literackie przyznawane w kategorii powieści kryminalnej, w tym najważniejszą, Edgar Poe Award. 
Gdyby prawdą było, że karierę pisarską zaczyna się od sukcesu, a następnie odcina od niego kupony, to „Mistyfikacja” z 1990 roku, powinna być arcydziełem. A jest...nie wiem jak to określić, gniotem, bublem, grafomanią? 
Jeśli bohaterami mają być współcześni ludzie sukcesu, to ona musi być przynajmniej modelką, a on gwiazdą sportu. Koniecznie piękni i bogaci. Ok, to jeszcze można przeżyć. Para spędza miesiąc miodowy i nagle świeżo poślubiony mąż znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Oficjalna wersja mówi, że utopił się w oceanie. Jego żona w to nie wierzy i rozpoczyna własne śledztwo. Tu, odpuściłam. Stwierdziłam, że lepiej obejrzeć 2653 odcinek jakiegoś południowoamerykańskiego serialu. Na początku nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać. Stężenie głupoty zaczęło być toksyczne. Po kilku dniach wróciłam do książki i zaczęłam czytać ostatnie kilkadziesiąt stron, żeby zobaczyć co Coben jeszcze wymyślił. Warto było!! Żeby wybrnąć z zawikłanej sytuacji, tak przekombinował, że już nie wiadomo kto był kim dla kogo: bratem czy ojcem, siostrą czy matką. Nie jestem mocna w latynoamerykańskich serialach, ale nie mają startu do „Mistyfikacji”, ich scenarzyści przy Cobenie nie mają za grosz wyobraźni.
Autor doskonale zdaje sobie sprawę z poziomu literackiego „dzieła”, bo we wstępie napisał: „No tak..., jeśli jest to pierwsza moja książka, którą trzymasz w ręku, odłóż ją. Zwróć. Weź inną. Nie ma sprawy, ja poczekam”. Rozumiem go, po lekturze tej książki można unikać jak zarazy, każdej kolejnej napisanej przez niego. A dla mnie nauczka, zanim kupisz, przeczytaj wstęp, ze dwa akapity w środku, zastanów się...
Jego przedostatnia książka, „Wszyscy mamy tajemnice” to inny poziom literacki. Głównym bohaterem jest Myron, agent znanych sportowców i muzyków, który podejmuje się wyjaśnienia okoliczności zaginięcia znanego muzyka rockowego, po tym jak na facebooku ukazała się informacja, że nie jest ojcem dziecka swojej żony. Ufff...Myron ma też do wyjaśnienia nieźle zagmatwaną sprawę własnego brata, którego nie można zlokalizować od miesięcy, a jego żona i syn ukrywają się przed światem, wciąż zmieniając miejsca zamieszkania i tożsamości.
Muszę przyznać, że choć ta powieść prezentuje lepszy poziom od wspomnianej poprzednio, to nie zachwyca. Na rynku księgarskim jest tyle świetnych rzeczy do czytania, że fanką Harlana Cobena nie zostanę i na dwóch jego książkach poprzestanę. Myślę, że i tak mam o dwie za dużo.

sobota, 13 października 2012

Księga wszystkich dusz (tom III), Wędrówka, Deborah Harkness


Deborah Harkness : 
Księga wszystkich dusz (tom I), Czarownica
Księga wszystkich dusz (tom II), Tajemnica


Deborah Harkness: Księga wszystkich dusz (tom III), Wędrówka


Na świecie istnieją cztery typy istot rozumnych: czarnoksiężnicy, wampiry, demony i ludzie. Żeby mogły współegzystować, powstała Kongregacja, składająca się z przedstawicieli wszystkich gatunków. Stworzono zbiór przepisów normujących zasady współżycia, a jednym z podstawowych, jest zakaz zawierania związków między gatunkami. Jednak nie zawsze tak było. Gdzieś istnieje zaginiony dokument wyjaśniający powody zakazu oraz tłumaczący problemy związane z potomkami międzygatunkowymi.
Diana Bishop, główna bohaterka pierwszych dwóch części KSIĘGI WSZYSTKICH DUSZ, jest czarownicą, która nie zna się na czarach. Rodzice, którzy zaginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, rzucili na nią urok, blokujący jej zdolności, aby zapewnić jej bezpieczeństwo. Ona sama też chce odciąć się od dziedzictwa, chce żyć normalnie. Jest historykiem i w pewnym okresie życia, wyjeżdża na studia do Oksfordu. Przekopując się przez setki książek w bibliotece, przypadkowo wpada jej w ręce niezwykła stara księga. Praktycznie księga ją odnajduje, zamiast odwrotnie. Już wcześniej Diana budzi powszechne zainteresowanie nadprzyrodzonych istot, ale po tym fakcie wszystko się nasila. 
Powinnam dodać wcześniej, że wampiry, czarownicy i demony wzajemnie się wyczuwają i każde z nich wie kim są pozostali.
Sama Diana nie zdaje sobie sprawy ze swoich możliwości, choć inni wiedzą, że ma szczególne zdolności. Pomocy udziela jej wampir, Matthew, chroniąc ją przed pozostałymi istotami. Powstaje między nimi niezwykła więź, tym bardziej niezwykła, że zakazana. Właściwie narażają się wszystkim.
W trzeciej części zatytułowanej Wędrówka, przenoszą się w czasie do roku 1590, do elżbietańskiej Anglii, by po pierwsze odnaleźć zaginioną księgę, a po drugie znaleźć kogoś, kto zdjąłby urok z Diany. Więcej w książce...
Bzdury wypisują na okładce porównując do innych książek.
Faktem jest, że Księga wszystkich dusz łączy powieść przygodową, triller, romans, fantastykę i powieść historyczną. Autorka, Deborah Harkness, jest historykiem i wszystkie jej książki są doskonale osadzone w epoce. Fabuła jest tak naszpikowana zagadkami, tak pełna tajemnic i intrygująca, że nie sposób się oderwać. Do tego, gdy Diana i Matthew przenieśli się w czasie, siłą rzeczy, spowodowali zmiany w czasach, z których pochodzą. Te niuanse pozwalają bliskim żyjącym współcześnie, śledzić ich poczynania pod koniec XVI wieku. Nawet taki szczegół jak droga pewnych przedmiotów na przestrzeni czterystu lat stanowi niesamowitą zagadkę. 
Żałuję tylko, że czekałam na nią prawie dziesięć miesięcy a przeczytałam w dwa zapracowane dni. Na szczęście czwarty tom ma się ukazać już na początku przyszłego roku (2013).

