środa, 31 grudnia 2014

Ona je: pasta (pastella) z suszonych pomidorów


Dawno nie było tu nic o jedzeniu, a dzisiaj pierwszy raz zrobiłam PASTĘ Z SUSZONYCH POMIDORÓW, zupełnie według mojego pomysłu, intuicyjnie dobierając składniki. Nie dość, że pięknie pachnie, ma odpowiednią konsystencję, myślę że przyzwoicie wygląda :)
Jej atutem, oprócz naprawdę fajnego smaku jest wszechstronne zastosowanie: nadaje się do smarowania chleba, będzie świetnym dodatkiem do makaronu, pizzy czy tortilli. I jest w 100% wegańska.

Składniki: suszone pomidory (ja użyłam takich w oleju), kilka ząbków czosnku, kilkanaście kaparów, kilka bardzo słodkich, dojrzałych pomidorków koktajlowych, sproszkowana słodka papryka, szczypta chilli, tymianek, majeranek, świeżo zmielony pieprz czarny. 
Wszystko zblendowałam na dość jednolitą, jak widać, pastę. 
To tyle! Kto by się tam przejmował SYLWESTREM!! :) Szczęśliwego Nowego Roku!!



niedziela, 28 grudnia 2014

Lód i woda, woda i lód, Majgull Axelsson



Lód i woda, woda i lód, Majgull Axelsson
przekład Katarzyna Tubylewicz
Wydawnictwo W.A.B. Warszawa, 2010

Piszący recenzje powtarzają wciąż, jak Majgull Axelsson znakomicie zna ludzką psychikę. Jak gra na emocjach. A ja, po przeczytaniu trzeciej jej powieści czuję rozczarowanie. Mam wrażenie, że z jej twórczością jest dokładnie tak, jak większości pisarzy. Gdy znajdzie "swój sposób" na czytelnika, to motyw wyeksploatuje maksymalnie. PĘPOWINĄ byłam zachwycona, ogromne wrażenie zrobiła na mnie KWIETNIOWA CZAROWNICA. A po tej powieści stwierdzam, że muszę odpocząć od Majgull Axelsson.
Takich historii, każdy dorosły człowiek mógłby opowiedzieć mnóstwo. Zasłyszanych, przeczytanych, przeżytych. O krewnych, których nic nie łączy, poza pokrewieństwem, o parach, które nie wiadomo dlaczego są ze sobą, o niekochanych dzieciach...O toksycznych związkach, w których ludzie trwają siłą rozpędu, ze względów materialnych, religijnych, bo tak wypada, bo nie mają lepszego pomysłu.
Tu tylko wszystko jest jeszcze bardziej pokręcone. Można bardziej kochać dziecko siostry niż własne, można nienawidzić siostry bliźniaczki, choć wszyscy utrzymują, że nie ma drugiej tak bliskiej więzi jak między bliźniakami. Tradycyjnie już u Majgull Axelsson nikt nie ma ciepłych relacji z rodzicami. Powiedziałabym więcej, za wszelkie niepowodzenia w życiu, za traumatyczne dzieciństwo, za trudności w nawiązywaniu NORMALNYCH relacji z ludźmi winę ponoszą rodzice, a w szczególności matka. Nasuwa mi się natychmiast analogia do amerykańskiego kina. Każdy psychol ma lub miał szurniętą matkę.
Do tego wszystkiego, jestem już zmęczona czytaniem historii poszarpanych, z poplątaną chronologią. Czy nie można już napisać powieści, która opowiedziana jest od początku do końca? Moja córka właśnie czyta BUSZUJĄCEGO W ZBOŻU i jest zachwycona. Stwierdziła, że w końcu trafiła na książkę, w której "nie ma opisu wierzb płaczących, facet po prostu opowiada historię".
Do tego jedna z głównych bohaterek jest pisarką kryminałów, jej zaginiony czterdzieści lat temu kuzyn był członkiem boysbandu, połowa krewnych była leczona psychiatrycznie a akcja znacznej części powieści toczy się na lodołamaczu. Po co? Przesłanie miało być niby takie, że członkowie ekipy tego lodołamacza, każdy oddzielnie, od czegoś ucieka. Od przeszłości, od samotności, od rozpadających się związków. A konkluzja jest taka, że nikt nie jest w stanie nam pomóc,  jeśli nie pomożemy sobie sami.
Jest tu jeszcze wątek zaginięcia gwiazdki popkultury, zupełnie bezsensowna, niewykorzystana i niewyjaśniona historia faceta, który po czterdziestu latach prześladuje kuzynkę chłopca, któremu zrujnował życie i karierę. Nie znajduję uzasadnienia dla tego epizodu.
Pozytywnie, bo szczerze zabrzmiały mi jedynie przemyślenia nastolatka, który stając się z dnia na dzień "gwiazdą", tęskni do czasów kiedy mógł chodzić do szkoły, wychodzić z domu nie ukrywając się, nie był szarpany, kaleczony przez rozhisteryzowane fanki.
Z przykrością stwierdzam, że nie mogę nawet powiedzieć, że powieść dobrze się czytała. Czyli kolejna, nic nie wnosząca historia o tym jak trudno być szczęśliwym i że to raczej umiejętność którą trzeba nabyć niż coś co jest nam dane z góry.
Reasumując, można się bez tej lektury obyć, choć uczciwie muszę przyznać, że dużo gorsze rzeczy czytałam i żyję.

czwartek, 25 grudnia 2014

Święta, święta...




