środa, 31 lipca 2013

Jak się nie nudzić latem cz. II



Szósty dzień remontu... 
Jest 17.30 a ekipa wciąż pracuje. Kurczy się  moja przestrzeń życiowa, czyli miejsca, w których można w miarę normalnie funkcjonować. Do godziny 15, prawie cały czas byłam poza mieszkaniem, bo się nie dało wytrzymać.
Ze względu na wylewkę w sypialni, wszystko znalazło się w przedpokoju. Przeskakuję przez cuda-niewidy, aby dostać się do pokoju dziennego. Skuli już część płytek w łazience. Dzisiaj się chyba poddam i nie będę sprzątać jak co dzień, aby przetrwać noc, bo i tak za 10 godzin wrócą i wszystko wróci do stanu pierwotnego. Mam wrażenie, że ten horror nigdy się nie skończy. W moich płucach jest około 2 kg pyłu, w tym połowa to materiały budowlane. Po skuciu płytek w łazience okazało się, że poprzednia ekipa powinna dostać Nobla za osiągnięcia w branży. Szef obecnej  ekipy jest w stanie z pogranicza paniki i ataku nerwowego. Dorzucę, że nie ma dwóch takich samych kątów w tym mieszkaniu i żaden nie jest kątem prostym. 
  
przedpokój po ewakuacji pokoju
 
pokój po szóstym dniu
 
łazienka o jakiej marzy każda kobieta

 Z rzeczy normalnych, odwiedził mnie jeden z ulubionych uczniów, tegoroczny maturzysta, M. Od października zaczyna studia na Śląskiej Akademii Medycznej, na wydziale lekarskim. Dostałam świetną pomoc naukową, klocki (?), które pozwolą przedstawić hybrydyzację orbitali. Świetne.
Inny miluch, K. podarował mi OKO PROROKA (sic!), skoro nie mogą mi pomóc rzeczy racjonalne, zacznę odczyniać uroki. 
Z pozytywów, jest sześć dni bliżej końca remontu :)

 

poniedziałek, 29 lipca 2013

Niezłe ziółko: bazylia



Na moim kuchennym parapecie prawie zawsze stoją dwie doniczki z bazylią. Jedna się kończy, druga przyda się za chwilę. Razem z miętą dają piękny zapach przy każdym podmuchu powietrza z otwartego okna.
Oprócz świeżej używam też suszonej, ale nic nie zastąpi świeżych ziół.
Jest rośliną przyprawową i leczniczą. 
Są potrawy, których bez bazylii nie mogę sobie wyobrazić: pasty (makarony), sery, sałatki. Genialnie komponuje się z pomidorami, oliwkami i serami. Jej intensywny zapach powoduje zawarty w niej olejek bazyliowy o silnym kwiatowo-korzennym zapachu.
Jako roślina lecznicza poprawia trawienie, bo pobudza wydzielanie soku żołądkowego. Działa przeciwbakteryjnie i przeciwzapalnie. Uważa się, że podobnie jak melisa działa przeciwdepresyjnie.
Jako roślina przyprawowa ma lekko pikantny smak i zapach. Jest jednym z podstawowych ziół przyprawowych używanych w kuchni włoskiej. Występuje prawie we wszystkich potrawach. Pasuje tak samo do dań warzywnych jak i do mięsnych.
Była uprawiana w ogrodach perfumeryjnych, ponoć odstrasza owady. Ja tego nie potwierdzam, przynajmniej nie komary :)
A do tego robi się na niej nalewki, wykorzystuje w przemyśle perfumeryjnym i spożywczym.
W niektórych miejscach traktuje się ją jako roślinę ozdobną. Ja spotkałam ją w ogrodach perfumeryjnych, w Danii na przykład.

niedziela, 28 lipca 2013

Wzgórze dzikich kwiatów, Kimberley Freeman


Wzgórze dzikich kwiatów, Kimberley Freeman
przekład Anna Nowak
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2012