wtorek, 9 października 2012

Carlos Ruiz Zafon raz jeszcze





„Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie” Julian Carax w „Cieniu wiatru”


Czytając „Cień wiatru” C.R. Zafona, myślałam o tym, jak niezwykłym trzeba być człowiekiem, żeby wymyślić taką historię. Byłam zafascynowana umysłem pisarza. „Grę anioła” przeczytałam zaraz po pierwszej części, ale na „Więźnia nieba” musiałam czekać kilka miesięcy.
Po książki Zafona zaliczane do literatury młodzieżowej, sięgnęłam głównie z ciekawości, a może z tęsknoty za atmosferą jego powieści. Nie żałuję, chociaż do młodzieży zaliczyć mnie nie można, niestety :D
Przy okazji, o czym już wcześniej gdzieś wspominałam, doszłam do wniosku, że cykl Cmentarz zapomnianych książek, dojrzewał (rodził się) stopniowo w umyśle pisarza. Chociaż to bardzo subiektywna opinia.
Pomyślałam też, że jego twórczość to niezły materiał do analiz nie tylko dla speców od literatury, ale również dla psychologów. Ciekawe czy ktoś już analizował jego twórczość pod tym kątem....
Tak zwane młodzieżowe powieści powstały w latach ’90. Na język polski zostały przetłumaczone przez Katarzynę Okrasko i Carlosa Marrodana Casasa, a wydane po polsku w latach 2009-2011.
Trzy pierwsze: "Książę mgły", "Pałac północy" i "Światła września" łączy demoniczna postać istniejącego poza czasem czarownika. Chociaż różne są miejsca, czas akcji i bohaterowie, klimat powieści jest ten sam. Tajemnica odmieniana przez wszystkie przypadki, nieuchronność losu, jakaś straszna siła determinująca życiorysy bohaterów. Czas jest elastyczny, może zwalniać, zatrzymywać się i zawracać. Ważna jest przyjaźń łącząca ludzi i niekończąca się walka dobra ze złem. 
Odniosłam wrażenie, że mag z tego okresu twórczości jest pierwowzorem Andreasa Corelli’ego z "Cienia wiatru", ale to znowu moja, subiektywna opinia.
Zastanawia mnie powtarzający się w książkach wątek postaci z pogranicza mechanicznych zabawek i ludzi, oraz mnogość postaci, dla których czas nie istnieje.
Ostatnią książką tzw. młodzieżową jest "Marina". Piękna historia o samotności wieku dojrzewania, o miłości, a przy tym wszystkim jest magia, tajemnica do wyjaśnienia i dramat...Ale koniec, bo „spalę” historię.
Miejscem akcji części książek Zafona jest Barcelona. Moim zdaniem on jest niezastąpionym ambasadorem tego miasta. Jeśli ktoś w Barcelonie nie był, to po lekturze jego książek za Barceloną zatęskni.
A tak na marginesie...przeczytałam wszystko tego autora i pierwszy raz nie byłam rozczarowana. Chociaż po siódmej książce poczułam konieczność powrotu do normalnego świata, gdzie wszystko jest prostsze a czas biegnie tylko w jedną stronę.
Proszę, nie sugerujcie się szufladkowaniem twórczości Zafona i sięgnijcie po jego wcześniejsze dzieła. Niemożliwe żebyście byli zawiedzeni.

niedziela, 7 października 2012

Pensjonat, Lois Battle

 Lois Battle: Pensjonat (2011)


Książka zamiast terapii


Na 19 września zapowiadana była premiera trzeciej części „Księgi wszystkich dusz” (Deborah Harkness), na którą czekam od ponad pół roku. Myślałam, że śmignę tego dnia do Empiku, żeby świat się walił, ale na ich stronie pojawił się komunikat, że książka pojawi się w sprzedaży w pierwszych dniach października. Sprawdziłam na stronach Merlina i u nich nadal zapowiadano premierę na wrzesień. Pomyślałam, że nie ma co czekać, szybciej będzie jak zamówię w Merlinie. Przy okazji kupiłam kilka gorących nowości. Kasę przyjęli, żeby następnego dnia poinformować mnie, że z winy wydawnictwa „Księgę wszystkich dusz” wysyłać będą od 4 października. Jak widać, to że Merlin nie śpieszy się z aktualizowaniem informacji, wychodzi mu na dobre.

Dzisiaj sięgam po nieco starszą książkę, którą z czystym sumieniem mogę polecić, tym bardziej, że za oknem deszcz, szaro buro i jakoś tak całkiem jesiennie się zrobiło.
„Pensjonat” Lois Battle czyta się duszkiem, mimo że nie znajdziemy tu trzymającej w napięciu sensacji, niesamowitych zwrotów akcji, ani wielkich dramatów. To opowieść o zwykłej rodzinie, matce i jej trzech dorosłych córkach.
Kobiety nie są w zbyt zażyłych stosunkach, ostatni raz w komplecie widziały się kilkanaście lat temu, na pogrzebie ojca dziewcząt.
Matka prowadzi mały, rodzinny pensjonat, w pięknym starym domu. Pod pretekstem świąt zaprasza wszystkie córki do rodzinnego domu. Żadna nie wierzy, że zjawią się w komplecie. Między siostrami jest mnóstwo „pielęgnowanych” przez lata pretensji.
Sam pensjonat też ma tu symboliczne znaczenie. Dla dorosłych dzieci rodzinny dom często jest jak pensjonat, do którego zjeżdża się przy wyjątkowych okazjach.
Okazuje się, że najbliższych za bardzo nie znamy, że przez lata wydarzyło się w ich życiu tak dużo, że nie są tymi, których pamiętamy, święci nie są tacy święci a rodzinna czarna owca nie jest taka czarna.
Książka jest o trudnych relacjach między ludźmi, których łączą więzy krwi, ale nie oznacza to faktycznej bliskości. Napisana jest z dużym poczuciem humoru, lekko i mądrze. I niesie pozytywne przesłanie. Czasem wystarczy wykazać odrobinę dobrej woli i zacząć rozmawiać, aby rozwiązać nagromadzone przez lata problemy.
Naprawdę polecam!

