sobota, 28 grudnia 2013

Dziecko śniegu, Eowyn Ivey



Dziecko śniegu, Eowyn Ivey
tłumaczenie Marcin Wróbel
Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2013

Ta pora roku to dziwny okres. Niby pracuję, ale tak na pół gwizdka. Niby już po świętach, ale tuż przed sylwestrem. Gdzieś między jednym kieliszkiem wina a drugim, leniwymi rozmowami rozciągniętymi w czasie ponad miarę i bóg wie którą kawą, tłucze się w mojej głowie potrzeba podzielenia się przemyśleniami na temat niezwykłej książki (mam wrażenie, że nadużywam tego słowa). Książki, będącej debiutem autorki, a już nominowanej do nagrody Pulitzera i nagrodzonej kilkoma innymi nagrodami.
Gdybym miała jednym słowem powiedzieć o czym jest, mogłabym powiedzieć, że o ŻYCIU.
A przy tym o trudnych do spełnienia marzeniach, o samotności, cierpieniu i miłości. Całość umieszczona w surowej przyrodzie Alaski, opisanej w tak sugestywny sposób, że czytając otrzymuje się gotowe obrazy.
Może słowo wyjaśnienia, dlaczego moim zdaniem, książka jest niezwykła. Jest w niej w taki sposób przemieszana prawda, fakty z realnego życia z elementami bajki, tak, że nie wiadomo w końcu co jest prawdą, a co nie. Do końca nie wiadomo, czy jedna z postaci jest kimś rzeczywistym, czy postacią fikcyjną. I szczerze mówiąc finał też tego nie wyjaśnia, bo zakończenie jest równie tajemnicze co cała historia. Wspomnę tylko, że para, pragnąca mieć dziecko, pewnego wieczoru lepi ze śniegu postać dziewczynki. Po jakimś czasie ulepione ze śniegu dziecko znika a zaczyna pojawiać się prawdziwe. Tylko czy prawdziwe? Jest równie dużo rozsądnych wyjaśnień skąd się wzięła, co tych rodem z rosyjskiej baśni.
Myślę, że lepiej pozostawić rozstrzygnięcie czytelnikowi.
Mnie po lekturze nasunęło się jeszcze jedno spostrzeżenia, że dla miłości, czy z powodu miłości, ludzie potrafią bardzo nagiąć naturę. Pominę, czy ona w końcu zwycięża, czy górę bierze uczucie.
Lektura obowiązkowa.
I tak zupełnie na marginesie...książka jest naprawdę ładnie wydana.

środa, 25 grudnia 2013

Samo szczęście, Karen Wheeler


Samo szczęście, Karen Wheeler
tłumaczenie Maciej Orkan-Łęcki
Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2013

Mam święta w wersji light. Ani wielkich porządków, ani wielkich zakupów, ani wielkiego żarcia. I o to mi chodziło. Miałam przede wszystkim odpocząć i nacieszyć się obecnością K. Okazuje się jednak, że moją nową tradycją jest przechorowanie świąt.
Ale święta 2013 długo (a może zawsze) będą mi się kojarzyć z historią z tej książki.
Nie jest w tzw. klimacie świątecznym. Jest za to niezwykle poruszająca, refleksyjna, melancholijna...
Zastanawiam się jak o niej opowiedzieć, żeby nie „spalić” historii.
W dramatach najbardziej porusza mnie to, że przechodzą bez echa, że ktoś cierpi a cały świat mimo to kręci się nadal, tak jakby nic się nie stało. Że nie spadają gwiazdy, nie przestaje kręcić się Ziemia. Jak co dzień wstaje dzień, świeci słońce i co najbardziej niesprawiedliwe, wciąż bywa pięknie. Pachną kwiaty, ludzie się śmieją, zachody słońca są równie nastrojowe. Nic się nie kończy, choć ktoś bezgranicznie cierpi i świat dla niego przestaje istnieć.
Wiem, że dla wielu osób, będzie to zupełnie inna historia, dla mnie jest o ogromnym uczuciu i o wielkim cierpieniu. Mimo to nie jest przygnębiająca. Opowiada o tym, że nie należy odkładać niczego na później, zakładając, że mamy na to całe życie. Nie wiemy ile mamy czasu i może dobrze. Każdy dzień należy przeżyć tak, jakby miał być ostatnim. Wszystko należy załatwiać na bieżąco, bez niedopowiedzeń, pielęgnowania urazów, bo szkoda życia na bzdury. Są rzeczy o znaczeniu uniwersalnym, ważniejsze od innych i powinniśmy pamiętać o ich randze. (Ech, kumulacja banałów!)
Cokolwiek tu napisałam, nie odda tego co czuję. Mam nieodpartą potrzebę wypłakania się gdzieś w kąciku.
Chociaż w domu pachnie świeżo parzoną kawą i dopiero co wyjętymi z pieca muffinkami.
Dodatkowo męczy mnie fakt, że 2 lipca 2011 roku, w dniu moich urodzin, który był pewnie dla mnie bardzo miły i radosny, komuś w tym dniu runął świat. To niesprawiedliwe, cholernie niesprawiedliwe.


Książka, która rekomenduję, jest trzecią częścią historii Karen Wheeler. Pamiętam, jak głośno się śmiałam czytając poprzednie części...
Moim zdaniem lektura obowiązkowa. 

A tak zupełnie na marginesie...tutaj jest przepis na pyszne muffinki (sprawdzony, tylko zamiast jagód z czekoladą dałam drobno pokrojone jabłko i garść rodzynek), bo przecież czas płynie dalej.


niedziela, 15 grudnia 2013

Co z ciebie za matka? Paula Daly


Nie jest to zwykły thriller.
Oprócz dobrze napisanej historii o tajemniczych zaginięciach nastolatek, jest to materiał, który każe się zastanowić nad istotą przyjaźni. Co powoduje, że jednych ludzi uważamy za przyjaciół, dlaczego w ogóle chcemy z jednymi być bliżej niż z drugimi. Oczywiście, nie  znam odpowiedzi, choć wielokrotnie się nad tym zastanawiałam. Myślę, że powodów  jest mnóstwo, do tego każdy może mieć swoje. Być może PRZYJACIEL posiada te cechy, które sami chcielibyśmy posiadać, może związek nas nobilituje, może leczymy w ten sposób własne  kompleksy? A może wprost przeciwnie? 
W tej powieści też nie znajdziemy odpowiedzi na te pytania, ale być może zmusi czytelników do przemyśleń.
Opisana historia jest przewrotna i zaskakująca. Rzecz się dzieje na angielskiej prowincji, gdzie prawie wszyscy się znają. Szkoła, do której chodzą dzieci jest jednym z podstawowych miejsc, w których zawierane są znajomości. Wypada wiedzieć coś o rodzinie dziecka, z którym przyjaźni się własne potomstwo. Wypada znać dom, w którym bywa własne dziecko. Przy okazji można coś ugrać dla siebie: pochwalić się tym jak pięknie mieszkamy, podkreślić status materialny, zaznaczyć jak wyżej w hierarchii społecznej jesteśmy ulokowani. Tylko jaki to ma związek z przyjaźnią?
Do tego zawsze istnieje ryzyko, że osoby będące z nami zbyt blisko zobaczą nas z innej perspektywy, niekoniecznie tak jak byśmy sobie życzyli. 
Gdy w tej małej społeczności ginie druga dziewczynka i wszyscy angażują się w wyjaśnienie sprawy wychodzą na światło dzienne dziwne tajemnice. Okazuje się, że ludzie, którzy wpędzali nas w kompleksy nie są tacy doskonali. Ci, którym zazdrościliśmy mają tysiące problemów, przy których nasze szare, zwyczajne życie to szczyt marzeń.
Dobrze napisana, trzymająca w napięciu do samego końca, z zaskakującym zakończeniem powieść, która zmusza do refleksji, może do spojrzenia na to co mamy w trochę inny sposób. I do konkluzji starej jak świat, że z daleka wszystko jest piękniejsze.
Książka jest debiutem pisarki, a zastrzeżenie mam jedynie do jakości wydania książki. Wolałabym, gdyby dano mi wybór. czy chcę zapłacić kilka złotych więcej za twardą oprawę.
Polecam, szczerze.

