niedziela, 24 marca 2013

O północy w Paryżu, Woody Allen


Idealny film na niedzielne, leniwe popołudnie. I Woody Allen inny niż dotąd! Nostalgiczny, zaplątany w czasie. Mniej prześmiewczy, mniej złośliwy i autoironiczny. Czy to kwestia wieku, panie Allen? (Przepraszam, że się czepiam...)
Ponoć każdy człowiek miewa wątpliwości, czy został ulokowany we właściwym czasie. Ponoć każdemu zdarza się zastanawiać, czy nie właściwsza byłaby inna epoka. Bohater "O północy w Paryżu" jest przekonany, że druga dekada XX wieku to powinien być jego czas. Do tego tylko Paryż. Bo też ten Paryż lat dwudziestych poprzedniego wieku zgromadził największych artystów z niemal każdej dziedziny sztuki: Picasso, Ernest Hemingway, Josephine Baker, Henri Matisse, Fransis S. Fitzgerald, Cole Porter, Luis Bunuel, Salvador Dali...To najbardziej kreatywne miejsce na świecie.
Ale do rzeczy...są Amerykanie w Paryżu, narzeczeni, którzy Paryż widzą zupełnie inaczej. Dla niej jest kiczowaty, dla niego jest tu wszystko co przedstawia jakąkolwiek wartość. Ona chce by on nadal pisał głupiutkie scenariusze dla Hollywood i mieszkali w Malibu (całkiem dochodowe zajęcie), on chce pisać książki i chętnie przeniósłby się na stałe do Paryża, on lubi spaceray w deszczu, ona nie...
Oczywiste pojawia się pytanie co ich tak naprawdę łączy. Dotąd, powiedziałabym typowy Woody Allen.
W tym kontekście jest to też typowa komedia romantyczna. Ale, ale...W czasie spędzanych oddzielnie wieczorów On zaczyna przenosić się do Paryża lat dwudziestych, tuż po wybiciu dzwonów o północy. Poznaje Paryską Awangardę, wszystkich liczących się tego okresu.
I jest magia Paryża, są piękne zdjęcia paryskich uliczek, bulwary nad Sekwaną, uliczki nocą, knajpki i kwiaciarnie, sklepiki ze starociami...
I pojawia się pytanie: „...skoro jest Paryż, to dlaczego ludzie chcą mieszkać gdzie indziej”?

Jeśli jeszcze ktoś tej części nie widział, to polecam koniecznie.


poniedziałek, 11 marca 2013

Wybrane zagadnienia z fizyki katastrof, Marisha Pessl

Na stoliku piętrzy się stos nieprzeczytanych książek, a ja właśnie kupiłam kolejne. Pojęcia nie mam kiedy je przeczytam. Czytam po kilka stron czekając aż się zagotuje woda na kawę, przy śniadaniu lub gdy spóźnia się uczeń...
A książka, którą teraz czytam jest szczególna. Polskie wydanie miała w 2006 roku i udało mi się ją kupić tylko w antykwariacie.
Wiedziałam, że taki tytuł musi oznaczać niezwykłą zawartość i nie myliłam się.
Po całym dniu spędzonym z ludźmi porozumiewającymi się zdaniami pojedynczymi nierozwiniętymi, jest to prawdziwa uczta. Bogactwo języka, niebanalne porównania, odniesienia do literatury zaskakują i oczarowują.
A. powiedziała po przeczytaniu tej książki, że pierwsza następna wydała się taka banalna... Nie dziwię się.
Fajnie było czytając przenieść się do świata, w którym ludzie przeczytali coś więcej niż musieli, do tego zrozumieli tekst, i...niewiarygodne...spowodowało to inteligentne refleksje.
Bohaterka stwierdziła, że wsadzono ją do towarzystwa „jak łyżką do butów”. Przyjaciółka dała jej radę jak ma się przedstawiać poznając faceta w barze: „zawsze mów, że świata nie widzisz poza inżynierią chemiczną. Ludzie nie mają pojęcia co to jest, a samo słowo brzmi tak paraliżująco, że nikt cię nie będzie pytał o szczegóły”.
Facet w knajpie przy autostradzie „lustrował (ją) od góry do dołu wzrokiem mówiącym, że niczego nie pragnie bardziej niż zajrzeć (jej) pod maskę i zbadać (jej) karburator.”
„Toaleta (w barze) była lepka i zarośnięta jak długo nieczyszczone akwarium.”
A powietrze może być „sprężyste i gorące jak artystka z tancbudy po pierwszym numerze”, gdy „czarne niebo podziurawione szpilkami gwiazd mimo woli popisywało się jak pięcioletni Mozart”.
W tej niezwykłej książce jest  klimat, tajemnicza śmierć nauczycielki, rzekomo samobójcza, wyjątkowa intelektualna więź między ojcem i nastoletnią córką, którą sam wychowuje po śmierci żony. Zabawne i bardzo celne uwagi nastolatki na temat relacji ojca z kolejnymi kobietami, które nazywa „chrabąszczami majowymi”.
Gdybym miała komuś podarować książkę z dedykacją (co od czasu do czasu robię), to ta jest do tego celu idealna. Nie przeintelektualizowana, a mądra, miejscami zabawna, genialnie zamykająca skomplikowane rzeczy w kilku słowach. Jeśli czegoś zazdroszczę to właśnie takiego posługiwania się językiem.
Choć nie jest to rzecz z gatunku "lekkie łatwe i przyjemne", lektura obowiązkowa. A może właśnie dlatego?