Święta to okres, w którym wciąż czuję się nieco zagubiona. Najdalej mi do tradycyjnej, polskiej opcji, polegającej głównie na jedzeniu i piciu. Po pierwsze dlatego, że wielkie świąteczne żarcie nie ma dla mnie żadnego uzasadnienia. Przecież można to zrobić bez pretekstu, jeśli ma się taką potrzebę. A pozbawione logiki jest świąteczne objadanie się, by kilka dni później przechodzić na dietę. Gdy tylko to wyartykułuję, pojawia się w mojej głowie kontra, że w każdej kulturze, "świętowanie" to "ucztowanie". Więc może powinnam to akceptować?
Pewnym "problemem" jest wegetariańsko - wegańska wersja mojej rodziny. Tradycyjna polska kuchnia nie daje tu zbyt wielu możliwości. A jestem przeciwna rzeczom, które coś udają. Bezmięsne potrawy o smaku mięsa są wykluczone. Tak jak sztuczne futro, bezalkoholowe drinki, bezkofeinowa kawa. Jeśli nie jem mięsa to z wyboru i nie muszę jeść czegoś co je udaje.
Totalny sprzeciw budzi we mnie amok porządków. Nie uznaję robienia czegoś tylko dlatego, że wszyscy to robią. Albo ma się czysto, albo nie. Dlaczego pod koniec grudnia miałabym mieć porządek w szafie, jeśli przez cały rok uwielbiam totalny kipusz? U mnie włącza się przekora. I działa na mnie dokładnie odwrotnie. Tak jak w stosunku do reklamy środków pomagających rzucić palenie. Jak zaczyna się reklama, mam nieodpartą ochotę na fajkę. A nie palę dwa lata!
Nie ma u mnie w domu choinki, stroików, światełek, bałwanków i takich tam. Powiem więcej, szkoda mi czasu na rozpakowywanie tego kramu, żeby po kilku dniach pakować.
Myli się jednak ten, kto uważa, że nie ma u mnie niczego ze świąt. Mam dużo wolnego czasu, by robić rzeczy, które sprawiają mi przyjemność. Mam gości, z którymi jadam zwykle potrawy wymagające większego nakładu pracy, pijemy ulubione alkohole, rozmawiamy, organizujemy seanse filmowe, słuchamy muzyki, czytamy. Cieszymy się swoją obecnością, obdarowujemy się prezentami. Niczego nie muszę. I to są ŚWIĘTA.
Dodam, że nikogo nie namawiam do zaakceptowania mojej wersji. Można świętować dokładnie odwrotnie: tydzień w marketach, kilka dni przy garach, później wyrzucić na śmietnik połowę żarcia, udawać, że się cieszymy z prezentów kupionych na odpieprz, pokłócić się z połową krewnych o poglądach skrajnie różnych niż nasze, a na koniec cieszyć się,  że już po wszystkim i że możemy wrócić do pracy.
Wesołych świąt!!
PS: na deser coś genialnego; mogę to powiedzieć, bo nie ja to wymyśliłam; a wszystko w zgodzie z moją "filozofią życiową": coś wegańskiego, cudownie zdrowego (ani jednego składnika szkodliwego!); wymagającego około 15-20 minut pracy, niezamulającego: BOSKI MAKOWIEC BEZ PIECZENIA.




niedziela, 14 grudnia 2014

Pamięć niepamięć

Ludzie mają cholernie krótką pamięć.... Dawno, dawno temu, w czasach przedinternetowych, było dużo sklepów, w których nic nie było. Ludzie mieli dużo pieniędzy, za które nic nie można było kupić. Dziewczyny szyły, farbowały, robiły na drutach i ze starego lub brzydkiego wyczarowywały nowe i piękne. Szczęśliwcy, którym udało się wyjechać NA ZACHÓD, brylowali w towarzystwie miesiącami i opowiadali, jakby wrócili z Marsa. Po książki w księgarniach stało się w kilometrowych kolejkach. Kolejki, to była forma życia towarzyskiego, po atrakcyjne towary stało się tygodniami. Pachniało się PEWEXAMI, paliło papierosy kupowane na wagę (tak, tak!!). Żon/mężów można było mieć kilka, ale samochód niekoniecznie. Bywało, że na całe życie, swoje, lub samochodu. Mieszkanie się "dostawało", a później mieszkało w nim do usranej śmierci, z babcią, rodzicami, mężem siostry, dziećmi brata... Na instalację telefonu stacjonarnego czekało się nawet kilkanaście lat. W telewizji był najpierw jeden, później dwa programy i niewiele do obejrzenia. Wakacje w Bułgarii były szczytem marzeń. Ja, z jednych takich przywiozłam sobie męża.
Teraz można mieszkać gdzie się chce. Latać na wyprzedaże do Londynu, na koncert do Berlina, na weekend do Pragi. Po osiemnastych urodzinach koniecznie trzeba zrobić prawo jazdy. Bez wychodzenia z domu można kupić wszystko. Nie, nie...wcale nie uważam, że jest idealnie. Jest mnóstwo do zrobienia! Wciąż są obszary biedy, ludzie, którym się nie powiodło, tacy, którym trzeba pomóc. Ale tacy ludzie byli i będą zawsze. Niektórzy z wyboru. Znam takich, którzy nawet gdyby znaleźli coś cennego, to potknęli by się o to i wybili zęby. Zastanawia mnie tylko dlaczego moi rodacy nie potrafią się z niczego cieszyć. Dlaczego wciąż trzeba kogoś nienawidzić?


środa, 26 listopada 2014

Mam łóżko z racuchów, Jaclyn Moriarty


Mam łóżko z racuchów, Jaclyn Moriarty
przekład Elżbieta Zychowicz
Wydawnictwo W.A.B. Warszawa, 2007

Książka trafiła do mnie przypadkiem, bo potrzebowałam czegoś na kilkugodzinną podróż. Nie kupiłabym książki o tak trywialnym tytule. Dodam, że mimo uważnej lektury ponad pięciuset stron, nie widzę związku tytułu z treścią książki. I znowu okazało się, że notę na okładce napisała osoba, która jej nie czytała. Nie mogłam doszukać się zapowiadanych zmysłowych opisów (co miałoby być zmysłowo opisane w tej powieści? nie wiem!), kryminalnego wątku i analogii do "Amelii". Prędzej widziałabym podobieństwa do "Truman Show". 
To MOGŁA BYĆ całkiem fajna historia. Okazuje się jednak, że nie można już napisać NORMALNEJ książki. Trzeba "pociąć" fabułę i wymieszać wątki. Na siłę musi być zabawnie.  
A autorka porusza tu kilka naprawdę istotnych problemów: samotności w związkach czy potrzebę dzieci integracji z grupą. Gdyby tylko to wszystko nie zostało przekombinowane, mogła wyjść całkiem dobra książka. Nie wyszła. 
Pozytywnie zaskoczyło mnie tylko zakończenie. Nie zdradzę dlaczego, bo może ktoś jednak będzie chciał ją przeczytać. 
Reasumując, to książka jakich setki zalegają półki księgarskie, nic nie wniesie, niczego nie zburzy. Pozostaje pytanie, po co tracić na nią czas.

czwartek, 6 listopada 2014

Kwietniowa czarownica, Majgull Axelsson


Kwietniowa czarownica, Majgull Axelsson
przekład Halina Thylwe
Wydawnictwo W.A.B. 2002, (Grupa Wydawnicza Foksal) Warszawa

