czwartek, 23 sierpnia 2012

My i one



Spędziłam ostatnio kilka dni z dwójką maluchów (4,5 i 6 lat). Głównie się bawiliśmy, ale musieliśmy też przygotować coś do jedzenia. W związku z tym, że bardzo mi pomagały, to co mogłam zrobić w godzinę, robiłam trzy. Do tego kuchnia wyglądała jak po wybuchu jądrowym. Nic to...
Odpowiedziałam na kilka tysięcy pytań, czytałam bajki, wyklejaliśmy, rysowaliśmy, robiliśmy zdjęcia. 
Nie ukrywam, że nieźle dostałam w kość, natomiast one były w świetnej formie, niezmordowane.
Odpowiadanie na pytania ludzi w tym wieku, to nie jest prosta sprawa. I wcale najtrudniejszymi pytaniami nie są te powszechnie uważane za trudne, czyli dotyczące seksualności. Szczerze mówiąc to jakoś ich nie interesowało.
Oglądaliśmy „stare” zdjęcia, na których było jedno z nich, to starsze. I junior zadał pytanie, dlaczego jego nie ma tych zdjęciach. Proste, bo ciebie wtedy nie było. Jak to nie było, a gdzie byłem? No i co? Konsternacja. Do dziś nie wiem co powinnam odpowiedzieć na to pytanie. Pewnie, mogłam malucha spławić i odpowiedzieć cokolwiek: nie wiem, na przykład. Ale walcząc o swój autorytet, wolałam unikać zbyt łatwych odpowiedzi. Na szczęście nie drążył tego pytania.
Żeby złapać trochę oddechu to ja zaczęłam zadawać pytania. Moje były prostsze.
Dlaczego trawa jest zielona? Bo taka urosła (nie liczyłam na wykład o chlorofilu).
Dlaczego pies szczeka? Oj, bo kotki miauczą, a pies szczeka. Tu nawet były oznaki zniecierpliwienia, bo jak można zadawać tak oczywiste pytania.
Maluchy „znały” wszystkie odpowiedzi. Na żadne pytanie nie padło „nie wiem”.
Zachwyciłam się prostotą i logiką świata dzieci. To jest jak terapia.
I taka oczywista konkluzja...to dorośli wszystko komplikują. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz