niedziela, 7 kwietnia 2013

Księga wszystkich dusz (tom IV), Powrót, Deborah Harkness




Jest taki rodzaj publikacji, które nadużywają słów: tajemnica, sensacja, zagadka...Z reguły są dość dobrze wydane, a w środku WIELKIE NIC. Co najwyżej inwentaryzują te zagadki, żeby w finale stwierdzić, że tak naprawdę to nic na temat konkretnego nie wiadomo.
Z tym mi się skojarzyła czwarta część Księgi wszystkich dusz, tuż po przeczytaniu.
To tak jakby spodziewać się bóg wie jakiego prezentu, a dostać kolejną parę skarpetek lub dwudziestą siódmą piżamę...
Nie mogę nawet powiedzieć, że jest to WIELKIE  rozczarowanie, bo coś tam w końcu dostałam. Spędziłam kilka dni w niezwykłych miejscach, z niezwykłymi bohaterami.
Jednak odniosłam wrażenie, że autorka trochę się męczyła zmuszona wywiązać się z terminów i konieczności napisania dalszego ciągu. Płycizny, ślizganie się po powierzchni, omijanie istotnych wątków.
Pojęcia nie mam jaką rolę w końcu miał odegrać tajemniczy manuskrypt Ashmole 782, wokół którego osnuto całą historię.
Do tego dochodzi przesłodzone zakończenie i główny bohater, Matthew, który okazał się nie tak niezwykły i tajemniczy jak zapowiadano.
Może problem tkwi w tym, że moje oczekiwania były zbyt duże?
Spodziewałam się dzieła sztuki, a dostałam dobre rzemiosło.
Jak pomyślę, co z tym zrobi Warner Bros.... Spłyci płycizny, okroi okrojone, plus gwiazdeczki w rolach głównych... trzeba będzie to omijać dalekim łukiem.
A jeśli będzie kolejna część, będzie to coś pośredniego między Harleqinem a latynoską telenowelą.