wtorek, 3 grudnia 2013

Sekrety kobiet złotnika, Jeanne Bourin



Ta historia mogła się wydarzyć wszędzie i w każdym innym czasie. Wydarzyła się w średniowiecznym Paryżu i przez to jest inna. Nie jestem historykiem i nie mogę ocenić jej pod względem merytorycznym. Jednak nawet taki ignorant jak ja wie, że jest to zupełnie inny obraz epoki, niż ten do którego przywykliśmy. Czyż średniowiecze nie jest synonimem ciemnoty i zacofania?
Tymczasem dostajemy historię ludzi niemal takich jak my. Troszczących się o bliskich, zapracowanych, targanych nieprawdopodobnymi emocjami. Posiadających pasje, dobrych i złych, bardziej i mniej religijnych.
Narratorką jest żona paryskiego złotnika, kobieta niespełna czterdziestoletnia, matka gromadki dzieci. Piękna i zamożna. Utalentowana i jak na swoją epokę wykształcona. Przywiązująca wagę do edukacji dzieci. Gdy domem zajmuje się liczna służba, ona ma czas na życie towarzyskie, działalność charytatywną i pracę polegającą na projektowaniu wyrobów złotniczych. 
Poznajemy ją w chwili, gdy dorastają pierwsze dzieci i pora zatroszczyć się o ich przyszłość. W tym czasie pojawiają się też problemy w małżeństwie, związane z impotencją starszego o ponad dwadzieścia lat męża. Rozdarta między obowiązkami i chęcią zatrzymania uciekającego czasu zaczyna mieć problemy zupełnie innej natury.
Ale jest też w tej powieści inny wątek. Mężczyzny, który budzi silne emocje i matki i jednej z zamężnych córek. Związek z nim rujnuje niemal rodzinę. Jest destrukcyjny, toksyczny i nieracjonalny.
Ta historia dowodzi, że bez względu na czasy, ludzie są tacy sami, że kierują się emocjami, nad którymi nie zawsze są w stanie zapanować, że czasem trudno odróżnić miłość od namiętności. I na koniec, że nic nie jest tylko złe lub dobre, a czasem życie podejmuje za nas mądrzejsze decyzje niż my podjęlibyśmy samodzielnie.
Polskie wydanie powieści (2013 rok) jest mocno spóźnione w stosunku do francuskiego, z 1979 roku. Ze smutkiem też przeczytałam, że Jeanne Bourin zmarła w 2003 roku.
I taki szczegół na koniec: książka jest naprawdę ładnie wydana.
Świetna lektura, która mówi dużo o nas samych. Naprawdę polecam.
Dla ciekawskich: Jeanne Bourin

czwartek, 28 listopada 2013

Ona je: kotleciki sojowe z warzywami i makaronem ryżowym



Anna poprosiła o jakiś przepis na proste danie, bo szuka nowego smaku. I mam problem, ponieważ zdałam sobie sprawę, że tygodniami mogłabym żyć jedząc musli, twarożki na tysiąc sposobów, przeplatając je jakimś owocem/warzywem,  sałatką, kefirem lub jogurtem. Nie jest to wyłącznie kwestia upodobań kulinarnych. Gdy policzyłam ile czasu trwa przygotowanie posiłku i posprzątanie po przygotowaniu, a ile czasu zajmuje zjedzenie, czyli ta przyjemność płynąca z pracy, to stwierdzam, że nie warto. Co innego gdy ma się dla kogo (domownicy, goście). Od czasu do czasu wpadam jednak w amok i przez kilka godzin nie wychodzę z kuchni szykując na kilka dni pudełeczka z BARDZO ZDROWYMI rzeczami. Na co dzień nie mam jednak na to ani czasu ani ochoty.
Miejsce, w którym mieszkam, też niczego nie ułatwia. Przez jakiś czas próbowałam zamawiać jedzenie do domu, ale tego nie dało się zjeść, o kasie nie wspomnę.
Mam na swój użytek kilka prostych jednogarnkowych dań, których przygotowanie zajmuje z pół godziny. I oprócz tego, że wiem co jem, jest to ich wielką zaletą.
Dzisiaj kotleciki sojowe z warzywami i makaronem ryżowym.

Składniki: kotlety sojowe, cebula, czosnek, pomidorki cherry (lub inne), papryka (może być kilka rodzajów),  makaron ryżowy, odrobina oleju i mnóstwo ziół w tym świeża bazylia i oregano.
Po pierwsze nie panieruję kotletów, niepotrzebne kalorie i dodatkowa praca. Na zeszkloną cebulkę i pokrojony w plasterki czosnek układam odciśnięte z nadmiaru wody kotleciki. Smażę aż stają się złociste i lekko chrupiące. Ważne, aby robić to na małym ogniu, żeby nie spalić cebulek. W tym czasie kroję i dokładam pomidorki, a na końcu paprykę. Kolejność dla mnie jest ważna. Pomidorki mają utworzyć sos, który później zostanie wchłonięty przez makaron, a paprykę lubię gdy nie jest rozgotowana. Całość przyprawiam dużą ilością ziół, bo dla mnie są istotą kuchni. Na koniec, na chwilę przed podaniem łączę z niewielką ilością makaronu. Ja daję mu czas, by wchłonął nadmiar sosu, cechą tego makaronu jest to, że sam nie ma smaku.
To danie to nic odkrywczego, ale jest lekkie, zdrowe, smaczne i przygotowanie zajmuje chwileczkę.
Bon appetit!!








czwartek, 14 listopada 2013

Totalnie o niczym

Mam tyle tematów w głowie, z których nic się nie urodzi, bo albo zbyt osobiste, albo niepoprawne politycznie, albo po prostu dlatego, że moim credo życiowym jest NIE NARZEKAĆ. No i nie mam zamiaru szokować, bo nie szukam popularności (swoją drogą, po co ja tu piszę?).
Do tego, nie jest łatwo zajmować się skomplikowanym, bogatym życiem wewnętrznym ( :)), gdy nie ma czasu na włączenie pralki, zrobienie zakupów, a gdzieś tam piętrzy się stos niesprawdzonych prac uczniowskich (niektóre sprzed wakacji). Dzisiaj postanowiłam, że po pracy zrobię coś pożytecznego: popłacę rachunki (żyjemy, by płacić rachunki), przygotuję przekąski na jutro, bo inaczej będę cały dzień na soku pomidorowym, zajrzę na bloga (zajrzałam), poodpisuję na zaległe maile (jeden czeka już tydzień na przeczytanie!) i nawet z raz włączę pralkę. Tego ostatniego już nie zrobię, bo nie będę czekać z wywieszeniem do 3 w nocy, a rano nie zdążę wywiesić.
Czy ktokolwiek się zastanawiał (nie-singiel) jak trudne jest życie singla? Pewne rzeczy są nie do przeskoczenia. Jak nie zrobisz zakupów-nie jesz, nikt cię nie wyręczy, nie poda herbaty, gdy padasz na pysk, nie ma męskiej klaty, by wypłakać smutki. Na skypie to nie to samo. Szlag mnie trafia, gdy muszę piąty raz zaczynać opowiadać to samo, bo rozłączyło, trzeszczało a do niego wciąż dzwonią telefony. 
Innych aspektów nie poruszę, bo zagląda tu zbyt wielu moich uczniów (pozdrawiam przyszłych noblistów!!) :D
Dzień mi się kończy i co raz mniej szans na zrobienie wszystkiego.
Ech, jeszcze jedno...facetom żyje się łatwiej (też mi odkrycie). Czy ktokolwiek zliczył ile czasu trzeba CODZIENNIE poświęcić na tzw. dbanie o siebie? Przecież to jakaś masakra!! Odżywki, maseczki, peelingi, ręce-stopy, włosy, dzięsięciominutowe mycie zębów... 
A on DLA MNIE goli się drugi raz wieczorem, taki wyczyn!
Coś mi wychodzi, że miałam nie narzekać, a jakoś tak wyszło nie bardzo. Jeszcze tyle rzeczy do zrobienia a północ się zbliża. 
Kocham moje życie, naprawdę.

