poniedziałek, 29 października 2012

Fotografie w kolorze sepii



 Fotograf Leon Grauer, Borszczów, rok 1929

Na ścianie wiszą stare fotografie w kolorze sepii. Jedna z nich to zdjęcie moich dziadków tuż po ślubie w roku 1929. Dziadek jest w lśniących oficerkach, ma brylantynę na włosach a babunia ma zaledwie 16 lat. Są tacy młodzi...
Gdy myślę o dzieciństwie, w mojej głowie pojawiają się obrazki z wakacji u dziadków na wsi. Jakby moje dzieciństwo nie istniało poza tym miejscem i czasem. Oprócz mnie i brata, przyjeżdżało tam jeszcze kilkoro kuzynów, wszyscy w podobnym wieku.  Dom z dużym ogrodem, który przechodził w sad, poletko truskawek i maliniak w rogu. Gdzieś pod płotem rosły krzaki porzeczek i agrestu, a później była wielka brama prowadząca na pola. Tam dzieciaki zbierały do wiaderek chrabąszcze dla kur, a z kolb kukurydzy robiły lalki z długimi włosami. Na tych obrazkach zawsze świeci słońce a ludzie łagodnie się uśmiechają.
Dla takiego mieszczucha jak ja, frajdą była przejażdżka na wozie wypełnionym sianem i zabawy na strychu pełnym „skarbów”.
Do dzisiaj pamiętam zapach pokoju, w którym zawsze panował półmrok, a babcia chowała przed nami miski czarnych jagód na pierogi. W pokoju stały stare kredensy i wielki stół, przy którym zasiadało się „od wielkiego dzwonu”. Zapach starego drewna mieszał się z zapachem ciast, cynamonu, goździków i gałki muszkatołowej. Smakołyki, ze względu na liczną gromadkę musiały być wydzielane. Po całych dniach spędzanych na świeżym powietrzu, byliśmy wciąż głodni i naprawdę nie wiem, jak babcia to wszystko ogarniała.
Dziadek wieczorami słuchał Radia Wolna Europa. Wciąż kręcił gałkami, a i tak więcej słychać było trzasków niż ludzkiego głosu. Często zasypiał zmęczony z głową przy radiu, które wyglądało jak eksponat muzealny.
Babcia była zupełnie z innej epoki. Pamiętam jak przyniosła mi poduszkę do sadu, w którym się opalałam, bo nie mieściło jej się w głowie, jak można leżeć na twardej ziemi.   
Mam wrażenie, że z całej czeredy byłam z babcią najbliżej. A może wszyscy tak uważają? Czasem brałyśmy malutkie stołeczki i szłyśmy do ogrodu zrywać porzeczki i agrest na ciasta. To zajęcie miało dla mnie szczególne znaczenie, bo zawsze wtedy babunia snuła opowieści o ludziach zupełnie mi nie znanych, a jednak blisko spokrewnionych.
Babcia miała długie włosy ciasno upięte w kok nisko nad karkiem i pachniała konwaliową wodą toaletową.
Od dawna nie ma już dziadków, wakacje na wsi pod Wrocławiem są tak odległe, że aż nierzeczywiste. Babcia czasem odwiedza mnie w snach, ale co mnie zastanawia, nigdy nie jest babcią jaką pamiętam. Jest młoda, ma ciemne włosy gładko zaczesane i zawsze ma taką samą sukienkę, żywcem wyjętą z lat dwudziestych, których nie mogę znać a tym bardziej pamiętać. Nawet dom ze snów jest inny. Ogromne domiszcze z pokojami w amfiladzie, wielka biblioteka, smugi światła sączące się przez firany, spokój i cisza, magia...
Rodzinny dom dziadków, jak i cała reszta na wschodzie, został skonfiskowany bodajże w 1941 roku, na świstku papieru, przez jakiegoś czerwonoarmistę.
Czy babunia zabiera mnie do rodzinnego domu na Zachodniej Ukrainie? 