wtorek, 2 października 2012

Julia, Anne Fortier



Wszyscy kochamy bajki

Anne Fortier: Julia
 
Wszyscy kochamy bajki, jeśli nawet nie mamy odwagi się przyznać, czyż nie?
Różnica tkwi w szczegółach. Jedni z wypiekami na twarzy oglądają/czytają o super bohaterach (nie koniecznie tych, co noszą majtki na rajtuzach), inni o wielkich uczuciach, które pokonują wszystkie przeciwieństwa losu i zawsze są do końca świata. Choć w realnym świecie z trudem nadążamy za tym, kto z kim, bo ”wielkie miłości” mają często żywot motyli.

Historia jest o Julii. Współcześnie żyjącej dziewczynie, wychowanej w Stanach przez babkę, bo jak jej powiedziano, rodzice zginęli w wypadku samochodowym, gdy była małym dzieckiem. Pewnego dnia dowiaduje się, że zmuszona jest lecieć do Italii, by odebrać zdeponowany w banku spadek po matce. 
No i się zaczyna...Zamiast oczekiwanego majątku, znajduje stary pamiętnik, należący do Julii, będącej pierwowzorem szekspirowskiej bohaterki „Romea i Julii”. Do tego to jej pra...prababka. 
Brzmi banalnie, ale tak nie jest. Książka ma dwa wątki, jeden współczesny, jeden sprzed wieków. Każdy jest tak intrygujący, że nie można go pominąć. Sama nie wiem, która opowieść bardziej mnie wciągnęła. Niezwykła zagadka, nie wiadomo kto jest wrogiem, kto przyjacielem, świetnie osadzony w epoce wątek szekspirowskiej Julii, realistyczne postacie ...
Jest tajemnica, rodzinna klątwa, sensacja i wielkie uczucia...
Czyta się jednych tchem, choć to ponad 400 stron.
Książka jest sprzed dwóch lat, ale jeśli w ogromnej ilości zalegających w księgarniach książek, umknęła Wam, to warta jest odszukania.
Jest drugą w dorobku autorki powieścią i zostały sprzedane prawa do jej ekranizacji.
Bardzo polecam!!

niedziela, 30 września 2012

Ostatnia noc w Chateau Marmont, Lauren Weisberger



Diabeł ubiera się u Prady 7 i pół


O książce Lauren Weisberger „Diabeł ubiera się u Prady” słyszał chyba każdy, szczególnie, że została zekranizowana. Myśląc, że nazwisko autora jest gwarancją poziomu książki kupiłam jej ostatnie dzieło, Ostatnia noc w Chateau Marmont z 2011 roku.
Jest to historia pary z dwóch zupełnie różnych środowisk. Ona, dietetyczka, pracująca na kilku etatach, aby utrzymać męża muzyka, mozolnie wspinającego się po szczeblach kariery. W związku układa się świetnie, tak długo, jak on jest nikomu nie znanym muzykiem, grającym w małych klubach. Zwrot następuje, gdy mąż-muzyk zaczyna odnosić sukcesy. Zaczynają się wyjazdy w trasy koncertowe i wielotygodniowa nieobecność w domu, imprezy w towarzystwie groupies, skandalizujące artykuły w prasie brukowej... Do tego okazuje się, że para ma zupełnie inne koncepcje przyszłości, cele i pomysły na to jak ma wyglądać ich przyszłe życie. Wszystko niby dobrze, gdyby nie to, że robi się ckliwie, banalnie i melodramatycznie. Dlaczego ze sobą nie rozmawiają, dlaczego ona, osoba niegłupia w końcu, bardziej wierzy tabloidom niż facetowi, którego kocha? W tym momencie straciłam dla książki zainteresowanie. Doczytałam ją raczej z przekory i z ciekawości, czy moje przewidywania co do końca się sprawdzą. Sprawdziły się...
Dla wydawców, znane nazwisko autora jest gwarantem niezłej sprzedaży książki. Dla czytelnika, niestety, nie jest gwarantem poziomu dzieła. Ja poczułam się oszukana, choć na własne życzenie, oczywiście. Przecież nikt nie zmuszał mnie do zakupu i przeczytania tego czytadła. Kiedyś ten rodzaj literatury określało się mianem „dla gospodyń domowych”, ale obawiam się, że te mogłyby się poczuć urażone. 
W przypadku tej książki stało się dokładnie tak, jak z kolejnymi częściami filmu, który po pierwszej części odniósł sukces, im dalsza część, tym większa porażka.
Nie polecam!

środa, 26 września 2012

Jak wyczyścić srebrne przedmioty w domu



Do napisania dzisiejszego posta zainspirowały mnie dwie dziewczyny, które z dumą zaprezentowały mi efekt samodzielnego wyczyszczenia srebrnej biżuterii.
Należę do osób, które wolą srebro od złota, ale srebrna biżuteria po pewnym czasie ciemnieje, co zdecydowanie nie dodaje jej uroku. Na rynku można kupić mnóstwo środków do czyszczenia sreber, ale ja chciałabym polecić coś za dwa grosiki. Do tego, nie wymaga to spędzenia połowy dnia na tej czynności i można w tym celu wykorzystać rzeczy, które każdy ma w domu: kawałek folii aluminiowej, takiej do pakowania kanapek i kilka łyżeczek soli kuchennej.
W zależności od tego, jak duży jest przedmiot, przygotowujemy stosowne naczynie, byle nie metalowe. Sporządzamy roztwór soli (NaCl), rozpuszczając ją w gorącej wodzie. Roztwór ma mieć nieduże stężenie, więc 4-5 łyżeczek na litr, załatwi sprawę. Na dnie naczynia układamy folię, lekko zmiętą, a następnie wyprostowaną. Na folii układamy srebrną biżuterię, tak aby rzeczy się nie stykały, były luźno rozłożone. Wlewamy roztwór soli i zostawiamy na jakiś czas. To na jak długo, zależy od stopnia zabrudzenia. Jeśli ciemna warstwa jest niewielka, to przyglądając się temu co się dzieje, gołym okiem widać zmiany w kolorze przedmiotów. Jeśli jednak są zbyt zabrudzone, śmiało można zostawić na noc.
Dlaczego polecam tą metodę? Bo jest bezinwazyjna, nie niszczy przedmiotów, tak jak pasty polerskie na przykład. Pasty i wszystkie substancje stałe rysują powierzchnię (rozwinięcie powierzchni), a to powoduje, że przedmiot będzie się stykać większą powierzchnią z tym czymś co powoduje ciemnienie, czyli korozję srebra. Pastami trudno dotrzeć do wszystkich zakamarków. W przypadku łańcuszków są zupełnie nieskuteczne. Nadmiar pasty też trudno usunąć już z wyczyszczonej rzeczy. Jak wyglądają ręce po całej akcji, nie wspomnę. 

Dla dociekliwych:  
- folia aluminiowa może być zastąpiona innym metalem o niskim potencjale;
- zachodząca reakcja: 3 Ag2S(s) + 2 Al(s) + 6 H2O(c) 6 Ag(s) + 2 Al(OH)3(s) + 3 H2S(g) 
- obecny w roztworze chlorek sodu pełni tylko rolę elektrolitu i dlatego nie jest uwzględniony w równaniu reakcji, dzięki jego obecności zredukowane srebro z powrotem osadza się na srebrnym przedmiocie;
- w trakcie procesu czyszczenia wyraźnie czuć zapach typowy dla siarkowodoru (H2S).

Powodzenia!

czwartek, 20 września 2012

Proszę, nie podcinaj mi skrzydeł...czyli tak sobie myślę



Jakiś czas temu, jedna z moich uczennic, powiedziała, że przez cały tydzień uczyła się tylko chemii. Widząc moją zdziwioną minę, stwierdziła, że po tym jak ją pochwaliłam, nie mogła mnie rozczarować. 
Uważam, że z najmądrzejszego człowieka można zrobić głupola, gdy wciąż się go krytykuje. Wyobraźmy sobie taką sytuację. Człowiek zarzyna się, robi wszystko co w jego mocy, a wciąż słyszy, że jest do niczego, że są lepsi, że jest mało zdolny...Prędzej czy później musi dojść do wniosku, że w takim razie po co to? I tak cokolwiek zrobi, nie zdobędzie uznania. A jeśli w to uwierzy? O wiele skuteczniejsze jest przekonanie dziecka, ucznia, pracownika...że może dokonać cudów.
W psychologii mówi się o samospełniającym się proroctwie (przepowiedni). Jeżeli przekonamy kogoś do pewnych oczekiwań, podświadomie będzie robić wszystko, aby przepowiednia się sprawdziła. Przekonując go, że nie jest w stanie czegoś zrobić, zrozumieć, spowodujemy, że nawet nie podejmie starań, aby tego dokonać. 
To działa również w drugą stronę. Przekonanie człowieka, że może odnieść sukces, z pewnością odniesienie sukcesu mu ułatwi.
My sami mamy w tym niemałą zasługę. Jeżeli założymy, że nasze dziecko (uczeń, pracownik) jest zdolne, będziemy poświęcać mu znacznie więcej uwagi, pracy. Stawiać większe wymagania, przykładać większe znaczenie do edukacji...w końcu wykreujemy geniusza.
To podejście sprawdza się również w innych sprawach. Jeżeli uważamy kogoś za osobę sympatyczną, miłą, mamy do niej inny stosunek niż do osób, które oceniamy negatywnie. Inaczej ją oceniając, inaczej traktujemy. W efekcie odbiorca naszych pozytywnych zachowań, sam będzie zachowywał się pozytywnie w stosunku do nas.
A przy okazji  mamy do czynienia z ludźmi bardziej szczęśliwymi, a szczęśliwy człowiek może więcej. 
Więc nie podcinaj skrzydeł, każdy może latać, to nie sztuka!!


sobota, 15 września 2012

Niezłe ziółko: szałwia



Budząc się, dotarło do mnie, że z trudem otwieram lewe oko. Opuchnięta, zaczerwieniona powieka...świetny początek weekendu.
Zaparzyłam mocną „herbatę” z dwóch torebek szałwii i poczekałam aż lekko wystygnie. Przez 10-15 min robiłam kompresy z ciepłych torebek, co pewien czas kontrolując w lusterku czy coś się dzieje. Co niby miało się dziać? Opuchlizna taka sama, zaczerwieniona powieka, ból przy każdym mrugnięciu okiem.
Ale jaka zmiana po kilku godzinach od zastosowania kompresów. Kolor powieki prawie normalny, obrzęk minimalny i zero bólu. Gdy przeczytałam, że „przypadłość” może wymagać leczenia antybiotykami lub nawet interwencji chirurga, to skuteczność mojej szałwii okazała się bezcenna.
Właśnie o szałwii chciałam dzisiaj...
Jest to niezwykła roślinka występująca w bardzo wielu odmianach, różniących się właściwościami, a więc i zastosowaniem. Niektóre odmiany są tak dekoracyjne, że uprawiane są jako rośliny rabatowe, ale mają ogromne zastosowanie w przemyśle kosmetycznym, farmaceutycznym i stosowane są jako rośliny przyprawowe.
Surowiec zielarski, liście szałwii zawierają od 2,5 do 3% olejku lotnego, który zawiera m.in. tujon, cyneol, kamforę i pinen. Szałwia zawiera również garbniki, flawonoidy, kwasy organiczne, gorycze, duże ilości witaminy B1 (ok. 850 mg%), witaminy PP, karoteny (witaminy A) i duże ilości witaminy C.

