wtorek, 20 sierpnia 2013

Słodka idiotka (jak się nie nudzić latem cz. III)

Ta cała sytuacja z remontem mnie przerosła. Nie będzie dzisiaj dokumentacji zdjęciowej, bo nie wiem gdzie jest aparat (sic!). A i tak nie mam ochoty oglądać tego wszystkiego kolejny raz. Walczę o przetrwanie. Wyegzekwowałam od ekipy budowlanej, że bez względu na zakres prac w danym dniu, na koniec dnia mam podstawowe urządzenia w łazience. Czyli po zmroku nie szukam krzaków i codziennie się kąpię (luksus, co?). Nie jest to takie oczywiste w tej sytuacji. W dniach, w których nie ma budowlańców (np niedziele) piorę ręcznie ciuchy, aby mieć codziennie świeże, bo nie wiem, w którym worku jest cała reszta. Cokolwiek powiedziałabym o ostatnich trzech tygodniach, nie opiszę tego, z czym mam do czynienia. Nawet przez trzy doby pomieszkałam sobie w hotelu, bo nie da się chodzić po dopiero co położonej wylewce. A wylewka schła i schła. W jednym tylko pokoju, żeby go wypoziomować weszło ponad 800 kg!! No i sprawa kasy, która płynie wartkim strumieniem. Wyjeżdżam po gniazdka i kontakty, wracam lżejsza o tysiąc złotych. Ale jeżeli klej do podłóg kosztuje 1500 zł, to co znaczy cena samej podłogi? Chwilami mam ochotę wyć.
Ale, ale...przy okazji nastąpiła konfrontacja świata mężczyzn ze światem kobiet. Pewnie, że się nie znam na stolarce, hydraulice i takich tam, ale zdarza się, że myślę. A panowie uważają, że można mi wcisnąć każdy kit. Na przykład stolarz namawiał mnie usilnie na znacznie droższy blat roboczy do kuchni. Stwierdziłam, że taniutki (70 zł/mb), którego mam kawałek od kilku lat, świetnie się sprawdził, bo nie nosi śladów używania. A, że jest w okleinie bukowej (okleinie tylko!), stolarz stwierdził: no tak, buk. Gdy zaprotestowałam, że nawet nie leżał koło buku, bo to konglomerat, na dobrą chwilę go zatkało. Z innymi jest podobnie, ale mistrzostwem świata było to co wyprawiał hydraulik ze spawaczem. Nie dość, że nie mogłam wzrokiem nadążyć za nimi, to jaką mieli uciechę, gdy nie wiedziałam o czym mówią.
I pomyślałam, że spoko, niech faceci się cieszą, jacy to są wyjątkowi, fachowi, a przez to niezwykli. Ja mogę na tym ogniu upiec swój kawałek pieczeni. Każdą wypowiedź zaczynam: w prawdzie ja nie mam o tym zielonego pojęcia, ale uważam, że...gdyby jednak pan zrobił tak, znalazł produkt zastępczy, tańszy zamiennik, to samo, ale innej firmy... i jakoś to działa!! Pan oddzwania, że ma, zamienia 6 halogenów na 4 m2, na 2 mniej, pomocnik SZEFA wynosi moje śmieci razem ze swoimi (nie proszony), coś można przykryć folią, coś przenieść w bezpieczniejsze miejsce, a przy tym jest tak miło, że rozważamy zamieszkanie razem na stałe. ŻARTOWAŁAM!!
I pomyślałam sobie, że to jest zjawisko na znacznie szerszą skalę i znacznie częściej praktykowane. Podjeżdżam na stację benzynową i ze słodką minką pytam czy ktoś mógłby zmierzyć ciśnienie w tylnych kołach, bo wydaje mi się, że jest za małe. Przecież ja nie umiem, nie wiem ile ma być, a o obsłudze kompresora strach wspominać. Skutek jest taki, że jest i zmierzone i uzupełnione, a ja nie musiałam klękać w błocie lub pyle, nie musiałam pobrudzić rąk czy nie daj bóg zniszczyć  lakier na paznokciach. Moja mama, zawsze powtarzała, że trzeba tak rozmawiać z facetem, żeby był przekonany, że to on wymyślił, on zdecydował, on jest autorem sukcesu. Czyli ćwiczymy bycie idiotkami od pokoleń. Żaden facet nie musi wiedzieć, że wiemy do czego służy klucz dynamometryczny, że odróżniamy imbus od nasadowego, że znamy się na czymkolwiek. W końcu ONI mają swoje mechanizmy zachowań trenowane na nas od zawsze. Choćby sztukę mówienia tego, co chcemy usłyszeć. I może dlatego nie należymy do zagrożonych gatunków?      