W powieściach Majgull Axelsson nie ma szczęśliwych ludzi. Ludzie zmagają się z głodem, nałogami, chorobami. Nawet  gdy podejmują walkę i są bardzo zdeterminowani, nie jest powiedziane, że odniosą sukces. Bo nie jest łatwo odmienić los, gdy jest się przegranym na starcie. Gdy żyje się ze świadomością porzucenia tuż po urodzeniu i nie zna się rodziców, gdy chora psychicznie matka znęcała się psychicznie i fizycznie, gdy jest się dzieckiem prostytuującej się alkoholiczki. Albo gdy rodzi się z ciężkim porażeniem mózgowym, a lekarze zakładają, że upośledzenie fizyczne jest równoznaczne z umysłowym. 
Życie nie jest proste, gdy cały czas trzeba udowadniać, że jest się więcej wartym niż świadczyłoby o tym pochodzenie, gdy wciąż trzeba podkreślać jak bardzo jest się wdzięcznym za wszystko co się dostaje. 
Bohaterowie powieści Majgull Axelsson są obciążeni traumą każdy na swój sposób. Dzieci, bo są niechciane, niekochane i niepotrzebne. Dorośli, bo walczą ze swoimi demonami, które też gdzieś tam mają swoje "umocowania" w przeszłości. 
I każdy z bohaterów radzi sobie na swój sposób. Dwie z bohaterek mimo przeciwności osiągają bardzo dobre wykształcenie, jedna powiela życiorys matki, jedna zagłusza wyrzuty sumienia spowodowane oddaniem własnego dziecka, wychowując te odrzucone. I jeszcze jedna, ta najbardziej poszkodowana przez los, stwarza sobie namiastkę życia. Przykuta do wózków inwalidzkich i łóżek, niepotrafiąca mówić, całą siłę egzystencji skumulowała w GŁOWIE. Posiadła dar umieszczania swego JESTESTWA w istotach, rzeczach, które w przeciwieństwie do niej mogą się przemieszczać: owady, ptaki, drobne zwierzęta, ludzie...kropla wody. Za ich pośrednictwem może widzieć, czuć, a więc ŻYĆ. To właśnie KWIETNIOWA CZAROWNICA. 
Byłam pod wrażeniem pisarstwa Majgull Axelsson już po pierwszej przeczytanej książce, po PĘPOWINIE, mimo, że ta powieść nie była oceniana najlepiej. KWIETNIOWA CZAROWNICA tylko upewniła mnie w mojej opinii. Autorka nie opowiada banalnych historii. Rzeczowo, bez egzaltacji, z dziennikarską precyzją opowiada o ludzkich losach. Atmosfera powieści choć przytłaczająca, wciąga, nie pozostawia obojętnym. Każda z postaci jest równie ważna i interesująca. I mimo nagromadzenia nieszczęścia, trudno się od nich uwolnić.
Obok świetnie scharakteryzowanych postaci, znajdujemy rzetelnie przedstawione tło historyczne. Obraz Szwecji bez upiększeń, nie wyidealizowany. Obraz państwa opiekuńczego, a może nadopiekuńczego, które w imię zasad tworzyło getta, czy pozbawiało praw do opieki nad własnym dzieckiem. 
Znajdujemy tu także przyczynek do historii psychiatrii, która jest jedną z bardziej mrocznych kart historii medycyny. 
Reasumując, w KWIETNIOWEJ CZAROWNICY otrzymujemy wielowarstwową i wielowątkową powieść o cierpieniu i ogromnej samotności. O tym, że okaleczone, bo pozbawione uczuć dzieci, mają problem z uczuciami przez resztę życia, bo nie można dać czegoś, czego się samemu nie posiadło. Otrzymujemy powieść o potrzebie akceptacji i miłości. O tym, że okaleczenie psychiczne może mieć poważniejsze skutki i może być trudniejsze do udźwignięcia niż rzeczywiste kalectwo, to fizyczne. 
Nie jest to łatwa lektura, bo miejscami aż przygnębiająca. A przy tym na każdej stronie dostajemy potwierdzenie, że Autorka jest osobą o ogromnej empatii i wrażliwości. 

PS: Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, co powiedzielibyście BOGU, gdyby dane było wam GO spotkać? A jak myślicie, co ma do powiedzenia osoba, która spędza prawie pięćdziesiąt lat w unieruchomieniu, a przy tym cholernie inteligentna, która nie może niczego zrobić sama i do tego zaprotestować, wykrzyczeć frustracji, bo mówić samodzielnie też nie może.
Wstrząsająca lektura!





sobota, 25 października 2014

Buszujący w zbożu, J.D. Salinger


Buszujący w zbożu, J. D. Salinger
przekład Maria Skibniewska
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1961

Postanowiłam, że będę dokładniej sprawdzać książki przed zakupem, zwracać większą uwagę na ich poziom, szczególnie wobec ogromu chłamu, który się wydaje. Szkoda czasu na czytanie jak leci. Wracam do kanonu literatury, uzupełniam to co mi umknęło i ponownie czytam przeczytane zbyt dawno, by pamiętać. 
Mam zamiar częściej robić zakupy w antykwariatach. Kilka ostatnich zakupów utwierdza mnie w tym postanowieniu. Kupiłam jak nowe, kapitalnie wydane i za grosze, prawdziwe perełki. 
Co ciekawe, przyjaciółka doszła do identycznych wniosków, niezależnie ode mnie. 
Na początek BUSZUJĄCY W ZBOŻU.

BUSZUJĄCEGO W ZBOŻU czytałam tak dawno, że pamiętałam bardziej wrażenia niż treść, a postanowiłam przeczytać ponownie, bo chciałam skonfrontować moją opinię z innymi. Powieść oceniana jest skrajnie, od arcydzieła, po przereklamowane nudziarstwo. Moim zdaniem nie zasługuje na żadną z tych opinii.
Przede wszystkim nie śpieszyłabym się z przypisaniem miana arcydzieła. Powieść musiałaby posiadać bardziej uniwersalne, ponadczasowe przesłanie. Jednak tego dzieła nie sposób oceniać bez kontekstu historycznego. Zachowanie głównego bohatera mogło szokować na początku lat pięćdziesiątych. Tak samo jak otwarte mówienie o hipokryzji dorosłych, o kabotyństwie szkoły, kolegów i krewnych. To mogło robić wrażenie sześćdziesiąt lat temu, gdy książka została pierwszy raz wydana.
Nowatorskie jak na owe czasy BYŁO upodmiotowienie nastoletniego bohatera, spostrzeżenie jego seksualności, oraz szczera do bólu ocena tak zwanego świata dorosłych. Nie ma bowiem nic odkrywczego w tym, że nastolatek się buntuje. Bunt jest tak nierozerwalnie związany z tym wiekiem, jak choroby wieku dziecięcego. 
Nie ma nic szokującego, szczególnie współcześnie, w tym, że nastolatek opuszcza szkołę, że przez kilka dni BUSZUJE w Nowym Jorku, sprowadza do pokoju hotelowego prostytutkę, pije alkohol i włóczy się po nocnych klubach. Podkreślam, OBECNIE nie robi to wrażenia na czytelniku. I tym bardziej rówieśniku głównego bohatera.
Trudno, by współczesny czytelnik docenił skandalizującą treść powieści nie znając realiów tamtego okresu. 
Jeśli jednak uwzględnimy kontekst historyczny, zobaczymy zręcznie napisaną powieść, z dużą dozą poczucia humoru, ze sporą porcją wiedzy na temat mody, muzyki, światopoglądu, relacji międzyludzkich opisanego okresu. Zatem powieść posiada pewne walory poznawcze. To może być atutem, pod warunkiem, że tego się oczekuje. Przeciętny czytelnik otrzymać może napisaną dość archaicznym językiem historię jakich wiele, ani zbyt porywającą ani zbyt odkrywczą.    
A sam bohater może irytować postawą na NIE z założenia, choć u mnie budził raczej sympatię. Za wspomniane poczucie humoru, za inteligentne spostrzeżenia, totalne rozchwianie emocjonalne przypisanej wiekowi burzy hormonów, ciepły stosunek do rodzeństwa i parę innych cech, za urocze tłumaczenie, że nie może pociągać go dziewczyna, do której nic nie czuje.
Reasumując, nie żałuję, że ją ponownie przeczytałam. Abstrahując od wszystkich za i przeciw, książka należy do kanonu literatury i to może być wystarczającym powodem, dla którego warto ją przeczytać, również po raz kolejny.