Fotorgraf Leon Grauer, Borszczów, listopad 1929

czwartek, 25 października 2012

Niezłe ziółko: rumianek



Mój stosunek do tego co się dzieje w polityce, zaczyna przypominać zabawę w chowanego z pewnym czteroletnim facetem, na punkcie którego, mam totalnego świra. On uważa, że jeśli mnie nie widzi, to ja nie widzę jego. Nie mogąc znieść politycznego chaosu, nie włączam telewizora, nie czytam gazet. To czego nie widzę i nie słyszę, nie istnieje. Polecam tę metodę w walce z jesiennymi dołkami. 
Wpadłam ostatnio w taką apatię, że nagromadziło mi się mnóstwo nie załatwionych spraw, braki we wszystkim w domu, kilkucentymetrowe odrosty...masakra. 
Dzisiaj korzystając z wolnego przedpołudnia wystrzeliłam z domu i załatwiłam wszystko hurtowo. Wróciłam taka zadowolona, że o żadnej depresji jesiennej nie ma mowy. Nie ma nic gorszego niż siedzieć i rozpamiętywać. Autodestrukcja!

Dzisiaj o drugim cudownym ziółku, o rumianku.

W przemyśle farmaceutycznym i kosmetycznym najczęściej stosuje się pozyskiwany z niego olejek eteryczny. W handlu dostępny jedynie jako roztwór alkoholowy, AZULAN.
Stosowany jest zewnętrznie, do płukania w stanach zapalnych jamy ustnej, zapaleniu błon śluzowych gardła, migdałów i dziąseł. 
Wewnętrznie stosowany jest przy nieżycie jelit i żołądka, w zaburzeniach trawienia, przy braku  łaknienia, dlatego, że pobudza wydzielanie żółci i zapobiega nadmiernej fermentacji w jelitach.
Olejek ma też działanie przeciwalergiczne, przeciwzapalne i przeciwdziała oparzeniom słonecznym i po naświetlaniach promieniami Roentgena.
Zalecany jest również do inhalacji przy katarach, zapaleniach oskrzeli i zapaleniach zatok obocznych nosa.

Prawdziwym panaceum jest hydrolat rumiankowy. Jest tak delikatny, że polecany jest do pielęgnacji skóry delikatnej i wrażliwej, na przykład do pielęgnacji niemowląt.
Polecany jest również do pielęgnacji wrażliwej skóry wokół oczu. Ma kojące działanie na system nerwowy, redukuje stres i łagodzi objawy bezsenności. Łagodzi również zaczerwienienia i stany zapalne skóry, w tym zmiany trądzikowe. 
Można go stosować samodzielnie lub łącznie z hydrolatem z szałwii zamiast toników do demakijażu czy mycia twarzy. Ma działanie zarówno tonizujące jak i oczyszczające.
Szczególnie nadaje się do przemywania oczu, bo łagodzi ich zaczerwienienie, podrażnienie i zmęczenie, na przykład po wielogodzinnej pracy przy komputerze. 

Napar z rumianku, oprócz tego, że stanowi smaczną, leczniczą "herbatkę", może być używany do płukania włosów ze skłonnością do przetłuszczania się, łupieżu oraz wypadania.

Rumianek często jest łączony z innymi ziołami dla wzmocnienia działania przeciwbakteryjnego: z liśćmi babki, z szałwią, liśćmi orzecha włoskiego, liśćmi mięty.
Z kwiatami nagietka, krwawnikiem, kwiatami kasztanowca, zielem dziurawca w mie­szankach przeciwzapalnych i rozkurczowych.

Wyciąg z rumianku jest składnikiem wielu kosmetyków: kremów, szamponów, toników, mydeł...

Koszyczki rumianku wchodzą w skład gotowych mieszanek ziołowych: CHOLEGRAN, NERVOSAN, PY­ROSAN, VAGOSAN, a wyciągi w skład płynu AZULAN, AZUCALEN, HERBOGASTRIN oraz leków AESCULAN, CHELIVAG, ULDENOL, ULYENTROL.