Ostatnio czytam prawie samych Hiszpanów, błądząc po średniowieczu i może dlatego szczególną przyjemność sprawiła mi lektura WZGÓRZA DZIKICH KWIATÓW KIMBERLEY FREEMAN.
Właśnie skończyłam czytać niezwykle wciągającą powieść. Wczoraj zaczęłam, a liczy sobie 500 stron. Już był taki wątek u Kate Morton, polegający na tym, że wnuczka wyjaśnia tajemnicę dotyczącą jej babki. Wielokrotnie spotkałam się z motywem, że jakieś dramatyczne wydarzenie przewraca do góry nogami dotychczasowy system wartości. Mimo to...świetna historia, napisana z niezwykłą lekkością. Kapitalna, dwuwątkowa historia, jedna zaczynająca się na początku lat trzydziestych, druga tocząca się współcześnie. Mnie zdecydowanie bardziej zaintrygowała ta wcześniejsza.
A wszystko bez łzawej ckliwości, bez sentymentalizmu. Historia silnej kobiety, walczącej o swoje życie, prawo do szczęścia...
Jeden epizod jest dla mnie mało wiarygodny, ale nie będę o nim mówić, aby nie „spalić” historii. Chociaż już wcześniej cytowałam za Zafonem, że „najłatwiej uwierzyć w to, co się nie wydarzyło”.
A tak zupełnie na marginesie, czy czytam powieści współczesne, czy sprzed kilkuset lat, wciąż powraca refleksja, do jakich podłości są zdolni ludzie w imię religii i jak niebezpieczny jest brak tolerancji.
Dobra wakacyjna lektura. Naprawdę polecam.

piątek, 26 lipca 2013

Uciekinierka z San Benito, Chufo LLorens


Uciekinierka z San Benito (Catalina, la fugitiva de San Benito), Chufo LLorens
przekład z hiszpańskiego Alicja Noworyta
Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz, Warszawa, 2010
(Powieść historyczna hiszpańskiego autora bestsellerów, hiszpańskie wydanie w 2001 roku)

W moim posiadaniu jest sporo książek, w tym również noblistów, które mają do dwustu, trzystu stron. Czy teraz jest jakiś nakaz, że książka musi być obszerniejsza niż 700 stron, bo inaczej jest do niczego? Ta ma ponad 800, a spokojnie cała historię można by opowiedzieć na połowie.
Druga sprawa, że ktoś taki jak Chufo LLorens, doskonale wie, co jest kluczem do sukcesu, jego nazwisko przede wszystkim. A ta książka zdecydowanie bazuje na opinii o autorze.
Historia żywcem wyjęta z romansideł, burzliwe losy dziewczęcia wkomponowane w tło historyczne początku XVII wieku.
Podchodziłam do niej dwukrotnie, za drugim razem przeczytałam całą. Nie chodzi o to, że się zmuszałam, ale to nie jest moja bajka. Irytujące infantylizmy, płyciutkie postaci, nie za  wiele refleksji, banalna narracja. Do tego wszystko czarno białe, albo dobre, albo złe, nic pomiędzy.
A można było z tą historią zdziałać cuda, ma niebywały potencjał. Mam wrażenie, że autorowi zdarzył się wypadek przy pracy.
Mimo to powieść do przeczytania, są wakacje.

czwartek, 25 lipca 2013

Jak się nie nudzić latem

Tak sobie pomyślałam, że najlepiej odda to, co się dzieje teraz w moim życiu PAMIĘTNIK FRUSTRATKI, czyli remontuję mieszkanie.
W sumie nie powinnam tego przeżywać, bo jak się kupuje mieszkanie w sześćdziesięcioletniej kamienicy, to można się liczyć z koniecznością gruntownego remontu. Mimo to, jest to trauma.
Od ponad dwóch tygodni pakuję dobytek w WORKI NA ŚMIECI. I  myślę, że jest w tym jakaś symbolika. Biorąc pod uwagę, że absolutną większość rzeczy widzę pierwszy raz od lat, powywlekane z różnych zakamarków, naturalne jest pytanie, czy wszystko to jest mi potrzebne. Po cholerę te stosy pościeli, ręczników i wszelkich PRZYDASIÓW, jeśli przez kilka lat nawet o nich nie pomyślałam, o użyciu nie wspomnę.
Prawdziwą „przygodą” okazało się spakowanie książek. Zanim to zrobiłam, odkurzyłam tonę kurzu, zbierającą się latami na przeczytanych książkach, po które teraz prawie nikt nie sięga. Cóż, może ktoś regularnie odkurza bibliotekę, ja nie mam na to czasu. A może jestem tylko beznadziejną panią domu?
Zaczęłam się zastanawiać, o ile fajniejsze byłoby moje życie, gdyby nie ten cały kram. Ile godzin  mniej mogłabym pracować, na ile fajnych wakacji mogłabym pojechać, ile czasu mogłabym spędzić na robieniu czegoś co CHCĘ zamiast tego co MUSZĘ. Czy to już konsumpcjonizm?
Tymczasem w moim mieszkanku trwa totalna demolka. Rano było brzydko teraz jest strasznie.
Na szczęście jeszcze dzisiaj mam łazienkę. Hurra!! Wieczorem, w wannie z pianą po sufit i z książką w łapkach odreaguję pierwszy dzień remontu.