niedziela, 3 listopada 2013

Strażnik tajemnic, Kate Morton


Strażnik tajemnic, Kate Morton
tłumaczenie z angielskiego Magdalena Koziej
Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2013

Strażnik tajemnic to czwarta powieść Kate Morton i moim zdaniem najlepsza. 
Jeśli uważasz, że wiesz coś o tzw. BLISKICH, to koniecznie przeczytaj. ...I zastanów się, ile razy w życiu pomyślałeś, że twoja babka/matka kiedyś była dziewczyną. Ile razy zastanowiłeś się jaki był twój ojciec, gdy był w twoim wieku. Jaką parą byli rodzice, gdy się poznali? A co z historią rodziny? Z rodzinnymi tajemnicami?
Ta powieść, ze wszystkich autorki, jest najbardziej rzeczywista, najbardziej prawdziwa, a przy tym tak zaskakująca i pełna napięcia, że czyta się ją jednym tchem.
Zaczyna się od tego, że nastolatka przez przypadek jest świadkiem jak jej matka, bez wahania zabija człowieka, który zjawił się pewnego letniego dnia przed ich domem. Przez lata będzie ją nurtować dlaczego zrobiła to bez chwili zastanowienia. Kim był dla niej ten człowiek i co ją z nim łączyło. Szczególnie, że był znaną osobą, pisarzem i pochodził zupełnie z innego środowiska. 
Gdy wiadomo, że matka zaczyna odchodzić i zostaje mało czasu na wyjaśnienie tajemnicy, główna bohaterka wraz z bratem zaczynają śledzić jej losy, wyjaśniać kim są osoby z tajemniczych zdjęć.
Finał jest niezwykle zaskakujący.
A przy okazji uwaga, jak skomplikowane potrafią być ludzkie losy, jak uczucia odgrywają w nich ważną rolę, do czego człowiek jest zdolny z miłości i jak destrukcyjna bywa miłość.
Gdybym mogła powiedzieć więcej...tylko że spaliłabym książkę, a ją koniecznie trzeba przeczytać.
Polecam jak nie wiem co :)

A ja tymczasem znowu wracam do średniowiecza...

niedziela, 13 października 2013

Trochę chaosu, czyli czytam co mi w ręce wpadnie


Dziewczyna na klifie, Lucinda Riley
Między niebem a ziemią, James F. Twyman
Lament, Maggie Stiefvater
Złodziej tożsamości, Erica Spindler

Mam wrażenie, że lata świetlne minęły od czasu kiedy ostatni raz tu coś napisałam. Nie podróżowałam, nie miałam wakacji, a czuję się inaczej ... inna?
Kolejny rocznik dopiero co zaczął studia, wymienili się uczniowie, moi najbliżsi przyjeżdżali i wyjeżdżali, odchorowałam remont i coś bliżej niesprecyzowanego się zmieniło, przez to, że miałam bardzo dużo czasu na myślenie.
Remont okazał się sukcesem, moje mieszkanie jest chyba szczęśliwe, a ja myślę, że jest lepiej niż sobie zamierzyłam.
Za oknem, złoci się resztka liści na „moim” drzewie, po osiemnastej robi się ciemno i ani się obejrzymy będą święta.
Gdzieś po drodze były kolejne urodziny, które zawsze skłaniają mnie do podsumowań i porządków, głównie w głowie.
A, że ten rok w jakimś sensie jest dla mnie przełomowy pojawiły się nowe postanowienia. Jak widać u mnie nie musi to być związane z przełomem roku. Postanowiłam, że przestaję robić za bohaterkę, Zosię-samosię, że mogę pogodzić się z faktem że z czymś sobie nie muszę radzić, że coś jest ponad moje siły. Bo tego lata, jak jeszcze nigdy w życiu, zapragnęłam być ciut ciut rozpieszczana, tak bardzo chciałam, żeby ktoś zrobił coś za mnie, ktoś podjął decyzję, żebym mogła powiedzieć „nie wiem, nie umiem, nie znam się, nie mam sił...”
Ciekawe na jak długo starczy mi tych postanowień. 


Dziwne rzeczy czytałam tego lata. Bez ładu i składu, jakby książki dopasowały się do chaosu, który mnie otaczał. A, że mam poczucie zaległości, wspomnę tu o czterech dziwnych książkach. Każda jest zupełnie inna, a łączy je właśnie to, że są DZIWNE.

Między niebem a ziemią, James F. Twyman 
przekład Ewa Androsiuk-Kotarska
Wydawnictwo Illuminatio Łukasz Kierus, Białystok 2011
 
Autor utrzymuje, że kobieta, z którą się rozstał dwadzieścia lat wcześniej, jest miłością jego życia. Dla mnie bzdura... za mało czasu, żeby się dogadać? Nie potrafią nawet ustalić kompromisu w sprawie wspólnej córki. Była żona zostaje zamordowana, jego zaczynają prześladować wizje jakiegoś odludzia w górach ... no i się zaczyna. Wystarczająco dużo by stworzyć własną religię.
Moim zdaniem każdy ma prawo wierzyć w co mu się podoba, ale nie przepadam za nawiedzonymi, wolę takich mocniej osadzonych na ziemi.
Do tego autor ma denerwującą manierę, polegającą na uporczywym powtarzaniu jacy to cudowni ludzie mu się trafili. Biorąc pod uwagę, że mówi o przyjaciołach, nic dziwnego, też nie ryzykowałabym, że mnie ktoś zjedzie, po stwierdzeniu, że X jest głupkiem.
Po zapoznaniu się z życiorysem autora, przesłanie książki staje się jeszcze bardziej czytelne.
Polecam osobom o niskim ciśnieniu, zamiast kolejnej kawy lub leków. Mnie pomogło.

Lament, Maggie Stiefvater 
przekład  Karolina Socha-Duśko
Wydawnictwo Illuminatio Łukasz Kierus, Warszawa 2011

Kolejna książka w mojej biblioteczce, będąca dowodem, że recenzje to jedno, a książka drugie.
Będę musiała ją gdzieś upchnąć, żeby nie narazić się na komentarze: dziecinniejesz, kochana, jak nic.
Rzecz o tyle warta wspomnienia, że rewelacyjnie się wpisuje w tendencje we współczesnej literaturze. Mogą być wampiry, demony, czarownicy...mogą być i elfy. Do tego to nie jest bajeczka dla dzieci. Słodka historia o nastoletniej miłości, która może góry przenosić. Ładne, pozytywne, ale nie konieczne.

Złodziej tożsamości, Erica Spindler
przekład Jarosław Madejski 
G+J Książki (obecnie Burda Książki), Warszawa 2010

Kryminał, thriller mocno osadzony w realiach, dotykający naprawdę poważnego problemu jakim jest kradzież tożsamości w czasach portali społecznościowych, blogów i powszechnej dostępności danych osobowych.
Szału nie ma, ale jest to dobre rzemiosło i dla miłośników gatunku do przeczytania.