Wierzyć się nie chce, że coś co występuje tak powszechnie, kosztujące kilka groszy, może być tak wartościowe. 
A jak pięknie musi pachnieć na polu rumianku...


sobota, 20 października 2012

Tajemnice i mistyfikacje Harlana Cobena...


Harlan Coben Mistyfikacja, Wszyscy mamy tajemnice


...czyli regułą jest brak reguł.

Niedawno napisałam, że Lauren Weisberger świetnie zaczęła od powieści „Diabeł ubiera się u Prady”, a później było już tylko gorzej. Dzisiaj będzie dokładnie na odwrót.
Nie pamiętam, którą książkę kupiłam pierwszą, ale jestem w posiadaniu dwóch powieści Harlana Cobena. Przez przypadek, jedna z nich to jego pierwsza, a druga, przedostatnia powieść, z 2011 roku. Jak się dowiedziałam jest on jedynym współczesnym autorem, który otrzymał trzy najbardziej prestiżowe nagrody literackie przyznawane w kategorii powieści kryminalnej, w tym najważniejszą, Edgar Poe Award. 
Gdyby prawdą było, że karierę pisarską zaczyna się od sukcesu, a następnie odcina od niego kupony, to „Mistyfikacja” z 1990 roku, powinna być arcydziełem. A jest...nie wiem jak to określić, gniotem, bublem, grafomanią? 
Jeśli bohaterami mają być współcześni ludzie sukcesu, to ona musi być przynajmniej modelką, a on gwiazdą sportu. Koniecznie piękni i bogaci. Ok, to jeszcze można przeżyć. Para spędza miesiąc miodowy i nagle świeżo poślubiony mąż znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Oficjalna wersja mówi, że utopił się w oceanie. Jego żona w to nie wierzy i rozpoczyna własne śledztwo. Tu, odpuściłam. Stwierdziłam, że lepiej obejrzeć 2653 odcinek jakiegoś południowoamerykańskiego serialu. Na początku nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać. Stężenie głupoty zaczęło być toksyczne. Po kilku dniach wróciłam do książki i zaczęłam czytać ostatnie kilkadziesiąt stron, żeby zobaczyć co Coben jeszcze wymyślił. Warto było!! Żeby wybrnąć z zawikłanej sytuacji, tak przekombinował, że już nie wiadomo kto był kim dla kogo: bratem czy ojcem, siostrą czy matką. Nie jestem mocna w latynoamerykańskich serialach, ale nie mają startu do „Mistyfikacji”, ich scenarzyści przy Cobenie nie mają za grosz wyobraźni.
Autor doskonale zdaje sobie sprawę z poziomu literackiego „dzieła”, bo we wstępie napisał: „No tak..., jeśli jest to pierwsza moja książka, którą trzymasz w ręku, odłóż ją. Zwróć. Weź inną. Nie ma sprawy, ja poczekam”. Rozumiem go, po lekturze tej książki można unikać jak zarazy, każdej kolejnej napisanej przez niego. A dla mnie nauczka, zanim kupisz, przeczytaj wstęp, ze dwa akapity w środku, zastanów się...
Jego przedostatnia książka, „Wszyscy mamy tajemnice” to inny poziom literacki. Głównym bohaterem jest Myron, agent znanych sportowców i muzyków, który podejmuje się wyjaśnienia okoliczności zaginięcia znanego muzyka rockowego, po tym jak na facebooku ukazała się informacja, że nie jest ojcem dziecka swojej żony. Ufff...Myron ma też do wyjaśnienia nieźle zagmatwaną sprawę własnego brata, którego nie można zlokalizować od miesięcy, a jego żona i syn ukrywają się przed światem, wciąż zmieniając miejsca zamieszkania i tożsamości.
Muszę przyznać, że choć ta powieść prezentuje lepszy poziom od wspomnianej poprzednio, to nie zachwyca. Na rynku księgarskim jest tyle świetnych rzeczy do czytania, że fanką Harlana Cobena nie zostanę i na dwóch jego książkach poprzestanę. Myślę, że i tak mam o dwie za dużo.