piątek, 2 sierpnia 2013

Światło między oceanami, M. L. Stedman



Światło między oceanami, M. L. Stedman
przekład Anna Dobrzańska
Wydawnictwo Aleksandra i Andrzej Kuryłowicz

Skończyłam właśnie jedną z najlepszych książek jaką czytałam, przynajmniej w ostatnim czasie. Informacja na okładce mówi, że ogłoszono ją sensacją literacką 2012 roku. Myślę, że zasłużenie.
To historia ludzi, którzy w ogromnej desperacji, podejmują niewłaściwą decyzję, mającą wpływ na całe ich życie i wielu ludzi, z którymi się zetknęli. Prawie trzydziestoletni mężczyzna wraca z francuskiego frontu I wojny światowej i mimo dobrego wykształcenia, podejmuje pracę jako latarnik na małej skalistej wysepce na południowo-zachodnich krańcach Australii. Na wysepce oprócz latarni jest chatka latarnika, szopa dla kilku kóz i drobiu i rosną dwie sosny. Łódź z zaopatrzeniem i pocztą przypływa raz na trzy miesiące. Wciąż go prześladują rzeczy, z którymi miał do czynienia w czasie wojny, ogrom nieszczęść i wszechobecna śmierć. Nikt komu było dane wrócić, nie wrócił taki sam. Ludzie po powrocie nie potrafili się odnaleźć, popełniali samobójstwa, popadali w alkoholizm, znęcali się nad bliskimi. Znikała radość z powrotu tych nielicznych, którzy ocaleli. Tom, główny bohater, nie tęsknił za ludźmi, wręcz przeciwnie. Wybór zajęcia i samotne mieszkanie na skrawku lądu, było jego sposobem na uporanie się z demonami. W czasie jednego z nielicznych pobytów na stałym lądzie spotyka sporo młodszą, nieco zwariowaną dziewczynę, która właściwie oświadcza mu się po krótkiej znajomości. Jej marzy się duża rodzina, gromadka dzieci, a mężczyzna, którego kocha zupełnie jej wystarcza. Świetnie odnajduje się w tej samotni, w spartańskich warunkach i w nieprzewidywalnym klimacie. Tu ich idylla się kończy. Dwukrotnie tracą dzieci w wyniku wczesnych poronień. Stawiają kolejne krzyżyki, które ona obsadza krzakami ziół. Jeszcze się trzyma, chociaż cierpi. A do niego wracają koszmary wojny i wspomnienia śmierci. Prawdziwy dramat nastąpił, gdy w siódmym miesiącu rodzi się martwe ich trzecie dziecko. I gdy ona pielęgnuje miejsce, gdzie przybywa małych krzyży, słyszy płacz dziecka. Od Australii dzieli ich kilkaset mil i jest przekonana, że to złudzenie. Jednak okazuje się, że nie. Przybiła szalupa, w której jest martwy mężczyzna i kilkutygodniowe niemowlę. Tom jest solidnym pracownikiem, formalistą niemalże. Mimo to, za namową żony nie odnotowuje tego faktu w dzienniku. Grzebie przybysza i pozwala zatrzymać dziecko, które ma udawać, zastąpić, dopiero co martwo urodzonego syna. Koniec, nie będzie streszczenia, bo „spalę” tę niezwykłą historię, która w rzeczywistości teraz właśnie się zaczyna.
Powtórzę, za komentarzem na okładce książki, że jest ona o tym, jak DOBRZY ludzie, podejmują ZŁE decyzje, i jak ważą one na losach wielu ludzi. Jest o tym, jak bardzo można pragnąć dziecka i do czego zdolni są ludzie w imię miłości. Jak przewrotne mogą być losy ludzkie, jak niewiele zależy od samego człowieka.
Choć jest tu dużo smutku, zła, to płynie z tej powieści wielkie pozytywne przesłanie. Ale trzeba je odszukać samemu. Refleksyjna, mądra, ogromnie interesująca historia, którą trzeba przeczytać. Ponoć wkrótce ma być sfilmowana.
Bardzo polecam.