Stosowana jako przyprawa dodawana jest do sałatek, mięs, potraw z kapusty, pomidorów i roślin strączkowych. Jest powszechnie stosowana w kuchni włoskiej.
Działanie:  reguluje pracę układu trawiennego, obniża poziom cukru i cholesterolu we krwi (i dużo więcej).

Olejek szałwiowy: (szałwia muszkatołowa) w aromaterapii jest jednym z najsilniejszych środków uspokajających i antydepresyjnych, a zawarty w nim sklareol łagodzi dolegliwości w zespole napięcia przedmiesiączkowego.
Działa przeciwbakteryjnie i przeciwgrzybiczo, reguluje wydzielanie sebum, działa ściągająco, zmniejszając widoczność porów skóry, wcierany zapobiega wypadaniu włosów i przyśpiesza ich wzrost, stosowany jest w leczeniu łojotoku, łupieżu i łysieniu.

Hydrolat szałwiowy: w czystej postaci może być stosowany jako tonik do cery mieszanej, trądzikowej i z niedoskonałościami, zmieszany z hydrolatem rumiankowym zamiast mleczka do demakijażu. Ma silne działanie detoksykujące (odtruwające), antybakteryjne, przeciwwirusowe, dezodorujące, oraz stymulujące cyrkulację limfy. Zawiera mnóstwo przeciwutleniaczy, a przez to ma działanie zapobiegające procesom starzenia skóry.

Napary: stosowane jako płukanki w zapaleniu gardła, anginie, infekcjach jamy ustnej i dziąseł, okłady na trudno gojące się rany i różne schorzenia skóry.

Wymieniłam tylko część zastosowań szałwii, a i tak jest tego mnóstwo.
Ale tu ważna uwaga. Stosowanie ziół w lecznictwie wymaga z reguły trochę więcej czasu, niż stosowanie leków syntetycznych. Ma to związek między innymi z tym, że substancje lecznicze w nich zawarte są w mniejszych stężeniach. Ma to jednak swoje plusy, trudniej je przedawkować, więc są bardziej bezpieczne. Inną zaletą jest to, że mają zdecydowanie mniej działań niepożądanych. A jeśli uwzględnimy ich niewielką cenę...
W moim domu w wielu przypadkach jest niezastąpiona.
Sprawdzone, polecam.


PS: Liście szałwii  wchodzą też w skład mieszanek ziołowych: Septosan, Vagosan, Diabetovit, Dentosept (płukanka), Gastrogran (granulat).



czwartek, 13 września 2012

Coś dla zapracowanych


Moje wiecznie zapracowane i niewyspane uczennice podsunęły mi pomysł, żeby zarekomendować coś do paznokci. Zauważyłam, że często na idealnie wypielęgnowanych i pomalowanych paznokciach mają odbitą fakturę materiału. Jedna z nich, poirytowana powiedziała, że któregoś razu, ponad dwie godziny czekała aż wyschnie lakier. 
Jasne, jeżeli na płytkę nałożymy odżywkę, na to dwie-trzy warstwy lakieru to wieczność trwa zanim to wszystko wyschnie. A jeśli w tym czasie przyśniemy czule obejmując poduchę, mamy na paznokciach wzorek.
Środek, który temu zaradzi to wysuszacz (nie pasuje mi to słowo) Insta-Dri firmy Sally Hansen
Po dwóch minutach od nałożenia lakieru, nakłada się jedna warstwę, na dowolną ilość warstw lakieru i w 30 sekund są suche, utwardzone i bezpiecznie możemy działać.
Dodatkowym atutem jest to, że wyrównuje powierzchnię płytki i nie widać śladów pędzelka. A na koniec przedłuża żywotność lakieru, trudniej się ściera i nie odpryskuje, zawiera filtr UV, co zabezpiecza lakier przed przebarwieniem.
Do kupienia w sklepach internetowych za około 30 zł /13,3 ml. 
Biorąc pod uwagę, że wystarcza na ładnych kilka miesięcy, chyba do przeżycia?

PS: zapomniałam dodać, że pierwszy podebrałam Missplayground, a teraz bez niego ani rusz :)

Skład: Ethyl Acetate, Alcohol Denat., Butyl Acetate, Cellulose Acetate Butyrate, Acrylates Copolymer, Trimethyl Pentanyl Diisobutyrate, Sucrose Benzoate, Triphenyl Phosphate, Nitrocellulose, Etocrylene, Isopropyl Alcohol, Benzophenone-1, Dimethicone, CI 60725




wtorek, 11 września 2012

Kosmetyki naturalne


Żyjemy w czasach, w których nie wypada się starzeć. Racjonalnie się odżywiamy, ograniczamy używki, pochłaniamy kilogramy suplementów diety i stosujemy tony kosmetyków. Czasem dochodzę do wniosku, że gdybym mogła mniej spać, to mogłabym zrobić dla mojego ciała znacznie więcej. Ale ono, żeby jakoś wyglądać musi też spać, niestety.
Nie zawsze, jednak, więcej znaczy lepiej. Tak rzecz się ma z kosmetykami.
Wielokrotnie doświadczyłam na własnej skórze, że im więcej czegoś stosuję, to zamiast poprawy jest coraz gorzej.
Przede wszystkim mało kto z nas czyta skład kosmetyków. Dodam, że nazwy tych składników, zwykłemu śmiertelnikowi niewiele mówią. Niedawno znalazłam genialną stronę, na której można rozszyfrować komponenty najczęściej stosowane, a do tego poczytać o ich szkodliwym działaniu. Włosy dęba stają!!   