sobota, 13 października 2012

Księga wszystkich dusz (tom III), Wędrówka, Deborah Harkness


Deborah Harkness : 
Księga wszystkich dusz (tom I), Czarownica
Księga wszystkich dusz (tom II), Tajemnica


Deborah Harkness: Księga wszystkich dusz (tom III), Wędrówka


Na świecie istnieją cztery typy istot rozumnych: czarnoksiężnicy, wampiry, demony i ludzie. Żeby mogły współegzystować, powstała Kongregacja, składająca się z przedstawicieli wszystkich gatunków. Stworzono zbiór przepisów normujących zasady współżycia, a jednym z podstawowych, jest zakaz zawierania związków między gatunkami. Jednak nie zawsze tak było. Gdzieś istnieje zaginiony dokument wyjaśniający powody zakazu oraz tłumaczący problemy związane z potomkami międzygatunkowymi.
Diana Bishop, główna bohaterka pierwszych dwóch części KSIĘGI WSZYSTKICH DUSZ, jest czarownicą, która nie zna się na czarach. Rodzice, którzy zaginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, rzucili na nią urok, blokujący jej zdolności, aby zapewnić jej bezpieczeństwo. Ona sama też chce odciąć się od dziedzictwa, chce żyć normalnie. Jest historykiem i w pewnym okresie życia, wyjeżdża na studia do Oksfordu. Przekopując się przez setki książek w bibliotece, przypadkowo wpada jej w ręce niezwykła stara księga. Praktycznie księga ją odnajduje, zamiast odwrotnie. Już wcześniej Diana budzi powszechne zainteresowanie nadprzyrodzonych istot, ale po tym fakcie wszystko się nasila. 
Powinnam dodać wcześniej, że wampiry, czarownicy i demony wzajemnie się wyczuwają i każde z nich wie kim są pozostali.
Sama Diana nie zdaje sobie sprawy ze swoich możliwości, choć inni wiedzą, że ma szczególne zdolności. Pomocy udziela jej wampir, Matthew, chroniąc ją przed pozostałymi istotami. Powstaje między nimi niezwykła więź, tym bardziej niezwykła, że zakazana. Właściwie narażają się wszystkim.
W trzeciej części zatytułowanej Wędrówka, przenoszą się w czasie do roku 1590, do elżbietańskiej Anglii, by po pierwsze odnaleźć zaginioną księgę, a po drugie znaleźć kogoś, kto zdjąłby urok z Diany. Więcej w książce...
Bzdury wypisują na okładce porównując do innych książek.
Faktem jest, że Księga wszystkich dusz łączy powieść przygodową, triller, romans, fantastykę i powieść historyczną. Autorka, Deborah Harkness, jest historykiem i wszystkie jej książki są doskonale osadzone w epoce. Fabuła jest tak naszpikowana zagadkami, tak pełna tajemnic i intrygująca, że nie sposób się oderwać. Do tego, gdy Diana i Matthew przenieśli się w czasie, siłą rzeczy, spowodowali zmiany w czasach, z których pochodzą. Te niuanse pozwalają bliskim żyjącym współcześnie, śledzić ich poczynania pod koniec XVI wieku. Nawet taki szczegół jak droga pewnych przedmiotów na przestrzeni czterystu lat stanowi niesamowitą zagadkę. 
Żałuję tylko, że czekałam na nią prawie dziesięć miesięcy a przeczytałam w dwa zapracowane dni. Na szczęście czwarty tom ma się ukazać już na początku przyszłego roku (2013).

wtorek, 9 października 2012

Carlos Ruiz Zafon raz jeszcze





„Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie” Julian Carax w „Cieniu wiatru”