Moja sypialnia po 2. dniu remontu: rozprowadzono przewody elektryczne, mam wystarczającą ilość gniazdek, jest jedna warstwa gładzi gipsowej;


Po czwartym dniu pracy, zaczęła się wyłaniać garderoba, a ściany są coraz bardziej gładkie. Wszystko pokrywa delikatna warstwa białego pyłu. Mnie też. Wciąż mam łazienkę, więc do przeżycia :)



poniedziałek, 15 lipca 2013

Ona je: makaron ze szpinakiem i pomidorami



Lekkie danie obiadowe, które można przygotować w pół godziny. W czasie letnich upałów bezcenne, zarówno ze względów na zawartość kalorii jak i czas przygotowania. Wybrałam włoski makaron barwiony naturalnymi barwnikami: zielony szpinakiem, czerwony pomidorami.


 Potrzebujemy:

- makaron
- 200-250 g świeżego szpinaku
- 4 pomidory
- 1 łyżka oleju
- 2-3 ząbki czosnku
- ser mozzarella
- zioła prowansalskie
- sól i pieprz
Gdy makaron się gotuje, na dużej, głębokiej patelni przygotowuję warzywa. Na łyżce oleju smażę czosnek, dodaję umyty i odsączony szpinak (nie trzeba blanszować). Przez to, że używam rondla z pokrywką nie muszę dodawać tłuszczu ani podlewać wodą, bo warzywa duszą się we własnym sosie.


Na szpinaku wykładam pokrojone w plastry pomidory, z których usuwam skórkę. W mojej kuchni używa się dużo ziół, dlatego posypuję obficie ziołami prowansalskimi na przykład. Zestaw ziół można skomponować według własnego uznania.


Wszystko kilka razy mieszam i pozwalam pomidorom usmażyć się na pastę. W międzyczasie przyprawiam solą i pieprzem. Gdy pomidory są już dobrze usmażone, dodaję makaron i mieszam.
Na całej powierzchni wykładam pokrojoną w plastry mozzarellę i podgrzewam do całkowitego roztopienia sera.
Polecam zottarellę, ma znacznie mniej kalorii i mogą ją jeść wegetarianie.
Jeszcze lepiej smakuje posypany świeżą bazylią!



piątek, 12 lipca 2013

Magiczny krąg, Libba Bray



Zabawne, ale nie przepadam za powieściami, których akcja toczy się w wiktoriańskiej Anglii. Do tego powieść ponoć ma odbiorców w zupełnie nie mojej grupie wiekowej. Może wkrótce zacznę czytać Kubusia Puchatka?
Okazało się jednak, że pochłonęła mnie bez reszty, choć to zupełnie nie moja bajka. Wydawało się... 
Trylogia Magiczny Krąg Libby Bray to powieści Mroczny sekret (A Great and Terrible Beauty,2003), Zbuntowane anioły (Rebel Angels, 2005) i Studnia wieczności ( The Sweet Far Thing, 2007). W Polsce były wydane w latach 2009-2010.
Zupełnie niestandardowo została opowiedziana ta historia. Bez zbędnego sentymentalizmu, dynamicznie, interesująco.
W każdej epoce są ludzie, którzy do swoich czasów nie pasują. To oni, wyprzedzając swoje czasy, są animatorami postępu. Buntownicy, którzy nie zgadzają się na zastany porządek. Taka jest główna bohaterka, Gemma Doyle. Tak jak gorset, którego nienawidzi, krępuje ją dosłownie, tak normy społeczne krępują ją intelektualnie. Nie jest zwolenniczką podziału klasowego, jest przeciwniczką roli kobiety, jaką przypisano w jej epoce. Nie akceptuje sytuacji w której kobietą najpierw opiekuje się ojciec, ewentualnie brat a później mąż. Nie zgadza się na wykształcenie sprowadzone do robótek  ręcznych, dobrych manier i konwersacji o niczym.
Powieść to świetny, wiarygodny obraz wiktoriańskiej Anglii i to w wielu aspektach: obyczajowości, stylu życia, jak i samego Londynu, pensji dla panien z dobrych rodzin...
Do tego ten cały mętlik, który dzieje się w głowie nastoletniej dziewczyny, która tak naprawdę to wie tylko to, że nie wie czego chce. Świetne studium dorastania, rozwoju emocjonalnego i intelektualnego...a wszystko to w cyklu powieściowym uważanym za adresowany do młodych dziewcząt.
Akcja toczy jakby w dwóch obszarach, w normalnym świecie i krainie magicznej, nazywanej Międzyświatem. Międzyświat, tutaj jest symbolem dorastania. Przestrzenią, do której ma się dostęp tylko przez jakiś czas. Są jednak ludzie, którzy pozostaja w nim na zawsze, ludzie, których wiek zatrzymuje się, mimo, że dla pozostałych płynie nieustannie. Też mam takie osoby pozostawione na zawsze w Międzyświecie. Ludzi, którzy zawsze będą mieli tyle samo lat, chociaż mnie ich przybywa.  