sobota, 11 października 2014

Po zmierzchu, Haruki Murakami



Po zmierzchu, Haruki Murakami
przekład Anna Zielińska-Elliott
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, 2007

Jedna noc w Tokio, kilkoro zupełnie przypadkowych osób, mniejsze i większe dramaty. Kilka nieźle zapowiadających się wątków. Piękna dwudziestolatka w śpiączce, ukrywająca się kobieta, uciekająca nie wiadomo przed czym, pobita przez klienta chińska prostytutka i sam jej klient, oraz para błąkających się nieco bez sensu młodych ludzi, między którymi jak muśnięciem pędzla zostaje zaznaczony "prawie początek" romansu. No tak,  jest jeszcze dawna zapaśniczka, obecnie kierująca hotelem z pokojami wynajmowanymi na godziny. 
Zbyt wiele wątków, ledwie zarysowane postaci, wymuszone dialogi. Nie sądziłam, że kiedykolwiek napiszę to o powieści Murakamiego. Jakiś recenzent napisał, że Murakamiego lubi czytać nawet jak pisze o niczym. Mogłabym powiedzieć to samo. Wolałabym, żeby było o niczym. Dobrze o niczym, niż byle jak o zbyt dużo. W połowie książki zastanawiałam się, jakie to zobowiązania autor musiał sfinansować z dochodów z naprędce skleconego dzieła. 
Murakami jest mistrzem narracji, czytelnik może poczuć zapach parzonej kawy, dotyk kociego futerka, odczuwać, a nie tylko być świadkiem. Ale tu jakoś wszystko zostało spłycone, zabrakło mi emocjonalności charakterystycznej dla Murakamiego. 
Podobał mi się tylko jeden wątek, coś na co nie zwrócił uwagi nikt z recenzujących. Epizod z lustrami, w których odbicie nie jest tylko odbiciem, lecz żyje własnym życiem. 
Reasumując, liczyłam na dzieło sztuki, a dostałam wytwór dobrego rzemiosła. 
Mimo to polecam, choćby po to, by stwierdzić, że "potknięcie" MISTRZA, oznacza zupełnie co innego niż potknięcie przeciętniaka.
 
    

poniedziałek, 6 października 2014

Tańcz, tańcz, tańcz, Haruki Murakami



Tańcz, tańcz, tańcz, Haruki Murakami
przekład Anna Zielińska-Elliott
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, 2013

Cztery lata po PRZYGODZIE Z OWCĄ, gdy Boku odzyskał równowagę po dramatycznych wydarzeniach, zaczął miewać dziwne sny. Dziewczyna, z którą rozstał się w Dwunastu Wodospadach śniła mu się, prosząc o pomoc. Miała być uwięziona w koszmarnym hotelu POD DELFINEM, w Sapporo, w tym, w którym zatrzymali się szukając owcy z gwiazdą na plecach...
Choć po starym hotelu nie został nawet ślad, w nowym, stojącym na jego miejscu dzieją się dziwne rzeczy. Czasem wysiadając z windy, można się znaleźć na zaciemnionym piętrze, gdzie powietrze pachnie pleśnią i mieszka dziwna istota. Raz trafia się tam jadąc w górę, a raz w dół. To inny wymiar i nie trafia się tu przez przypadek. Od wizyty w tym miejscu wszystko się zmienia...  

Jest to czwarta część i ewidentna kontynuacja, nie powieść, która TYLKO nawiązuje do poprzednich trzech części.
Tu hotel jest jak alegoria życia, ludzie pojawiają się, istnieją przez jakiś czas i znikają. Z jednymi nawiązuje się więzi, z innymi nie.
Są POKOJE, w których czas się zatrzymał lub istnieją niezależnie od czasu. Ale czy nie tak widzimy nasze życie z perspektywy? Czy nie są to sceny, w których postaci mają zawsze tyle samo lat, nie zmieniają się, nie starzeją.
Czas u Murakamiego jest niezwykle ważny. O czasie się rozmawia, można go zatrzymywać i cofać. Można zobaczyć przyszłość i przeszłość. Tu się nie czeka, tu się "wytraca czas". "Czas przypomina gangrenę. Nikt nie wie co się stanie, następują nieoczekiwane zmiany". "...czas...ciągle płynie...Przybywa przeszłości i ubywa przyszłości." 
W tej historii nic nie dzieje się bez powodu. Jest jak z przysłowiową strzelbą wiszącą w pierwszym akcie na ścianie, musi wypalić w trzecim. U Murakamiego nic nie dziwi. Dorosły mężczyzna może przyjaźnić się z trzynastoletnią dziewczynką i być w związku z call girl. Można nie pracować przez rok, żyjąc z oszczędności. Ale pozostaje fascynacja muzyką, czytanie książek i picie zbyt dużej ilości alkoholu. 
Ta książka ma chyba najbardziej zwartą akcję ze wszystkich czterech części. Nie tylko otrzymujemy kolejny fragment życia BOHATERA, w kolejnym punkcie zwrotnym jego życia. Tu pojawia się niemal kryminalny wątek. Z naprawdę niezłą zagadką do wyjaśnienia.
Dla mnie jednak, powieści Murakamiego to przede wszystkim ogromna porcja wiedzy o nas samych. Studium natury ludzkiej. Zawsze opowiedziane mądrze i z ogromną wrażliwością. Bo "Wiesz, jeżeli naprawdę chce się coś zobaczyć, widać nawet w zupełnej ciemności"(str. 527). Jest tu i o potrzebie miłości i przyjaźni, o tym, że rodzic ma dziecku dać poczucie bezpieczeństwa i pomóc dorosnąć, nie starając się zastąpić przyjaciół. No i jest o tym, że  jeśli się kogoś kocha, to pozostaje nieustanny strach, że się go straci,  w taki czy inny sposób.
O tym co ważne, o poszukiwaniu celów, priorytetów, bliskości, odpowiedzialności za drugiego człowieka. 
Ja powiedziałabym, że lektura obowiązkowa, ale obawiam się, że przestałam być  obiektywna jakieś kilka powieści temu. Zastanawiam się tylko czy to miłość, czy uzależnienie. Ale czy to czasem nie to samo? :)


czwartek, 11 września 2014

Przygoda z owcą, Haruki Murakami

Przygoda z owcą, Haruki Murakami
przekład Anna Zielińska-Elliott
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA, 2008