Czytając „Cień wiatru” C.R. Zafona, myślałam o tym, jak niezwykłym trzeba być człowiekiem, żeby wymyślić taką historię. Byłam zafascynowana umysłem pisarza. „Grę anioła” przeczytałam zaraz po pierwszej części, ale na „Więźnia nieba” musiałam czekać kilka miesięcy.
Po książki Zafona zaliczane do literatury młodzieżowej, sięgnęłam głównie z ciekawości, a może z tęsknoty za atmosferą jego powieści. Nie żałuję, chociaż do młodzieży zaliczyć mnie nie można, niestety :D
Przy okazji, o czym już wcześniej gdzieś wspominałam, doszłam do wniosku, że cykl Cmentarz zapomnianych książek, dojrzewał (rodził się) stopniowo w umyśle pisarza. Chociaż to bardzo subiektywna opinia.
Pomyślałam też, że jego twórczość to niezły materiał do analiz nie tylko dla speców od literatury, ale również dla psychologów. Ciekawe czy ktoś już analizował jego twórczość pod tym kątem....
Tak zwane młodzieżowe powieści powstały w latach ’90. Na język polski zostały przetłumaczone przez Katarzynę Okrasko i Carlosa Marrodana Casasa, a wydane po polsku w latach 2009-2011.
Trzy pierwsze: "Książę mgły", "Pałac północy" i "Światła września" łączy demoniczna postać istniejącego poza czasem czarownika. Chociaż różne są miejsca, czas akcji i bohaterowie, klimat powieści jest ten sam. Tajemnica odmieniana przez wszystkie przypadki, nieuchronność losu, jakaś straszna siła determinująca życiorysy bohaterów. Czas jest elastyczny, może zwalniać, zatrzymywać się i zawracać. Ważna jest przyjaźń łącząca ludzi i niekończąca się walka dobra ze złem. 
Odniosłam wrażenie, że mag z tego okresu twórczości jest pierwowzorem Andreasa Corelli’ego z "Cienia wiatru", ale to znowu moja, subiektywna opinia.
Zastanawia mnie powtarzający się w książkach wątek postaci z pogranicza mechanicznych zabawek i ludzi, oraz mnogość postaci, dla których czas nie istnieje.
Ostatnią książką tzw. młodzieżową jest "Marina". Piękna historia o samotności wieku dojrzewania, o miłości, a przy tym wszystkim jest magia, tajemnica do wyjaśnienia i dramat...Ale koniec, bo „spalę” historię.
Miejscem akcji części książek Zafona jest Barcelona. Moim zdaniem on jest niezastąpionym ambasadorem tego miasta. Jeśli ktoś w Barcelonie nie był, to po lekturze jego książek za Barceloną zatęskni.
A tak na marginesie...przeczytałam wszystko tego autora i pierwszy raz nie byłam rozczarowana. Chociaż po siódmej książce poczułam konieczność powrotu do normalnego świata, gdzie wszystko jest prostsze a czas biegnie tylko w jedną stronę.
Proszę, nie sugerujcie się szufladkowaniem twórczości Zafona i sięgnijcie po jego wcześniejsze dzieła. Niemożliwe żebyście byli zawiedzeni.

niedziela, 7 października 2012

Pensjonat, Lois Battle

 Lois Battle: Pensjonat (2011)


Książka zamiast terapii


Na 19 września zapowiadana była premiera trzeciej części „Księgi wszystkich dusz” (Deborah Harkness), na którą czekam od ponad pół roku. Myślałam, że śmignę tego dnia do Empiku, żeby świat się walił, ale na ich stronie pojawił się komunikat, że książka pojawi się w sprzedaży w pierwszych dniach października. Sprawdziłam na stronach Merlina i u nich nadal zapowiadano premierę na wrzesień. Pomyślałam, że nie ma co czekać, szybciej będzie jak zamówię w Merlinie. Przy okazji kupiłam kilka gorących nowości. Kasę przyjęli, żeby następnego dnia poinformować mnie, że z winy wydawnictwa „Księgę wszystkich dusz” wysyłać będą od 4 października. Jak widać, to że Merlin nie śpieszy się z aktualizowaniem informacji, wychodzi mu na dobre.