Jeśli to są powieści dla dziewcząt, to pozostaje mi współczuć facetom, bo pewnie za wielu po nie,  nie sięgnie.
A dlaczego warto? Bo czyta się z zapartym tchem, niezwykła, wartka akcja, świetnie narysowane postaci, realistyczne, prawdziwe. Żadnego taniego sentymentalizmu, grania na uczuciach a mimo to miałam ściśnięte gardło gdy kończyłam. Do tego kilka ostatnich nieprzespanych nocy i trochę zaległości w pracy.
Lektura obowiązkowa.

piątek, 5 lipca 2013

Ona je: sałatka z rukoli i ogórki małosolne

 

I jak tu nie kochać lata?! Szaleństwo kolorów, zapachów, smaków i wakacje!! Wystarczające powody!!
A propos smaków... Zacznę od mojej ulubionej sałatki z rukoli, która zdecydowanie może być samodzielnym daniem, a dla pożeraczy kalorii przystawką, dodatkiem. Lekka, akurat na lato, również dla osób liczących kalorie i dla smakoszy.
Ze starannie umytych listków sałaty odrywam ogonki, bo bywają twarde, tej czynności nie lubię.
Dodaję garść orzechów włoskich, ser mozzarella (ja używam zottarelli light), pomidor sparzony i po ściągnięciu skórki, oliwki, które kroję w plasterki. Wszystko lekko solę, dodaję pierz naturalny i delikatnie kropię oliwą z oliwek. Proporcje nie są ważne. Kompozycja smaków i tak jest świetna. Orzechy włoskie wzmacniają dodatkowo orzechowy smak rukoli, dla mnie istotne.
Czasem dodaję kilka kropli octu balsamicznego, ale to też pozostawiam indywidualnej decyzji. 



A tak zupełnie z innej beczki... Pani z Kiosku z Gazetami dała mi prosty sposób na ogórki małosolne. Przepis zdążył ewoluować i mam tym sposobem WŁASNE, domowe ogórki małosolne. W kuchni pachnie koprem i ziołami i jakoś tak od razu robi się po domowemu.
Mój przepis (po ewolucji):
Do dużego, pięciolitrowego słoja wkładam na dno starannie umyte i skręcone w gniazdo gałęzie kopru. Umieszczam kilka ząbków czosnku, kilka ziarenek pieprzu kolorowego, 2 bardzo malutkie papryczki chili, kilka ziarenek ziela angielskiego, 2-3 listki laurowe i kawałek korzenia chrzanu, który ewentualnie kroję, gdy jest zbyt duży.
Na tym umieszczam od 1 do 1,5 kg ogórków, umytych i z odciętymi końcami, bo wtedy szybciej się ukiszą.
Zagotowuję 3l wody, dając 1 łyżkę stołową soli na 1l wody. Następnie zalewam gorącą wodą zawartość słoja.
Zamykam i życzę im by zdążyły się ukisić, bo z reguły znikają na wpół ukiszone. A tak naprawdę najlepsze są jednodniowe, moim zdaniem oczywiście.
BON APPETIT!!