Dziewczyna na klifie, Lucinda Riley
przekład Marzenna Rączkowska
Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2013
 
Chociaż milion razy protestowałam przeciwko szufladkowaniu literatury, to powiem, że gdyby facet to przeczytał do końca, to byłabym zdziwiona. Jest sentymentalnie, są rozstania i powroty, jest wielopokoleniowa historia, tak dziwna, że aż możliwa. Są piękni i bogaci, dobro zwycięża, a liczy się tylko miłość.
Biorąc pod uwagę, że można na tyle sposobów tracić czas, to równie dobrze można sięgnąć po wymienione książki. Albo nie...lepiej iść na spacer albo na piwo.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Słodka idiotka (jak się nie nudzić latem cz. III)

Ta cała sytuacja z remontem mnie przerosła. Nie będzie dzisiaj dokumentacji zdjęciowej, bo nie wiem gdzie jest aparat (sic!). A i tak nie mam ochoty oglądać tego wszystkiego kolejny raz. Walczę o przetrwanie. Wyegzekwowałam od ekipy budowlanej, że bez względu na zakres prac w danym dniu, na koniec dnia mam podstawowe urządzenia w łazience. Czyli po zmroku nie szukam krzaków i codziennie się kąpię (luksus, co?). Nie jest to takie oczywiste w tej sytuacji. W dniach, w których nie ma budowlańców (np niedziele) piorę ręcznie ciuchy, aby mieć codziennie świeże, bo nie wiem, w którym worku jest cała reszta. Cokolwiek powiedziałabym o ostatnich trzech tygodniach, nie opiszę tego, z czym mam do czynienia. Nawet przez trzy doby pomieszkałam sobie w hotelu, bo nie da się chodzić po dopiero co położonej wylewce. A wylewka schła i schła. W jednym tylko pokoju, żeby go wypoziomować weszło ponad 800 kg!! No i sprawa kasy, która płynie wartkim strumieniem. Wyjeżdżam po gniazdka i kontakty, wracam lżejsza o tysiąc złotych. Ale jeżeli klej do podłóg kosztuje 1500 zł, to co znaczy cena samej podłogi? Chwilami mam ochotę wyć.
Ale, ale...przy okazji nastąpiła konfrontacja świata mężczyzn ze światem kobiet. Pewnie, że się nie znam na stolarce, hydraulice i takich tam, ale zdarza się, że myślę. A panowie uważają, że można mi wcisnąć każdy kit. Na przykład stolarz namawiał mnie usilnie na znacznie droższy blat roboczy do kuchni. Stwierdziłam, że taniutki (70 zł/mb), którego mam kawałek od kilku lat, świetnie się sprawdził, bo nie nosi śladów używania. A, że jest w okleinie bukowej (okleinie tylko!), stolarz stwierdził: no tak, buk. Gdy zaprotestowałam, że nawet nie leżał koło buku, bo to konglomerat, na dobrą chwilę go zatkało. Z innymi jest podobnie, ale mistrzostwem świata było to co wyprawiał hydraulik ze spawaczem. Nie dość, że nie mogłam wzrokiem nadążyć za nimi, to jaką mieli uciechę, gdy nie wiedziałam o czym mówią.
I pomyślałam, że spoko, niech faceci się cieszą, jacy to są wyjątkowi, fachowi, a przez to niezwykli. Ja mogę na tym ogniu upiec swój kawałek pieczeni. Każdą wypowiedź zaczynam: w prawdzie ja nie mam o tym zielonego pojęcia, ale uważam, że...gdyby jednak pan zrobił tak, znalazł produkt zastępczy, tańszy zamiennik, to samo, ale innej firmy... i jakoś to działa!! Pan oddzwania, że ma, zamienia 6 halogenów na 4 m2, na 2 mniej, pomocnik SZEFA wynosi moje śmieci razem ze swoimi (nie proszony), coś można przykryć folią, coś przenieść w bezpieczniejsze miejsce, a przy tym jest tak miło, że rozważamy zamieszkanie razem na stałe. ŻARTOWAŁAM!!
I pomyślałam sobie, że to jest zjawisko na znacznie szerszą skalę i znacznie częściej praktykowane. Podjeżdżam na stację benzynową i ze słodką minką pytam czy ktoś mógłby zmierzyć ciśnienie w tylnych kołach, bo wydaje mi się, że jest za małe. Przecież ja nie umiem, nie wiem ile ma być, a o obsłudze kompresora strach wspominać. Skutek jest taki, że jest i zmierzone i uzupełnione, a ja nie musiałam klękać w błocie lub pyle, nie musiałam pobrudzić rąk czy nie daj bóg zniszczyć  lakier na paznokciach. Moja mama, zawsze powtarzała, że trzeba tak rozmawiać z facetem, żeby był przekonany, że to on wymyślił, on zdecydował, on jest autorem sukcesu. Czyli ćwiczymy bycie idiotkami od pokoleń. Żaden facet nie musi wiedzieć, że wiemy do czego służy klucz dynamometryczny, że odróżniamy imbus od nasadowego, że znamy się na czymkolwiek. W końcu ONI mają swoje mechanizmy zachowań trenowane na nas od zawsze. Choćby sztukę mówienia tego, co chcemy usłyszeć. I może dlatego nie należymy do zagrożonych gatunków?      

piątek, 2 sierpnia 2013

Światło między oceanami, M. L. Stedman



Światło między oceanami, M. L. Stedman
przekład Anna Dobrzańska
Wydawnictwo Aleksandra i Andrzej Kuryłowicz

Skończyłam właśnie jedną z najlepszych książek jaką czytałam, przynajmniej w ostatnim czasie. Informacja na okładce mówi, że ogłoszono ją sensacją literacką 2012 roku. Myślę, że zasłużenie.
To historia ludzi, którzy w ogromnej desperacji, podejmują niewłaściwą decyzję, mającą wpływ na całe ich życie i wielu ludzi, z którymi się zetknęli. Prawie trzydziestoletni mężczyzna wraca z francuskiego frontu I wojny światowej i mimo dobrego wykształcenia, podejmuje pracę jako latarnik na małej skalistej wysepce na południowo-zachodnich krańcach Australii. Na wysepce oprócz latarni jest chatka latarnika, szopa dla kilku kóz i drobiu i rosną dwie sosny. Łódź z zaopatrzeniem i pocztą przypływa raz na trzy miesiące. Wciąż go prześladują rzeczy, z którymi miał do czynienia w czasie wojny, ogrom nieszczęść i wszechobecna śmierć. Nikt komu było dane wrócić, nie wrócił taki sam. Ludzie po powrocie nie potrafili się odnaleźć, popełniali samobójstwa, popadali w alkoholizm, znęcali się nad bliskimi. Znikała radość z powrotu tych nielicznych, którzy ocaleli. Tom, główny bohater, nie tęsknił za ludźmi, wręcz przeciwnie. Wybór zajęcia i samotne mieszkanie na skrawku lądu, było jego sposobem na uporanie się z demonami. W czasie jednego z nielicznych pobytów na stałym lądzie spotyka sporo młodszą, nieco zwariowaną dziewczynę, która właściwie oświadcza mu się po krótkiej znajomości. Jej marzy się duża rodzina, gromadka dzieci, a mężczyzna, którego kocha zupełnie jej wystarcza. Świetnie odnajduje się w tej samotni, w spartańskich warunkach i w nieprzewidywalnym klimacie. Tu ich idylla się kończy. Dwukrotnie tracą dzieci w wyniku wczesnych poronień. Stawiają kolejne krzyżyki, które ona obsadza krzakami ziół. Jeszcze się trzyma, chociaż cierpi. A do niego wracają koszmary wojny i wspomnienia śmierci. Prawdziwy dramat nastąpił, gdy w siódmym miesiącu rodzi się martwe ich trzecie dziecko. I gdy ona pielęgnuje miejsce, gdzie przybywa małych krzyży, słyszy płacz dziecka. Od Australii dzieli ich kilkaset mil i jest przekonana, że to złudzenie. Jednak okazuje się, że nie. Przybiła szalupa, w której jest martwy mężczyzna i kilkutygodniowe niemowlę. Tom jest solidnym pracownikiem, formalistą niemalże. Mimo to, za namową żony nie odnotowuje tego faktu w dzienniku. Grzebie przybysza i pozwala zatrzymać dziecko, które ma udawać, zastąpić, dopiero co martwo urodzonego syna. Koniec, nie będzie streszczenia, bo „spalę” tę niezwykłą historię, która w rzeczywistości teraz właśnie się zaczyna.
Powtórzę, za komentarzem na okładce książki, że jest ona o tym, jak DOBRZY ludzie, podejmują ZŁE decyzje, i jak ważą one na losach wielu ludzi. Jest o tym, jak bardzo można pragnąć dziecka i do czego zdolni są ludzie w imię miłości. Jak przewrotne mogą być losy ludzkie, jak niewiele zależy od samego człowieka.
Choć jest tu dużo smutku, zła, to płynie z tej powieści wielkie pozytywne przesłanie. Ale trzeba je odszukać samemu. Refleksyjna, mądra, ogromnie interesująca historia, którą trzeba przeczytać. Ponoć wkrótce ma być sfilmowana.
Bardzo polecam. 