Trzecia powieść Murakamiego i moim zdaniem wyraźnie lepsza od dwóch pierwszych.  Paradoksalnie, fabuła jest banalnie prosta, a przy tym tak irracjonalna, że mogłabym posłużyć się cytatem z autora chcąc podsumować utwór: "Choćbym nie wiem jak długo myślał, nie uda mi się wyciągnąć sensownych wniosków z bezsensownych sytuacji". Paradoksów znalazłabym więcej. Autor posługując się prostym językiem, relacją niemal wypraną z emocji, kreuje bardzo emocjonalną rzeczywistość. Po skończeniu książki, pierwszą myślą było, że jest to bardzo smutna opowieść. Trudno opowiadać treść książek Murakamiego. Zbyt wiele w nich niejednoznaczności, dziwnych postaci, spersonifikowanych zwierząt, alegorii.
I choć opowiadana historia jest tu ważna i ciekawa, choć czytałam ją z zainteresowaniem, nie mogąc doczekać się wyjaśnienia zagadki, nie sama historia zrobiła na mnie największe wrażenie. Jak zwykle autor stawia mnóstwo pytań bez odpowiedzi, pozostawia wyobraźni czytelnika dopowiedzenie zakończeń, wyciągnięcie wniosków. Może dlatego tyle jest interpretacji jego twórczości. Oto jedno z pytań: czy prokreacja ma sens, skoro kolejne pokolenia i zwiększająca się populacja niszczy tylko to co zastaje?
Atutem powieści są bez wątpienia opisy, które w jednym zdaniu zamykają istotę rzeczy. Choćby to: "Żyliśmy wszyscy z dnia na dzień, pijąc tanią whisky, uprawiając nudny seks, wiodąc nie prowadzące do niczego rozmowy...".
Albo opis związku: "...przychodziła raz w tygodniu...Jadła przygotowaną przeze mnie kolację, wypełniała popielniczkę niedopałkami i kochała się ze mną."
W pociągu jechali ludzie ..."Wszyscy spleceni grubymi więzami braku zainteresowania i zmęczenia".
A gdy weszli do pociągu licealiści dojeżdżający do szkoły, "Pociąg wypełnił się hałasem, wesołym gwarem, zapachem łupieżu, bezsensownymi rozmowami i nieznajdującym ujścia pożądaniem".
Przy tym, tak łatwo można przestać być małżeństwem, wystarczy wyciąć jedna osobę ze starych fotografii, a zobowiązania wobec przyjaciela ma się nawet, gdy nie widzi się go ponad dziesięć lat.  
Jak zwykle bohaterowie Murakamiego nie mają imion. Na imię trzeba sobie zasłużyć. Trzeba przestać być epizodem i stać się kimś ważnym, nawiązać więź emocjonalną. To prawidłowo zinterpretowałam pisząc o poprzednio przeczytanej książce. Kot jest KOTEM,  dziewczyna, tylko   "dziewczyną, która z każdym szła do łóżka". (patrz: strona 205). ONA będzie kiedyś miała imię, wówczas, gdy na jej wspomnienie bohater Murakamiego prawie zasłabnie (Norwegian Wood).
Wiem, że symbole będą różnie interpretowane, czasem niezauważone, niedocenione a czasem nadinterpretowane. Zastanawiałam się na przykład nad znaczeniem niezwykłych uszu dziewczyny, która piękniała, gdy je odsłaniała. Pomyślałam sobie, że może to, że tak niewielu je widziało symbolizuje POZNANIE. Tylko ci, którzy poznają mogą zobaczyć w czymś/kimś piękno. Ale może to jest właśnie nadinterpretacja? Może Murakami spadłby z krzesła czytając takie bzdury.
Może te niezwykłe uszy to żart autora?
A może nie trzeba zastanawiać się nad wszystkim i doszukiwać głębszych znaczeń, tylko zachwycić się HISTORIĄ? Czyli jak w życiu?




niedziela, 24 sierpnia 2014

Słuchaj pieśni wiatru/Flipper roku 1973, Haruki Murakami


Słuchaj pieśni wiatru. Flipper roku 1973, Haruki Murakami
przekład Anna Zielińska- Elliott
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, 2014

Postanowiłam, że wprowadzę jakiś porządek w czytaniu Murakamiego. A skoro zaczęłam go czytać tak późno, mam możliwość czytania w porządku chronologicznym, w kolejności w jakiej książki zostały napisane. Liczę na to, że pozwoli mi to lepiej zrozumieć postaci, które występują w kilku powieściach, same historie również.

Pierwsza z powieści Murakamiego, SŁUCHAJ PIEŚNI WIATRU, została napisana w 1979 roku i choć daleko jej do późniejszych dzieł, piętno autora jest tu już wyraźne. Nie ukrywam, chwilami zastanawiałam się o czym jest ta powieść. Byłam nawet trochę rozczarowana. Bohater głównie pił piwo, spotykał się z dziewczyną i gadał bez sensu. Na przykład ciągłe narzekanie Szczura, że jest nieszczęśliwy, bo pochodzi z zamożnej rodziny.
W pewnym momencie doszłam jednak do wniosku, że jest to powieść o WAŻNYM OKRESIE w życiu, o jednych z wakacji, w czasie których wydarzyło się coś, co zaważyło na dalszych losach. Czy nie jest tak, że we wspomnieniach życie składa się tylko z takich epizodów?
Później pomyślałam jeszcze, że takie pozornie nic nie znaczące epizody, potrafią nas do tego stopnia określić, że aż niejako zdefiniować.
Szczerze mówiąc, w tej powieści bardziej interesował mnie sam Murakami, niż opowiedziana przez niego historia. Szukałam w niej późniejszego AUTORA, tego jak ewoluował, postaci, do których wrócił, wątków, które rozwinął. I znalazłam to czego szukałam.