Dzisiaj sięgam po nieco starszą książkę, którą z czystym sumieniem mogę polecić, tym bardziej, że za oknem deszcz, szaro buro i jakoś tak całkiem jesiennie się zrobiło.
„Pensjonat” Lois Battle czyta się duszkiem, mimo że nie znajdziemy tu trzymającej w napięciu sensacji, niesamowitych zwrotów akcji, ani wielkich dramatów. To opowieść o zwykłej rodzinie, matce i jej trzech dorosłych córkach.
Kobiety nie są w zbyt zażyłych stosunkach, ostatni raz w komplecie widziały się kilkanaście lat temu, na pogrzebie ojca dziewcząt.
Matka prowadzi mały, rodzinny pensjonat, w pięknym starym domu. Pod pretekstem świąt zaprasza wszystkie córki do rodzinnego domu. Żadna nie wierzy, że zjawią się w komplecie. Między siostrami jest mnóstwo „pielęgnowanych” przez lata pretensji.
Sam pensjonat też ma tu symboliczne znaczenie. Dla dorosłych dzieci rodzinny dom często jest jak pensjonat, do którego zjeżdża się przy wyjątkowych okazjach.
Okazuje się, że najbliższych za bardzo nie znamy, że przez lata wydarzyło się w ich życiu tak dużo, że nie są tymi, których pamiętamy, święci nie są tacy święci a rodzinna czarna owca nie jest taka czarna.
Książka jest o trudnych relacjach między ludźmi, których łączą więzy krwi, ale nie oznacza to faktycznej bliskości. Napisana jest z dużym poczuciem humoru, lekko i mądrze. I niesie pozytywne przesłanie. Czasem wystarczy wykazać odrobinę dobrej woli i zacząć rozmawiać, aby rozwiązać nagromadzone przez lata problemy.
Naprawdę polecam!

wtorek, 2 października 2012

Julia, Anne Fortier



Wszyscy kochamy bajki

Anne Fortier: Julia
 
Wszyscy kochamy bajki, jeśli nawet nie mamy odwagi się przyznać, czyż nie?
Różnica tkwi w szczegółach. Jedni z wypiekami na twarzy oglądają/czytają o super bohaterach (nie koniecznie tych, co noszą majtki na rajtuzach), inni o wielkich uczuciach, które pokonują wszystkie przeciwieństwa losu i zawsze są do końca świata. Choć w realnym świecie z trudem nadążamy za tym, kto z kim, bo ”wielkie miłości” mają często żywot motyli.

Historia jest o Julii. Współcześnie żyjącej dziewczynie, wychowanej w Stanach przez babkę, bo jak jej powiedziano, rodzice zginęli w wypadku samochodowym, gdy była małym dzieckiem. Pewnego dnia dowiaduje się, że zmuszona jest lecieć do Italii, by odebrać zdeponowany w banku spadek po matce. 
No i się zaczyna...Zamiast oczekiwanego majątku, znajduje stary pamiętnik, należący do Julii, będącej pierwowzorem szekspirowskiej bohaterki „Romea i Julii”. Do tego to jej pra...prababka. 
Brzmi banalnie, ale tak nie jest. Książka ma dwa wątki, jeden współczesny, jeden sprzed wieków. Każdy jest tak intrygujący, że nie można go pominąć. Sama nie wiem, która opowieść bardziej mnie wciągnęła. Niezwykła zagadka, nie wiadomo kto jest wrogiem, kto przyjacielem, świetnie osadzony w epoce wątek szekspirowskiej Julii, realistyczne postacie ...
Jest tajemnica, rodzinna klątwa, sensacja i wielkie uczucia...
Czyta się jednych tchem, choć to ponad 400 stron.
Książka jest sprzed dwóch lat, ale jeśli w ogromnej ilości zalegających w księgarniach książek, umknęła Wam, to warta jest odszukania.
Jest drugą w dorobku autorki powieścią i zostały sprzedane prawa do jej ekranizacji.
Bardzo polecam!!