środa, 31 lipca 2013

Jak się nie nudzić latem cz. II



Szósty dzień remontu... 
Jest 17.30 a ekipa wciąż pracuje. Kurczy się  moja przestrzeń życiowa, czyli miejsca, w których można w miarę normalnie funkcjonować. Do godziny 15, prawie cały czas byłam poza mieszkaniem, bo się nie dało wytrzymać.
Ze względu na wylewkę w sypialni, wszystko znalazło się w przedpokoju. Przeskakuję przez cuda-niewidy, aby dostać się do pokoju dziennego. Skuli już część płytek w łazience. Dzisiaj się chyba poddam i nie będę sprzątać jak co dzień, aby przetrwać noc, bo i tak za 10 godzin wrócą i wszystko wróci do stanu pierwotnego. Mam wrażenie, że ten horror nigdy się nie skończy. W moich płucach jest około 2 kg pyłu, w tym połowa to materiały budowlane. Po skuciu płytek w łazience okazało się, że poprzednia ekipa powinna dostać Nobla za osiągnięcia w branży. Szef obecnej  ekipy jest w stanie z pogranicza paniki i ataku nerwowego. Dorzucę, że nie ma dwóch takich samych kątów w tym mieszkaniu i żaden nie jest kątem prostym. 
  
przedpokój po ewakuacji pokoju
 
pokój po szóstym dniu
 
łazienka o jakiej marzy każda kobieta

 Z rzeczy normalnych, odwiedził mnie jeden z ulubionych uczniów, tegoroczny maturzysta, M. Od października zaczyna studia na Śląskiej Akademii Medycznej, na wydziale lekarskim. Dostałam świetną pomoc naukową, klocki (?), które pozwolą przedstawić hybrydyzację orbitali. Świetne.
Inny miluch, K. podarował mi OKO PROROKA (sic!), skoro nie mogą mi pomóc rzeczy racjonalne, zacznę odczyniać uroki. 
Z pozytywów, jest sześć dni bliżej końca remontu :)

 

poniedziałek, 29 lipca 2013

Niezłe ziółko: bazylia



Na moim kuchennym parapecie prawie zawsze stoją dwie doniczki z bazylią. Jedna się kończy, druga przyda się za chwilę. Razem z miętą dają piękny zapach przy każdym podmuchu powietrza z otwartego okna.
Oprócz świeżej używam też suszonej, ale nic nie zastąpi świeżych ziół.
Jest rośliną przyprawową i leczniczą. 
Są potrawy, których bez bazylii nie mogę sobie wyobrazić: pasty (makarony), sery, sałatki. Genialnie komponuje się z pomidorami, oliwkami i serami. Jej intensywny zapach powoduje zawarty w niej olejek bazyliowy o silnym kwiatowo-korzennym zapachu.
Jako roślina lecznicza poprawia trawienie, bo pobudza wydzielanie soku żołądkowego. Działa przeciwbakteryjnie i przeciwzapalnie. Uważa się, że podobnie jak melisa działa przeciwdepresyjnie.
Jako roślina przyprawowa ma lekko pikantny smak i zapach. Jest jednym z podstawowych ziół przyprawowych używanych w kuchni włoskiej. Występuje prawie we wszystkich potrawach. Pasuje tak samo do dań warzywnych jak i do mięsnych.
Była uprawiana w ogrodach perfumeryjnych, ponoć odstrasza owady. Ja tego nie potwierdzam, przynajmniej nie komary :)
A do tego robi się na niej nalewki, wykorzystuje w przemyśle perfumeryjnym i spożywczym.
W niektórych miejscach traktuje się ją jako roślinę ozdobną. Ja spotkałam ją w ogrodach perfumeryjnych, w Danii na przykład.

niedziela, 28 lipca 2013

Wzgórze dzikich kwiatów, Kimberley Freeman


Wzgórze dzikich kwiatów, Kimberley Freeman
przekład Anna Nowak
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2012

Ostatnio czytam prawie samych Hiszpanów, błądząc po średniowieczu i może dlatego szczególną przyjemność sprawiła mi lektura WZGÓRZA DZIKICH KWIATÓW KIMBERLEY FREEMAN.
Właśnie skończyłam czytać niezwykle wciągającą powieść. Wczoraj zaczęłam, a liczy sobie 500 stron. Już był taki wątek u Kate Morton, polegający na tym, że wnuczka wyjaśnia tajemnicę dotyczącą jej babki. Wielokrotnie spotkałam się z motywem, że jakieś dramatyczne wydarzenie przewraca do góry nogami dotychczasowy system wartości. Mimo to...świetna historia, napisana z niezwykłą lekkością. Kapitalna, dwuwątkowa historia, jedna zaczynająca się na początku lat trzydziestych, druga tocząca się współcześnie. Mnie zdecydowanie bardziej zaintrygowała ta wcześniejsza.
A wszystko bez łzawej ckliwości, bez sentymentalizmu. Historia silnej kobiety, walczącej o swoje życie, prawo do szczęścia...
Jeden epizod jest dla mnie mało wiarygodny, ale nie będę o nim mówić, aby nie „spalić” historii. Chociaż już wcześniej cytowałam za Zafonem, że „najłatwiej uwierzyć w to, co się nie wydarzyło”.
A tak zupełnie na marginesie, czy czytam powieści współczesne, czy sprzed kilkuset lat, wciąż powraca refleksja, do jakich podłości są zdolni ludzie w imię religii i jak niebezpieczny jest brak tolerancji.
Dobra wakacyjna lektura. Naprawdę polecam.

piątek, 26 lipca 2013

Uciekinierka z San Benito, Chufo LLorens


Uciekinierka z San Benito (Catalina, la fugitiva de San Benito), Chufo LLorens
przekład z hiszpańskiego Alicja Noworyta
Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa, 2010
(Powieść historyczna hiszpańskiego autora bestsellerów, hiszpańskie wydanie w 2001 roku)

W moim posiadaniu jest sporo książek, w tym również noblistów, które mają do dwustu, trzystu stron. Czy teraz jest jakiś nakaz, że książka musi być obszerniejsza niż 700 stron, bo inaczej jest do niczego? Ta ma ponad 800, a spokojnie cała historię można by opowiedzieć na połowie.
Druga sprawa, że ktoś taki jak Chufo LLorens, doskonale wie, co jest kluczem do sukcesu, jego nazwisko przede wszystkim. A ta książka zdecydowanie bazuje na opinii o autorze.
Historia żywcem wyjęta z romansideł, burzliwe losy dziewczęcia wkomponowane w tło historyczne początku XVII wieku.
Podchodziłam do niej dwukrotnie, za drugim razem przeczytałam całą. Nie chodzi o to, że się zmuszałam, ale to nie jest moja bajka. Irytujące infantylizmy, płyciutkie postaci, nie za  wiele refleksji, banalna narracja. Do tego wszystko czarno białe, albo dobre, albo złe, nic pomiędzy.
A można było z tą historią zdziałać cuda, ma niebywały potencjał. Mam wrażenie, że autorowi zdarzył się wypadek przy pracy.
Mimo to powieść do przeczytania, są wakacje.