A jeśli chodzi o drugą powieść, FLIPPER ROKU 1973, to przede wszystkim jest lepsza od poprzedniej. Jest jakby kolejnym wycinkiem z życia, narratora i jego przyjaciela, Szczura.
Zastanawiałam się nad symboliką i nie mam pewności czy odczytałam ją prawidłowo. Ale czy to jest naprawdę istotne?
Myślę, że znaczenie ma na przykład to, że kobiety tu nie mają imion. Ani bliźniaczki mieszkające z narratorem, ani kobieta Szczura. I doszłam do wniosku, że powodem jest to, że NIE SĄ WAŻNE. Nie tylko z punktu widzenia opowiadanej historii, ale bardziej dlatego, że są tylko epizodami w życiu obu bohaterów powieści. Czyż nie nadajemy imion temu co ważne? Reszta jest tłem, tłumem, numerem, "kimś w szarym swetrze". A opisany odcinek czasu jest tematem, bo jest kolejnym przełomem w życiu i bezimiennego narratora, i jego przyjaciela. Jeden postanawia wyjechać, a drugi ZACZĄŁ SŁYSZEĆ. Przecież nigdy nie wiemy co spowoduje, że w pewnym momencie zaczynamy SŁYSZEĆ rzeczy odległe o kilometry, albo WIDZIEĆ to co było dotąd niewidoczne. I moim zdaniem, jest to wystarczający powód, aby ten okres udokumentować.

A tak na marginesie, jak zwykle bohaterowie Murakaniego za dużą palą, wypijają hektolitry alkoholu, słuchają muzyki, szukają sensu życia. Ale jeszcze nie uprawiają seksu. Narrator nawet z dwiema dziewczynami w łóżku, czyta i rozwiązuje krzyżówki. Później to się bardzo zmieni. Czy to przejaw komercjalizacji?

Tę książkę warto przeczytać, choćby po to, by odnaleźć swoje własne powody do jej przeczytania. Haruki Murakami wszystkim co pisze, zmusza do refleksji.

piątek, 15 sierpnia 2014

Hotel Babylon, Imogen Edwards-Jones & Autor Anonimowy



Hotel Babylon, Imogen Edwards- Jones & Autor Anonimowy
przekład Zuzanna Szwed
Wydawnictwo Pascal, 2011

Imogen Edwards-Jones wspólnie z ANONIMEM opisała dobę w jednym z najdroższych hoteli w Londynie, z punktu widzenia pracowników tego hotelu. Dlaczego współautor pozostaje anonimowy,  staje się oczywiste po lekturze zaledwie kilku stron książki. A relacja, godzina po godzinie, jest wstrząsająca. I niestety wszystko oparte jest na autentycznych wydarzeniach. 
Nie chce się wierzyć, co ludzie mogą w hotelu wyprawiać i w jakim stanie pozostawić pokój. Alkohol i narkotyki to codzienność, sprowadzanie prostytutek na życzenie klienta również, spełnianie najgłupszych żądań, aby tylko zasłużyć na napiwek. Hipokryzja nie mająca sobie równych. Nadskakiwanie klientom "w oczy", by nie zostawić na nich suchej nitki za plecami. 
Do tego możemy się dowiedzieć ile naprawdę kosztują luksusowe trunki i jedzenie. Co się otrzymuje w cenie butelki alkoholu równej miesięcznej pensji zwykłego śmiertelnika. Jak naprawdę wygląda higiena takich miejsc, co myślą pracownicy hotelu o ludziach rozdających na lewo i prawo kilkudziesięciofuntowe napiwki...
Dowiadujemy się kto pracuje w takim miejscu i ile zarabia. Jak ma się cena butelki szampana do pensji pokojówki czy pracownika kuchni. Kim są pracownicy, których nikt nie widzi, bo nigdy nie wychodzą z zaplecza hotelu. 
Nie wiem, czy chciałabym to wszystko wiedzieć, gdybym świadomie mogła jeszcze raz podjąć decyzję o przeczytaniu tej książki. Zastanawiam się też kto i po co tworzy tę iluzję. Komu to ma służyć? 
Hotel (przez wystrój na przykład) i pracownicy stwarzają pozory miejsca luksusowego i z klasą. Goście hotelowi udają, że posiadanie pieniędzy lokuje ich w wyższej kategorii. A wszystko zamyka się w stwierdzeniu DUŻO KASY, MAŁO KLASY. 
Myślę, że warto tę książkę przeczytać, z kilku powodów. Na przykład po to, by wiedzieć ile wart jest firmowy uśmiech na twarzy recepcjonisty, gdy meldujemy się w hotelu i za co w nim tak naprawdę płacimy.
Nie mogę uwierzyć, że ta książka przeleżała u mnie na kupce około roku czekając na swoją kolej.
Naprawdę polecam.
  

sobota, 9 sierpnia 2014

Szmaragdowa tablica, Carla Montero




Szmaragdowa tablica, Carla Montero
Przekład Wojciech Charchalis
Dom Wydawniczy Rebis, 2014 (dodruk)

Ta książka jest przede wszystkim bardzo nierówna. I jest w niej mnóstwo motywów, które zostały wielokrotnie wykorzystane: dwuwątkowa historia, założenie istnienia przedmiotu, od którego zależą losy świata, głównymi bohaterami jest para historyków sztuki (będzie romans?), istnieje tajna organizacja zagrażająca porządkowi świata, no i gdzieś jest ponoć obraz, który stanowi klucz do tajemniczego przedmiotu. Zapomniałabym... jest para gejów w roli bohaterów drugoplanowych. Fakt konieczny, dzięki któremu potencjalna ekranizacja będzie poprawna politycznie. Wystarczy tylko w kilku epizodach zatrudnić czarnoskórych aktorów.
Mimo to, są miejsca dość dobrze napisane, na przykład część dotycząca II wojny światowej, która nawet "trzyma się" realiów historycznych. Natomiast w wątku współczesnym, w kilku miejscach są naprawdę zabawne komentarze.
Jednak... gdy na stronie 154., dorosła kobieta zaczyna rozważania na temat celowości przyłączenia się do ruchu oporu, ręce opadają. Miałam skojarzenie z serią o Panu Samochodziku Zbigniewa Nienackiego. Tylko to co jest normą w literaturze dla dzieci, może być irytujące w literaturze adresowanej do dorosłych. A poziom narracji w kilku miejscach jest wręcz żenujący. 
Irytowały mnie niemal wszystkie dialogi przypisane homoseksualnemu przyjacielowi. Po pierwsze, każda wypowiedź musiała podkreślać orientację seksualną i kilkakrotnie pada z jego ust stwierdzenie, że skoro jest homoseksualny to nie jest mężczyzną. Pierwszy raz słyszę, żeby homoseksualny facet uważał, że nie jest mężczyzną, bo lubi facetów.
Przewidywalność akcji i zachowań bohaterów, to kolejna wada. 
Pomyślałam sobie, że mnie może nie przeszkadza sama konwencja tej historii, bo nie zaczytuję się w literaturze typu KOD DA VINCI i nie zdążyłam się nią znudzić. Mimo to co napisałam wyżej, uważam, że otrzymujemy tu dość dobre rzemiosło. Wątki sprawnie się przeplatają, historia nie jest za bardzo przekombinowana, wątek romansowy wcale nie taki oczywisty. W sumie jest nieco prawdy o tragedii HOLOCAUSTU i o skali grabieży dzieł sztuki w czasie II wojny światowej. Dałabym małego plusa za spostrzeżenie, że nie wszyscy Niemcy byli faszystami, że nawet w tak strasznych czasach Niemcy bywali LUDŹMI. 
Ponad sześćset stron, które się płynnie czyta. Jednym słowem, lekka wakacyjna lektura. Jeśli się tego typu rzeczy nie przedawkuje, można przeżyć.