Ale jest dla tego wszystkiego alternatywa – kosmetyki naturalne.
Od kilku lat świat zwariował na punkcie olejów naturalnych. W związku z tym, że można je stosować do pielęgnacji włosów i całego ciała, są kosmetykami niezastąpionym. Ja dokładnie przetestowałam olej arganowy


Jako maska na włosy, powoduje, że stają się jedwabiste, miękkie, cudownie nawilżone i świetnie się rozczesują. Olej poprawia też kondycję skóry głowy.
Kilka kropelek użytych na twarz, dekolt, uelastycznia skórę, likwiduje efekt ściągnięcia. Przy regularnym stosowaniu działa odmładzająco, spłyca zmarszczki, również mimiczne, rozświetla skórę. I jak na olej bardzo dobrze się wchłania, chociaż tu mogą zadziałać indywidualne cechy skóry...
Stosowany na dłonie wzmacnia paznokcie, zmniejsza ich łamliwość i kapitalnie odżywia skórę rąk. 
Zdecydowanie polecam sam olej arganowy, mniej może kosmetyki z jego dodatkiem. 
Można go kupić za około 50 zł za 100 ml, a biorąc pod uwagę wydajność i cenę dobrego kremu, to niewielka cena. Jako składnik kosmetyków, stanowi niewielką ich część, za to winduje ich cenę w górę. Może wyjątkowo poleciłabym masło do ciała Bielendy z dodatkiem oleju arganowego. Za opakowanie o pojemności 200 ml płaci się zaledwie kilkanaście złotych, a kapitalnie ujędrnia skórę, nawilża, uelastycznia i do tego ma bardzo przyjemny, trwały zapach. Stosuję kolejne opakowanie, a rzadko kupuję dwa razy to samo. 


Idąc dalej tym tropem, żeby zminimalizować szkodliwe, czy wręcz trujące składniki kosmetyków, zaczęłam stosować hydrolaty ziołowe zamiast toniku czy mleczka. Sprawdzają się również jako mgiełki odświeżające i nawilżające. Są przede wszystkim pochodzenia naturalnego i są produktem ubocznym powstającym po produkcji olejków eterycznych. Są jednak od olejków eterycznych łagodniejsze i mają pH zbliżone do naturalnego. Można je stosować same lub do produkcji własnych, domowych kosmetyków. Proszę mi wierzyć, to prostsze niż by się wydawało. A jeśli dodam jeszcze, że łagodzą podrażnienia, nawilżają i odżywiają to stają się nieodzowne. Jest ich tak bogata oferta, że wiedząc co naszej skórze jest potrzebne, każda znajdzie coś dla siebie. No i wiemy czego używamy. 


Jakiś czas temu znalazłam sklep, który ma tak bogatą ofertę i w tak przyjaznych cenach, że trudno się oprzeć. Dostawa błyskawiczna, sprawdziłam.

czwartek, 6 września 2012

Milcząca dziewczyna, Dolina umarłych, Tess Gerritsen



Coś na koniec lata...


Suche włosy spryskałam odżywką do włosów, bo pomyliłam ją z lakierem (ta sama firma = identyczne opakowanie), flakonik perfum wpadł mi do sedesu i za pół godziny zaczynam pracę... Skończyły się wakacje, więc przechodzę od pracy w wersji light do wersji hardcore. Czyli znowu usilnie będę zabiegać o znalezienie kompromisu między tym co chcę, powinnam a muszę. Życie jest ciężkie, pomyślałam. Na stole do pracy piętrzy się stos książek, które znam prawie na pamięć. Znowu będę musiała tłumaczyć, dlaczego jeden autor napisał...gdy drugi dokładnie na odwrót.
Jakoś dziwnie korespondują z moim nastrojem dwie ostatnio przeczytane książki. Gatunek recenzenci określili jako trillery medyczne, dla mnie to naprawdę niezłe kryminały.
W dorobku pisarskim autorki, Tess Gerritsen, znajduje się kilka pozycji, w których głównymi bohaterkami są policjantka i lekarz sądowy, przyjaźniące się od wielu lat.
Muszę przyznać, że autorka kapitalnie potrafi skonstruować intrygę, tak, aby oderwanie się od książek było zupełnie niemożliwe.
W „Milczącej dziewczynie” (2011) znaleziono na dachu budynku w Chinatown, dziwnie okaleczone zwłoki dziewczyny. Miała uciętą dłoń i niemal odciętą głowę, bardzo ostrym narzędziem. Budynek od kilkunastu lat stoi pusty, po tym jak w mieszczącej się w nim chińskiej restauracji, zamordowano kilkoro klientów, a posądzony o zbrodnię kucharz popełnił samobójstwo. Jedną z ofiar tragedii był chiński emigrant, pracownik restauracji, któremu dwa lata wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęła córka. Już na początku śledztwa, okazuje się, że parze zamożnych amerykanów, będących ofiarami strzelaniny w restauracji, również zaginęła nastoletnia córka. Co łączy dziewczynki z tak różnych środowisk? Dlaczego żona zamordowanego pracownika z takim uporem broni sprawcę? Dlaczego giną wszystkie osoby, które podejmują się śledztwa? No i jak się okazało zaginionych dziewczynek było znacznie więcej...  
Zagadek jest wystarczająco dużo, by nie móc się od książki oderwać.
W „Dolinie umarłych” (2010) nie jest gorzej...
Lekarz sądowy, Maura Isles, wyjeżdża na konferencję naukową. Spotyka kolegę z czasów studiów, który przyjechał z trzynastoletnią córka i parą przyjaciół. Po zakończeniu konferencji, Maura, zostaje namówiona na wspólny wyjazd w góry. Wypad na dwa, trzy dni. Górskie schronisko jest gdzieś na pustkowiu, a tu zima, śnieżyca, zasypane i oblodzone drogi. W odpowiednią atmosferę wprowadza już stacja benzynowa, tuż za tablicą „ostatnia szansa na zatankowanie”. Na tej stacji czas jakby zatrzymał się trzydzieści lat temu. Słodycze nie sprzedawane gdzie indziej od wielu, wielu lat, czasopisma sprzed kilku tygodni i dziwny staruszek, sprzedawca, mamroczący coś o „królestwie bożym”. Tuż za stacją podróżujący, mimo nawigacji gubią drogę. Telefony nie mają zasięgu, dróg nikt nie odśnieżał od bóg wie kiedy. Wpadają w poślizg, lądują w rowie, bez szans na wydobycie pojazdu i wezwanie pomocy. W oddali widać domostwa. Jedyna nadzieja, że tam mogą znaleźć pomoc. Trafiają do osady jak z sennego koszmaru. Dwanaście identycznych domów. Takich samych na zewnątrz i w środku. Zupełnie pustych, ale w takim stanie, jakby wszyscy znikli za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nakryte do posiłków stoły, mimo potwornego mrozu pootwierane okna, martwe zwierzęta: pies, kanarek...ale bez śladów przemocy. W garażach samochody z pełnymi bakami, pełne zapasów spiżarnie. Tylko ludzi brak. A to dopiero początek zagadek.
I znowu wsiąkłam.
Dodam, że kontynuacja obu fabuł mnie nie rozczarowała. Lubiących gatunek namawiam do przeczytania. Koniecznie.