czwartek, 25 lipca 2013

Jak się nie nudzić latem

Tak sobie pomyślałam, że najlepiej odda to, co się dzieje teraz w moim życiu PAMIĘTNIK FRUSTRATKI, czyli remontuję mieszkanie.
W sumie nie powinnam tego przeżywać, bo jak się kupuje mieszkanie w sześćdziesięcioletniej kamienicy, to można się liczyć z koniecznością gruntownego remontu. Mimo to, jest to trauma.
Od ponad dwóch tygodni pakuję dobytek w WORKI NA ŚMIECI. I  myślę, że jest w tym jakaś symbolika. Biorąc pod uwagę, że absolutną większość rzeczy widzę pierwszy raz od lat, powywlekane z różnych zakamarków, naturalne jest pytanie, czy wszystko to jest mi potrzebne. Po cholerę te stosy pościeli, ręczników i wszelkich PRZYDASIÓW, jeśli przez kilka lat nawet o nich nie pomyślałam, o użyciu nie wspomnę.
Prawdziwą „przygodą” okazało się spakowanie książek. Zanim to zrobiłam, odkurzyłam tonę kurzu, zbierającą się latami na przeczytanych książkach, po które teraz prawie nikt nie sięga. Cóż, może ktoś regularnie odkurza bibliotekę, ja nie mam na to czasu. A może jestem tylko beznadziejną panią domu?
Zaczęłam się zastanawiać, o ile fajniejsze byłoby moje życie, gdyby nie ten cały kram. Ile godzin  mniej mogłabym pracować, na ile fajnych wakacji mogłabym pojechać, ile czasu mogłabym spędzić na robieniu czegoś co CHCĘ zamiast tego co MUSZĘ. Czy to już konsumpcjonizm?
Tymczasem w moim mieszkanku trwa totalna demolka. Rano było brzydko teraz jest strasznie.
Na szczęście jeszcze dzisiaj mam łazienkę. Hurra!! Wieczorem, w wannie z pianą po sufit i z książką w łapkach odreaguję pierwszy dzień remontu.




Moja sypialnia po 2. dniu remontu: rozprowadzono przewody elektryczne, mam wystarczającą ilość gniazdek, jest jedna warstwa gładzi gipsowej;


Po czwartym dniu pracy, zaczęła się wyłaniać garderoba, a ściany są coraz bardziej gładkie. Wszystko pokrywa delikatna warstwa białego pyłu. Mnie też. Wciąż mam łazienkę, więc do przeżycia :)



poniedziałek, 15 lipca 2013

Ona je: makaron ze szpinakiem i pomidorami



Lekkie danie obiadowe, które można przygotować w pół godziny. W czasie letnich upałów bezcenne, zarówno ze względów na zawartość kalorii jak i czas przygotowania. Wybrałam włoski makaron barwiony naturalnymi barwnikami: zielony szpinakiem, czerwony pomidorami.


 Potrzebujemy:

- makaron
- 200-250 g świeżego szpinaku
- 4 pomidory
- 1 łyżka oleju
- 2-3 ząbki czosnku
- ser mozzarella
- zioła prowansalskie
- sól i pieprz
Gdy makaron się gotuje, na dużej, głębokiej patelni przygotowuję warzywa. Na łyżce oleju smażę czosnek, dodaję umyty i odsączony szpinak (nie trzeba blanszować). Przez to, że używam rondla z pokrywką nie muszę dodawać tłuszczu ani podlewać wodą, bo warzywa duszą się we własnym sosie.


Na szpinaku wykładam pokrojone w plastry pomidory, z których usuwam skórkę. W mojej kuchni używa się dużo ziół, dlatego posypuję obficie ziołami prowansalskimi na przykład. Zestaw ziół można skomponować według własnego uznania.


Wszystko kilka razy mieszam i pozwalam pomidorom usmażyć się na pastę. W międzyczasie przyprawiam solą i pieprzem. Gdy pomidory są już dobrze usmażone, dodaję makaron i mieszam.
Na całej powierzchni wykładam pokrojoną w plastry mozzarellę i podgrzewam do całkowitego roztopienia sera.
Polecam zottarellę, ma znacznie mniej kalorii i mogą ją jeść wegetarianie.
Jeszcze lepiej smakuje posypany świeżą bazylią!



piątek, 12 lipca 2013

Magiczny krąg, Libba Bray



Zabawne, ale nie przepadam za powieściami, których akcja toczy się w wiktoriańskiej Anglii. Do tego powieść ponoć ma odbiorców w zupełnie nie mojej grupie wiekowej. Może wkrótce zacznę czytać Kubusia Puchatka?
Okazało się jednak, że pochłonęła mnie bez reszty, choć to zupełnie nie moja bajka. Wydawało się... 
Trylogia Magiczny Krąg Libby Bray to powieści Mroczny sekret (A Great and Terrible Beauty,2003), Zbuntowane anioły (Rebel Angels, 2005) i Studnia wieczności ( The Sweet Far Thing, 2007). W Polsce były wydane w latach 2009-2010.
Zupełnie niestandardowo została opowiedziana ta historia. Bez zbędnego sentymentalizmu, dynamicznie, interesująco.
W każdej epoce są ludzie, którzy do swoich czasów nie pasują. To oni, wyprzedzając swoje czasy, są animatorami postępu. Buntownicy, którzy nie zgadzają się na zastany porządek. Taka jest główna bohaterka, Gemma Doyle. Tak jak gorset, którego nienawidzi, krępuje ją dosłownie, tak normy społeczne krępują ją intelektualnie. Nie jest zwolenniczką podziału klasowego, jest przeciwniczką roli kobiety, jaką przypisano w jej epoce. Nie akceptuje sytuacji w której kobietą najpierw opiekuje się ojciec, ewentualnie brat a później mąż. Nie zgadza się na wykształcenie sprowadzone do robótek  ręcznych, dobrych manier i konwersacji o niczym.
Powieść to świetny, wiarygodny obraz wiktoriańskiej Anglii i to w wielu aspektach: obyczajowości, stylu życia, jak i samego Londynu, pensji dla panien z dobrych rodzin...
Do tego ten cały mętlik, który dzieje się w głowie nastoletniej dziewczyny, która tak naprawdę to wie tylko to, że nie wie czego chce. Świetne studium dorastania, rozwoju emocjonalnego i intelektualnego...a wszystko to w cyklu powieściowym uważanym za adresowany do młodych dziewcząt.
Akcja toczy jakby w dwóch obszarach, w normalnym świecie i krainie magicznej, nazywanej Międzyświatem. Międzyświat, tutaj jest symbolem dorastania. Przestrzenią, do której ma się dostęp tylko przez jakiś czas. Są jednak ludzie, którzy pozostaja w nim na zawsze, ludzie, których wiek zatrzymuje się, mimo, że dla pozostałych płynie nieustannie. Też mam takie osoby pozostawione na zawsze w Międzyświecie. Ludzi, którzy zawsze będą mieli tyle samo lat, chociaż mnie ich przybywa.  

Jeśli to są powieści dla dziewcząt, to pozostaje mi współczuć facetom, bo pewnie za wielu po nie,  nie sięgnie.
A dlaczego warto? Bo czyta się z zapartym tchem, niezwykła, wartka akcja, świetnie narysowane postaci, realistyczne, prawdziwe. Żadnego taniego sentymentalizmu, grania na uczuciach a mimo to miałam ściśnięte gardło gdy kończyłam. Do tego kilka ostatnich nieprzespanych nocy i trochę zaległości w pracy.
Lektura obowiązkowa.

piątek, 5 lipca 2013

Ona je: sałatka z rukoli i ogórki małosolne

 

I jak tu nie kochać lata?! Szaleństwo kolorów, zapachów, smaków i wakacje!! Wystarczające powody!!
A propos smaków... Zacznę od mojej ulubionej sałatki z rukoli, która zdecydowanie może być samodzielnym daniem, a dla pożeraczy kalorii przystawką, dodatkiem. Lekka, akurat na lato, również dla osób liczących kalorie i dla smakoszy.
Ze starannie umytych listków sałaty odrywam ogonki, bo bywają twarde, tej czynności nie lubię.
Dodaję garść orzechów włoskich, ser mozzarella (ja używam zottarelli light), pomidor sparzony i po ściągnięciu skórki, oliwki, które kroję w plasterki. Wszystko lekko solę, dodaję pierz naturalny i delikatnie kropię oliwą z oliwek. Proporcje nie są ważne. Kompozycja smaków i tak jest świetna. Orzechy włoskie wzmacniają dodatkowo orzechowy smak rukoli, dla mnie istotne.
Czasem dodaję kilka kropli octu balsamicznego, ale to też pozostawiam indywidualnej decyzji. 