PS: To druga książka autorki, którą przeczytałam i moim zdaniem zdecydowanie lepsza od pierwszej, co by nie rzec.

niedziela, 27 lipca 2014

Tajemnica Filomeny, Martin Sixsmith


Tajemnica Filomeny, Martin Sixsmith
przekład Magdalena Rychlik
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Wstęp zapowiada dziennikarskie śledztwo, które pozwoliło wyjaśnić tajemnicę sprzed pięćdziesięciu lat. Autorowi trafił się niezwykle interesujący, bulwersujący temat. Na tej podstawie mogła powstać rewelacyjna książka. Powstał infantylny gniot, ckliwy i sentymentalny. Cała merytoryczna zawartość jest na okładce książki a treść to beletryzowana, czyli wymyślona wizja tego, jak prawdopodobnie wyglądało życie adoptowanej dwójki dzieci. Po co więc tracić czas na książkę?
Ale po kolei... W ubiegłym wieku, kościół katolicki w Irlandii, poprzez atmosferę tworzoną wokół dzieci przychodzących na świat z pozamałżeńskich związków, skazywał na ostracyzm społeczny tysiące młodych kobiet i ich rodziny. Kobiety, często bardzo młode dziewczęta, przez kilka lat były przetrzymywane w klasztorach, gdzie rodziły nieślubne dzieci. Zmuszano je do ciężkiej, niewolniczej  pracy na rzecz klasztoru. Niewolniczej, bo nie otrzymywały żadnego wynagrodzenia. Pracowały za dach nad głową i skromne wyżywienie. Wyrabiały różańce, opierały ręcznie szpitale, pracowały w kuchni i ogrodach.  Na koniec, wymuszano zrzeczenie się praw rodzicielskich a dzieci przeznaczano do adopcji, z których Kościół czerpał ogromne korzyści materialne. Sprawa dotyczy tysięcy dzieci. Tu opisana jest historia tylko dwójki z nich. Największe korzyści Kościół czerpał z adopcji zagranicznych i mnóstwo dzieci opuściło Irlandię.
Jak wspomniałam wyżej, zamiast spodziewanych faktów, czytelnik otrzymuje łzawą historię, skrajnie grającą na emocjach: chłopczyk przyciskał do piersi samolocik, jedyną pamiątkę po matce, rzewne, rzekome rozmowy między trzylatkiem i dwu i półroczną dziewczynką, w której on jej tłumaczy, że matki ich nie chciały, dlatego oddały obcym ludziom, opisy jak tenże trzylatek opiekuje się pół roku młodszą przybraną siostrą... Ma chwytać za serce, łzy mają się lać strumieniami. 
Poziom książki też jest żenujący. Momentami można odnieść wrażenie, że albo autor zlecił napisanie egzaltowanej dziesięciolatce, albo do tej grupy wiekowej ją adresował. 
Dzieci zostały adoptowane przez rodzinę amerykańskiego lekarza. Żona o mężu i do męża zwraca się DOKTORZE lub DOKTORKU. Gdy dzieci między sobą porozumiewają się po irlandzku, rodzina komentuje to jako "niezrozumiały dialekt". Gdy na początku dzieci były wystraszone i miały trudności w zaakceptowaniu nowej sytuacji, lekarz, adopcyjny ojciec doszukuje się choroby psychicznej, co ma być podstawą do zwrotu dzieci. Seks to słowo na "s". Gdy nastoletni Michael przyjeżdża do Waszyngtonu, by podjąć pracę jako goniec senatora, postanawia "zwrócić mu (senatorowi) uwagę, że nie tędy droga" (strona 200.). To takie naturalne przecież, że goniec instruuje senatora, że jego poglądy są niestosowne. 
Można było przy okazji tego tematu coś załatwić. Nie śmiem oczekiwać, że Kościół zadośćuczyniłby krzywdom, ale gdyby padło jakieś słowo PRZEPRASZAM. Skądże! Do końca, nawet po pięćdziesięciu latach, gdy umierający człowiek, prosi o wyjawienie prawdy i pomoc w odnalezieniu matki, spotyka się z odmową. Bo Kościół jako instytucja jest niereformowalny. Czas niczego nie zmienił, ludzie niczego się nie nauczyli. Nikt nie poczuwa się do winy. Do tego jedna z pierwszych scen książki, w której zakonnica czerpie perwersyjną przyjemność każąc sobie opowiadać, w jakich okolicznościach i z kim dziewczęta zaszły w ciążę. Albo scena pobicia przez zakonnicę...
Informacja, że Filomena, dziewczyna, której zabrano synka, mimo to pozostała osobą religijną, jest w tym miejscu wręcz niestosowna. Bo o czym świadczy? O indoktrynacji? 
Podsumowując, ta historia niczego nie wnosi. Nikomu nie służy, niczego nie wyjaśnia. Jest może jedynie dowodem na to, że zmienia się sytuacja, czasy, nawet gdy pewnych rzeczy już się nie praktykuje, to ocena tych zjawisk, zaszłości, przez Kościół, pozostaje niezmienna. Bo gdy osoba tak pokrzywdzona, jak sprzedane do adopcji dziecko, pięćdziesiąt lat później prosi o zgodę na pogrzebanie na terenie klasztoru, to musi dojść do przekupstwa, aby było to możliwe. 
I, żeby nie pozostawić jakichkolwiek wątpliwości...w komentarzu do książki, nie odnoszę się do RELIGII, bo religia to światopogląd, krytyczne uwagi dotyczą KOŚCIOŁA jako instytucji. A obawiam się, większość ludzi ma problem z postrzeganiem tych pojęć ROZDZIELNIE. 
I muszę dodać dwie rzeczy...nie rozumiem co tak zachwyciło w tej książce tych, którzy napisali entuzjastyczne recenzje, czy nikt nie widzi, manipulowania emocjami, na które zwracam wyżej uwagę? Czy nikt nie widzi, jak strasznie zmarnowano temat, robiąc z tego egzaltowaną historię? 
Za to z całą pewnością wyciśnięto z tej historii ile się dało. Ekranizacja jest tego dowodem.
A ja radzę omijać, szkoda czasu.