sobota, 1 września 2012

Sam urok, Sama słodycz, Karen Wheeler

COŚ POZYTYWNEGO


Na smutki końca wakacji, na jesienne dołki, polecam dwie książki, stanowiące całość, autorstwa Karen Wheeler: „Sama słodycz” i „Sam urok”.
Proszę sobie wyobrazić atrakcyjną trzydziestolatkę, w dizajnerskich ciuchach, robiącą karierę w mediach zajmujących się modą, mieszkającą w drogim apartamencie w Londynie. Właśnie zerwała z facetem, po kilku latach związku. Jak sama stwierdziła, jedynym plusem zerwania było pozbycie się dwunastu kilogramów na diecie składającej się z kawy i ciemnej czekolady. Kilka miesięcy później, w wyniku zbiegu okoliczności, spędza weekend we Francji, w małym prowincjonalnym miasteczku... i w ciągu kilku minut podejmuje decyzję o kupnie domu. Dom, choć uroczy, jest na wpół zrujnowany i okazuje się studnią bez dna. Przewraca to do góry nogami całe dotychczasowe życie bohaterki. Porzuca wszystko i przeprowadza się do Francji...
Po pierwsze, to przydarzyło się autorce, co dodaje smaczku historii. Po drugie, jest to bardzo dowcipnie napisana opowieść, o zmaganiu się z adaptacją do zupełnie nowych warunków życia, o problemach w zintegrowaniu się z lokalną społecznością, o użeraniu się z kolejnymi ekipami fachowców (jak widać na całym świecie są takie same), o kolejnych próbach w ułożeniu sobie życia osobistego.
A wszystko opowiedziane w przezabawny sposób, z ogromną dozą autoironii, z autentyczną sympatią do innych ludzi, bardziej Francuzów niż rodaków.
Szalenie pozytywna książka, o tym, że czasami warto trzasnąć za sobą drzwiami i zacząć wszystko od nowa.
Ja bawiłam się przy niej znakomicie, oderwać się nie mogłam i nie mogłam się doczekać na drugą część. Teraz można obie kupić razem.


O autorce 
Pełne tytuły książek Karen Wheeler:
Sama słodycz, czyli jak porzuciłam wysokie obcasy i zaczęłam nowe życie we Francji
Sam urok czyli jak zakochałam się w sielskiej Francji

czwartek, 30 sierpnia 2012

Motyl w kropki czy biedronka?




Przed samym wyjazdem z Londynu, przelatując w pośpiechu przez Westfield, zwrócono mi uwagę na nową wodę perfumowaną Marca Jacobsa w zabawnym flakonie, który obsiadły biedronki o motylich skrzydłach. Dot, bo tak się nazywa, to przyjemna kompozycja owocowo-kwiatowa, na którą składają się:
- nuta głowy: czerwone jagody, pitahaya (odmiana kaktusa);
- nuta serca: jaśmin, kwiat pomarańczy, wiciokrzew;
- nuta bazy: wanilia, piżmo, kokos. 
W Polsce ma być dostępna dopiero jesienią, ale polecam sprawdzenie zapachu, gdy wpadnie wam w ręce.
Spotkałam się ze sprzecznymi opiniami na jej temat, ale biorąc pod uwagę, że na każdej z nas będzie pachnieć inaczej, myślę, że warto spróbować. Jest dość trwała, choć nie zlewam się nią, utrzymuje się przez ładnych kilka godzin. I do tego ten uroczy flakon, podkreślający dystans do zawartości. Przecież perfum nie kupujemy na całe życie.
Będąc już w temacie... Są takie wody, które kupuję raz i jestem nimi znudzona, czasem nie mogę wytrwać do końca, ale są takie jak stare, poczciwe Red Door Elizabeth Arden, do których wracam od lat. Są tak charakterystyczne, że poznałabym je na końcu świata. I do tego niezwykle trwałe.
Przed wakacjami udało mi się kupić miniaturkę, którą można wrzucić do najmniejszej kieszonki w domykanej kolanem torbie podróżnej.
W związku z tym, że lubię wody o orientalnej nucie, ciężkie i mocne, nie mogłabym odpuścić Poison Christiana Diora. Nie jest to woda dla każdego i na każdą okazję, ale absolutnie godna polecenia. Sprzedawana jest w kilku wersjach, ja kocham Midnight. Choć używam dopiero pierwszego flakonu, będę wracać do nich z pewnością. I do tego kropelka, jeden psik, wystarcza na cała noc!
Z całym przekonaniem mogłabym polecić również Cheap&Chic Moschino. W Polsce raczej do kupienia woda toaletowa, mnie wpadła w ręce perfumowana, czyli o wyższej zawartości olejków zapachowych (10-15%, gdy woda toaletowa ma od 5 do 10%). Pierwszy raz kupiłam ją przyjaciółce, kolejną musiałam kupić sobie. Kwiatowy, świeży zapach o znacznej trwałości nadający się na dzień.
No i Lola Marca Jacobsa!. Lola to kwintesencja tego co lubię w perfumach: róża i piżmo w równie szlachetnym otoczeniu. To jest zapach, który ubiera!
To aktualna lista moich preferencji, pewnie za kilka miesięcy zmieni się zupełnie.