A tak zupełnie z innej beczki... Pani z Kiosku z Gazetami dała mi prosty sposób na ogórki małosolne. Przepis zdążył ewoluować i mam tym sposobem WŁASNE, domowe ogórki małosolne. W kuchni pachnie koprem i ziołami i jakoś tak od razu robi się po domowemu.
Mój przepis (po ewolucji):
Do dużego, pięciolitrowego słoja wkładam na dno starannie umyte i skręcone w gniazdo gałęzie kopru. Umieszczam kilka ząbków czosnku, kilka ziarenek pieprzu kolorowego, 2 bardzo malutkie papryczki chili, kilka ziarenek ziela angielskiego, 2-3 listki laurowe i kawałek korzenia chrzanu, który ewentualnie kroję, gdy jest zbyt duży.
Na tym umieszczam od 1 do 1,5 kg ogórków, umytych i z odciętymi końcami, bo wtedy szybciej się ukiszą.
Zagotowuję 3l wody, dając 1 łyżkę stołową soli na 1l wody. Następnie zalewam gorącą wodą zawartość słoja.
Zamykam i życzę im by zdążyły się ukisić, bo z reguły znikają na wpół ukiszone. A tak naprawdę najlepsze są jednodniowe, moim zdaniem oczywiście.
BON APPETIT!!






czwartek, 27 czerwca 2013

Niezłe ziółko: mięta



Jest popularną rośliną w naszym klimacie. Bardzo łatwo się rozmnaża, wręcz zachwaszcza miejsce, w którym rośnie. Bardzo łatwo uprawia się ją w doniczce. Właściwie z jednej rośliny można korzystać przez przynajmniej kilka miesięcy. Jeśli odpowiednio obrywamy listki, oczywiście. Zrywając stożek wzrostu powodujemy, że pięknie się rozkrzewia. Przy każdym, najmniejszym poruszeniu wspaniale pachnie. Jest wystarczająco atrakcyjna, by stanowić element dekoracyjny kuchennego parapetu. Lubi intensywne podlewanie i słoneczne stanowisko.
Liście mięty są surowcem przyprawowym i leczniczym. Jest też powszechnie stosowana w przemyśle farmaceutycznym i kosmetycznym.
Ja dodaję świeżo zerwane liście mięty bezpośrednio do wody mineralnej i piję ją cały dzień. Częściej jest jednak pita w postaci naparu, herbaty. Dodaję też po kilka listków do sałatek, a susz jako jedną z przypraw do mięs.
W mojej kuchni mięta walczy o prymat z bazylią, nie potrafiłabym powiedzieć, którą częściej używam i bardziej cenię.
A teraz, dlaczego jest taka wartościowa:
-         doskonale działa na układ pokarmowy, przyśpiesza trawienie, bo jest żółciopędna;
-         działa rozkurczowo i łagodzi bóle menstruacyjne;
-         łagodzi dolegliwości żołądka, jelit i wątroby;
-         ma działanie bakteriobójcze, przeciwzapalne i przeciwbólowe;
-         jest często stosowana do inhalacji przy nieżytach nosa, obkurcza naczynia krwionośne i łagodzi skutki kataru;
-         na skórę działa jednocześnie rozgrzewająco i chłodząco;
-         ma lekkie działanie uspokajające;
-         składniki mięty, które powodują goryczkę, oczyszczają wątrobę i woreczek żółciowy, zapobiegając nawet kamicy nerkowej;
-         leczy niektóre choroby skóry (np.: grzybice);
-         olejek dodawany do pastylek do ssania, łagodzi objawy kaszlu, ułatwia oddychanie;
-         odświeża jamę ustną i dlatego jest powszechnie stosowana jako dodatek do past do zębów...

To, że można ją kupić w każdym sklepie, zieloną lub susz, pewnie stwarza wrażenie, że jest zbyt
pospolita, a więc niezbyt cenna. Nic bardziej mylnego.

niedziela, 23 czerwca 2013

Czas



Do pewnego momentu czas nie istniał. Nie myślałam o nim, nie myślałam, że jest wymierny, w ogóle o nim nie myślałam. Uważałam, że wszystko jest możliwe, że wszystko zależy ode mnie i czeka mnie pasmo sukcesów, niezwykłych przygód, ludzi, miejsc... To innych spotykały rzeczy złe. Nie mnie. Wierzyłam w to mocno. Do pierwszego razu, który przyjęłam ze zdziwieniem. Do końca tliła się we mnie nadzieja, że w ostatniej chwili okaże się, że jednak nie... Przy kolejnych zdziwienie malało, aż oswoiłam się z huśtawką dobrych i złych wydarzeń.
Z biegiem czasu ograniczyłam oczekiwania. Już nie musiałam być najlepsza we wszystkim. Wciąż walczyłam, wciąż chciałam, ale jakby trochę mniej. Co raz mniej było rzeczy, o które warto było walczyć do upadłego. Co raz częściej stwierdzałam, że cenniejszy jest ŚWIĘTY SPOKÓJ. Aż któregoś dnia ze zdziwieniem spojrzałam w lustro. Kim ona jest? Wciąż widziałam w sobie tę durną dziewczynę, wciąż było we mnie tyle pasji, pragnień, tęsknot, wciąż mnie coś gnało, było we mnie tyle niepokoju, sprzecznych oczekiwań, ognia...Więc kim do cholery, jest ta kobieta w lustrze!?
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie warto kruszyć kopii, że zbyt wiele hałasu o nic, że lepiej odpuścić, przemilczeć... Już wiem, że szkoda życia na negatywne emocje. Wiem, że nie ma jedynych słusznych, że może być kilka prawd, kilka racji. Wiem, że ludzie nie są idealni, że nie głupi to prawie mądry, a niezły bywa jak dobry.
No i najważniejsze. CZAS ZROBIŁ SIĘ POLICZALNY. 

piątek, 21 czerwca 2013

Zakochani w Rzymie, Woody Allen





Trzecia część tryptyku europejskiego Woody Allena z 2012 roku, Zakochani w Rzymie, to film jakby trochę inny niż dwie pierwsze części.
Z jednej strony typowy Woody Allen: neurotyczny, złośliwy, prześmiewczy. Jak zwykle znakomita obsada: Alec Baldwin, Roberto Benigni, Penelope Cruz, Judy Davis, Jesse Eisenberg, Greta Gerwig, Ellen Page...
A jednak film jest w trochę innej konwencji. Może wątki nie są w równym stopniu dopracowane, ale typowo allenowskie. 
Europa widziana oczyma Amerykanina, to inne miejsce niż to, które znamy. Ścierają się tu dwa przeciwstawne stanowiska, kompleks Europy i przekonanie, że wszystko co amerykańskie jest najlepsze na świecie.
Allen drwi ze sztuki współczesnej, mówiąc o inscenizacji opery w budce telefonicznej lub spektaklu, w którym wszyscy byli przebrani za myszy. Do tego śpiewak operowy, który najlepszy jest śpiewając pod prysznicem.
Niezły, zabawny wątek z celebrytą zagrany przez Roberta Benigniego, to wszystko na temat współczesnych mediów.
Alec Baldwin jako narrator, który ma bezpośredni kontakt z bohaterem, to kolejny atut filmu. Znacznie trafniejsze rozwiązanie niż głos narratora spoza kadru w "Barcelonie".
Naprawdę dobry wątek z małżeństwem z prowincji, które przyjeżdża robić karierę w Rzymie.
No i wątek pary, która przyjmuje amerykańską przyjaciółkę... Typowe życiowe dylematy z jednej strony, z drugiej, dowód, że przypadek-los-opatrzność (niepotrzebne skreślić) podejmuje za nas lepsze decyzje niż my sami, świadomie.
I mój głos na temat oceny filmu...Nie jestem autorytetem, ale czy do krytyków adresowana jest sztuka? Bo ja nie zgadam się z opiniami, że film jest słaby. Nie jest powiedziane, że każdy utwór musi być od razu arcydziełem. Film ma być rozrywką. A to dobre, mądre kino, czyli to czego oczekujemy od Woody Allena. Więc czas spędzony przy tym filmie, to nie jest czas stracony.
Zapewne każdy znajdzie w nim zupełnie co innego i o to przecież chodzi. Nic nie denerwuje mnie równie jak analiza „co autor chciał powiedzieć”. A może nic nie chciał powiedzieć tylko chciał zrobić kasę?
A na koniec ... W pierwszej scenie filmu jest policjant kierujący ruchem. nie pamiętam jego twarzy... ale jak ten facet jest zbudowany i jak się rusza!! :)

sobota, 25 maja 2013

Zaginiona dziewczyna, Gillian Flynn



Zastanawiam się jak opowiedzieć o tej książce, nie zdradzając szczegółów fabuły. Jest nietypowa, z pewnością. Nie wiem czy to jest TYLKO kryminał, thriller... To niezła analiza związku. Analiza, która może „wyleczyć” z małżeństwa. Nie pamiętam, abym czytała książkę, w której bohaterowie byliby tak antypatyczni. Rzadko czytając książkę mogę być bezstronna. Czasem „kibicuję” przestępcy, chcąc by go nie wykryto, nie ujęto. Tu, czułam antypatię i do „ofiary” i do „sprawcy”. Dziwna historia...
Młodzi, atrakcyjni, wykształceni, zamożni nowojorczycy zaczynają spadać, tracić pozycję. Składa się na to mnóstwo czynników. Zaczynając od utraty pracy przez głównych bohaterów, po problemy finansowe jej rodziców. Później tracą dom, a w końcu zostają zmuszeni do opuszczenia  Nowego Yorku, będącego ostatnim elementem łączącym ich z dawnym, lepszym życiem. Lądują w zapyziałym miasteczku, gdzie wszystko jest inne. Połowa domów stoi pusta, bo właścicieli wyeksmitowano za długi. W ruinę obracają się pozamykane centra handlowe i zakłady pracy. Ich małżeństwo już od jakiegoś czasu się sypie. Aż w piątą rocznicę ślubu ONA znika. Wszystko wskazuje na to, że sprawcą jej zniknięcia jest ON, mąż.
Na początku poznajemy historię z jego punktu widzenia. Czytamy pamiętnik ze sporą porcją retrospekcji, dzięki której dowiadujemy się trochę o początkach związku, pochodzeniu bohaterów, cechach charakteru. W pewnym momencie pojawia się jej punkt widzenia i jej pamiętnik. No i jest duże zaskoczenie.
Okazuje się, że są nie tylko dwie historie, ale dwie wersje tego samego czasu. Niezwykłe, jak może się różnić postrzeganie tych samych faktów. Jak mało ludzie się znają, wydawałoby się, tak sobie bliscy.
Za to jak bardzo mogą się nienawidzić, jak bardzo chcą zniszczyć sobie nawzajem życie.  Po takie historii rzeczywiście można się bać związków.
Na deser mamy bardzo zaskakujące zakończenie.
Prawdę mówiąc, muszę się do czegoś przyczepić. Rozumiem, że Ona jest cholernie inteligentna, wierzę, że zna go jak zły szeląg, ale nie sądzę, że wszystko mogła przewidzieć. Chociaż z drugiej strony...ponoć im coś jest mniej prawdopodobne, tymbardziej prawdopodobne, że się wydarzy.
Jest to historia trochę na przestrogę facetom, bójcie się inteligentnych kobiet :)
A ja cieszę się, że wreszcie mogę polecić lekturę, która może być rozrywkowa i niegłupia.
I polecam!

poniedziałek, 6 maja 2013

Życie na później, Marta Rivera De La Cruz



Nie lubię szufladkowania, bo co niby oznacza termin LITERATURA KOBIECA (tak określono tę książkę)? Czy podstawą jest tematyka, czy sposób „podania” (prosto, nieskomplikowanie, aby zrozumiała)? Czy jeśli temat dotyczy relacji międzyludzkich to książka jest dla kobiet, a jak bohater biega z pistolecikiem i epatuje przemocą, to jest to coś dla mężczyzn?
Na podstawie tej książki, mogłabym powiedzieć, że literatura kobieca to infantylne romanse, płyciutkie, żeby mózg się nie przegrzał, ckliwe i naiwne. Mózg kobiecy i tak tego nie wyłapie? Nie pozna się?
Tematem powieści jest ponad dwudziestoletnia przyjaźń kobiety i mężczyzny. Nie przekonała mnie. 
Jest tu epizod z bardzo naciąganą historią odnalezionego filmu z nastoletnią Gretą Garbo. Totalna bzdura. 
Powierzchownie nakreślone postaci, zbyt czarno białe. Nawet ta historia z odnalezionym ojcem, jakby miała na celu zrekompensowanie niezbyt udanego związku z przyjacielem, Janem. Niezbyt udanego, bo platonicznego.
Tutaj zły okazuje się lepszy, głupi mądrzejszy, tylko śmierć jest definitywna. 
Zgodzę się jednak z głównym przesłaniem. Nie można odkładać życia na później. 
A, że od jakiegoś czasu zmagam się oceną mojego podejścia do tego co ważne, z przyjemnością przyjęłam do wiadomości, że jest ktoś kto myśli podobnie. Ja też nie znoszę wszelkiej ostentacji. Uważam, że to co naprawdę ważne i prawdziwe, dzieje się w nas. I nie musimy się obnosić ze smutkiem, poczuciem straty, żalem. Gdy ktoś odchodzi, nie sądzę, żeby było dla niego ważne jak głośno rozpaczamy i jak bardzo widać, że cierpimy. 
Reasumując...nie jest to dzieło szczególne. Z pewnością nie przewróci naszego życia do góry nogami. 
Nie wiem jakie warunki musi spełnić książka, aby została uznana za bestseller, poza marketingiem. Ta moim zdaniem na to miano nie zasługuje.
Można po nią sięgnąć w przypadku dramatycznego braku pomysłu co zrobić z czasem... :)

niedziela, 7 kwietnia 2013

Księga wszystkich dusz (tom IV), Powrót, Deborah Harkness




Jest taki rodzaj publikacji, które nadużywają słów: tajemnica, sensacja, zagadka...Z reguły są dość dobrze wydane, a w środku WIELKIE NIC. Co najwyżej inwentaryzują te zagadki, żeby w finale stwierdzić, że tak naprawdę to nic na temat konkretnego nie wiadomo.
Z tym mi się skojarzyła czwarta część Księgi wszystkich dusz, tuż po przeczytaniu.
To tak jakby spodziewać się bóg wie jakiego prezentu, a dostać kolejną parę skarpetek lub dwudziestą siódmą piżamę...
Nie mogę nawet powiedzieć, że jest to WIELKIE  rozczarowanie, bo coś tam w końcu dostałam. Spędziłam kilka dni w niezwykłych miejscach, z niezwykłymi bohaterami.
Jednak odniosłam wrażenie, że autorka trochę się męczyła zmuszona wywiązać się z terminów i konieczności napisania dalszego ciągu. Płycizny, ślizganie się po powierzchni, omijanie istotnych wątków.
Pojęcia nie mam jaką rolę w końcu miał odegrać tajemniczy manuskrypt Ashmole 782, wokół którego osnuto całą historię.
Do tego dochodzi przesłodzone zakończenie i główny bohater, Matthew, który okazał się nie tak niezwykły i tajemniczy jak zapowiadano.
Może problem tkwi w tym, że moje oczekiwania były zbyt duże?
Spodziewałam się dzieła sztuki, a dostałam dobre rzemiosło.
Jak pomyślę, co z tym zrobi Warner Bros.... Spłyci płycizny, okroi okrojone, plus gwiazdeczki w rolach głównych... trzeba będzie to omijać dalekim łukiem.
A jeśli będzie kolejna część, będzie to coś pośredniego między Harleqinem a latynoską telenowelą.