PS: dla dociekliwych więcej informacji o nutach zapachowych moich faworytów:
Red Door Elizabeth Arden: woda o luksusowym i zmysłowym zapachu, na który składają się: ylang-ylang, róża, orchidea, jaśmin, konwalia, kwiat pomarańczy, lilia, frezja, goździk, fiołek, mech dębowy, drzewo sandałowe, wetiweria, miód.
Midnight Poison Christiana Diora: w skład kompozycji wchodzi mandarynka, bergamotka, czarna róża, ambra, paczula, wanilia.
Cheap&Chic Moschino: bergamotka, gorzka pomarańcza, yuzu, drzewo różane, wanilia, drzewo sandałowe, piżmo, wetiweria, bób tonka, ambra, kwiaty wodne, fiołek, jaśmin, goździk, peonia, frezja, dzika róża.
Lola Marc Jacobs: gruszka D’Anjou, rubinowy grejfrut, różowy pieprz, różowa peonia, róża, geranium z dodatkiem wanilii, bobu tonka i piżma.

wtorek, 28 sierpnia 2012

Klejnot Korony, Paul Scott




Są książki, do których wracam po latach. Jednym z powodów jest ciekawość, co nowego w nich znajdę tym razem. A zawsze coś znajduję. Myślę, że powodem jest to, że ja się zmieniam, inaczej rozumiem, co innego zauważam.
Taką książką, choć powinnam powiedzieć, książkami, jest kwartet angloindyjski Paula Scotta.
Składają się na niego cztery części:
-         Klejnot Korony (The Jewel in the Crown) z roku 1966,
-         Dzień skorpiona (The Day of the Scorpion) z roku 1968;
-         Wieże milczenia (The Towers of Silence) z roku 1971,
-         Podział łupów (A Division The Day of the Scorpion of the Spoils) z roku 1974.
Części kwartetu połączone są czwórką głównych bohaterów, których losy splatają się w dramatyczny sposób.
Pierwsza część opowiada o wydarzeniach, które doprowadziły do gwałtu na młodej Angielce i konsekwencjach tego tragicznego wydarzenia. Rzecz dzieje się w przełomowym dla historii Indii roku 1942.
Kolejne części są jakby uzupełnieniem pierwszej, opowiedzianym z punktu widzenia innych osób i w szerszym kontekście historycznym.
Mnie ta powieść zafascynowała już za pierwszym podejściem. Przy drugim zauważyłam pewne związki przyczynowo-skutkowe. I jedną z konkluzji, że zranionej męskiej dumy należy się bać.
Całość na tle Indii, które jak ktoś powiedział „albo się kocha, albo nienawidzi”. Indii kontrastów, niezwykłej kultury, bogactwa sąsiadującego z niewyobrażalnym ubóstwem.
No i świetna lekcja na temat brytyjskich poczynań w skolonizowanych Indiach, opowiedziana z punktu widzenia wielu osób, Hindusów i Brytyjczyków. 
Książka jest świetnie napisana, niezwykle sugestywnie. Niemal czuje się zapach Indii, wilgotne, gorące powietrze. I tyle w niej emocji!
Nie da się ukryć, że autor kochał Indie i nie zawsze stawał po stronie rodaków. Obiektywizm Paula Scotta jest chyba dodatkowym atutem powieści.
Lektura obowiązkowa!!

PS: 
1. problemem może być dotarcie do książki, bo szukałam wznowień i nie znalazłam;
2. wydanie, którym dysponuję jest z roku 1986, skromniutkie, ale takie czasy, a wydawcą był Państwowy Instytut Wydawniczy w Warszawie;
3. książka doczekała się ekranizacji w formie mini serialu; zainteresowanych odsyłam do strony:
Filmweb: Klejnot w Koronie
4. polecam również notkę biograficzną o autorze:
Wikipedia: Paul Scott


 

czwartek, 23 sierpnia 2012

My i one



Spędziłam ostatnio kilka dni z dwójką maluchów (4,5 i 6 lat). Głównie się bawiliśmy, ale musieliśmy też przygotować coś do jedzenia. W związku z tym, że bardzo mi pomagały, to co mogłam zrobić w godzinę, robiłam trzy. Do tego kuchnia wyglądała jak po wybuchu jądrowym. Nic to...
Odpowiedziałam na kilka tysięcy pytań, czytałam bajki, wyklejaliśmy, rysowaliśmy, robiliśmy zdjęcia. 
Nie ukrywam, że nieźle dostałam w kość, natomiast one były w świetnej formie, niezmordowane.
Odpowiadanie na pytania ludzi w tym wieku, to nie jest prosta sprawa. I wcale najtrudniejszymi pytaniami nie są te powszechnie uważane za trudne, czyli dotyczące seksualności. Szczerze mówiąc to jakoś ich nie interesowało.
Oglądaliśmy „stare” zdjęcia, na których było jedno z nich, to starsze. I junior zadał pytanie, dlaczego jego nie ma tych zdjęciach. Proste, bo ciebie wtedy nie było. Jak to nie było, a gdzie byłem? No i co? Konsternacja. Do dziś nie wiem co powinnam odpowiedzieć na to pytanie. Pewnie, mogłam malucha spławić i odpowiedzieć cokolwiek: nie wiem, na przykład. Ale walcząc o swój autorytet, wolałam unikać zbyt łatwych odpowiedzi. Na szczęście nie drążył tego pytania.
Żeby złapać trochę oddechu to ja zaczęłam zadawać pytania. Moje były prostsze.
Dlaczego trawa jest zielona? Bo taka urosła (nie liczyłam na wykład o chlorofilu).
Dlaczego pies szczeka? Oj, bo kotki miauczą, a pies szczeka. Tu nawet były oznaki zniecierpliwienia, bo jak można zadawać tak oczywiste pytania.
Maluchy „znały” wszystkie odpowiedzi. Na żadne pytanie nie padło „nie wiem”.
Zachwyciłam się prostotą i logiką świata dzieci. To jest jak terapia.
I taka oczywista konkluzja...to dorośli wszystko komplikują.