 

środa, 23 lipca 2014

Przerwane milczenie, Charlotte Link



Przerwane milczenie, Charlotte Link
przekład Sława Lisiecka
Wydawnictwo Sonia Draga

Do tej historii jak nic, pasuje jedno z moich ulubionych powiedzonek: "strzeż nas Boże od przyjaciół, bo z wrogami sami damy sobie radę."
Uważam, że nie "odkryję Ameryki", stwierdzając, że nikt, tak jak ktoś bliski, nie potrafi nas zranić. Po pierwsze, tylko ktoś bliski zna nas wystarczająco dobrze, by wiedzieć jak uderzyć, by naprawdę zabolało. Po drugie odsłaniamy się, jesteśmy bezbronni w stosunku do bliskich, bo nie spodziewamy się "ataku". 
Ta historia jest dowodem na to co napisałam wyżej. Mamy trzy niemieckie pary małżeńskie, przyjeżdżające od lat, do idyllicznej posiadłości wiejskiej na angielskiej prowincji. Klasa średnia, w średnim wieku. Mężczyźni (adwokat, psychoterapeuta i naukowiec) przyjaźnią się od dzieciństwa. Są też żony, w tym jedna sporo młodsza, bo druga. Do tego trójka dzieci i jedno "w drodze".  Tylko tej "nowej" coś w tym wszystkim nie pasuje. W tej sielance jest za dużo traumy, depresji, frustracji i skrywanych, lepiej lub gorzej, niechęci. Coś tajemniczego się kiedyś wydarzyło, jakieś dziwne związki "spinają" całe to towarzystwo. Napięcie jest fizycznie wyczuwalne, więc nic dziwnego, że musi nastąpić eksplozja. 
Książka zaczyna się zgodnie z hitchcockowską zasadą, mówiącą, że dobra historia zaczyna się od trzęsienia ziemi a później następuje stopniowy wzrost napięcia. Jedna z głównych postaci wraca ze spaceru i znajduje kilka osób brutalnie zamordowanych. Śledztwo prowadzi policja, co zrozumiałe i pozostali przy życiu, każdy na swój sposób próbując wyjaśnić tragedię.
Mamy naprawdę dobrze scharakteryzowane postaci, dynamiczną akcję, wielowątkową historię z tajemnicą z przeszłości. Niezłe studium ludzkiej natury, może nieco przerysowane momentami, ale adresowane w końcu do zróżnicowanego czytelnika. 
Wnioski, jak zwykle, każdy z czytających wyciągnie inne. Dla mnie oczywiste jest, że z dystansu często widać lepiej, że nawet będąc w doskonałym związku, dobrze jest zachować zdrowy rozsądek, że wcale nie jest tak, że brak werbalizacji nie powoduje, że problem nie istnieje, no i czasem trzeba się zaangażować, a nie udawać, że nie widzę, bo tak jest wygodnie. Bywa, że ceną jest życie.
A reasumując, Charlotte Link mnie nie rozczarowała. To druga Jej powieść, jaką przeczytałam i z przyjemnością ją rekomenduję. Choć zdaję sobie sprawę, że nie jest to dzieło, które zmieni losy świata, jest to dobra wakacyjna lektura, od której nie można się oderwać. Wakacje w końcu mają swoje prawa. Czyż nie? 

czwartek, 17 lipca 2014

Severina, Rodrigo Rey Rosa


Severina, Rodrigo Rey Rosa
przekład Barbara Jaroszuk
Wydawnictwo Wielka Litera

Zanim zabrałam się do napisania mojej opinii o tej książce, skonsultowałam ją z opiniami kilku osób (na przykład na Lubimy Czytać) i mam parę mało popularnych uwag. Po pierwsze zastanowiło mnie to, że ci którzy otrzymali egzemplarze od wydawnictw, mają znacznie pochlebniejsze opinie, niż ci, którzy za książkę zapłacili. Po drugie, jeśli jedyne co można pozytywnego powiedzieć o książce, to to, że ma ładną okładkę, to coś z dziełem jest nie tak. 

Kolejny raz mam wrażenie, że osoba, której opis zamieszczono na okładce, nie przeczytała książki. 
Nie ma w niej nic z zapowiedzi: ani wątku kryminalnego, ani opisu "rzeczywistości Gwatemali", ani szczególnie porywającego wątku "lirycznego". Tej historii wystarczyłoby na opowiadanie, więc skąd pomysł z książką? Faktycznie, jest zagadka. Nie wiadomo kim jest główna bohaterka, ani co ją łączy ze starszym mężczyzną, z którym podróżuje. Ale nie rozwiązano w tej książce kilku innych zagadek również. Na przykład co nas czeka po śmierci, czy istnieją inteligentne formy życia w naszej galaktyce, czy istnieje czarna materia ... Chcę przez to powiedzieć, że aspekt tożsamości bohaterki, nie ma najmniejszego znaczenia w tej historii. 
Tę taką sobie, żeby nie powiedzieć nijaką historyjkę, można by skwitować stwierdzeniem, że jak zwykle nie wiadomo, co powoduje, że osobnik A traci rozum dla osobnika B. Jak to w życiu. 
Ale jeśli coś jest oczywistą oczywistością, to po co sobie tym zawracać głowę?





wtorek, 15 lipca 2014

Refleksje po powrocie z wakacji


Poniedziałkowy poranek po powrocie z wakacji, przywitał mnie pustą lodówką, czyli głównie brakiem mleka do kawy. Zanim na dobre się obudziłam, trzeba było wyjść do sklepu. Liczyłam się z tym, bo przed wyjazdem usunęłam z lodówki wszystko co mogło wyjść o własnych siłach. W drodze do sklepu, określiłam okolicę jako "Boże, co za zadupie".
Gdy już przyniosłam do domu i mleko, i coś na śniadanie, a po kuchni rozniósł się aromat świeżo parzonej kawy, pomyślałam nawet, że życie bywa całkiem fajne. W tej chwili, pod moim oknem przystanął nieduży samochód osobowy, oklejony symbolami religijnymi i z łopoczącym na chorągiewce Jezusem. Usłyszałam, że niepotrzebnie wracałam z wakacji, bo koniec świata blisko, kamień na kamieniu nie zostanie, kataklizmów szereg nastąpi i trzeba się nawrócić. Mogłam się nawrócić w jakimś fajniejszym miejscu, pomyślałam. I fajniej spędzić ostatnie dni życia, dodałam natychmiast w myślach.
Po mojej ulicy jeździ jeszcze jeden rodzaj samochodów do zadań specjalnych. Z ich głośników trwa permanentne namawianie do zaciągania kredytów. Jak się głębiej zastanowić, to ich treść nie jest w sprzeczności z tym pierwszym. Przy odrobinie szczęścia, nie trzeba będzie ich spłacać, a przynajmniej byłoby za co nieźle na koniec zabalować (sorry, teraz się nie baluje tylko MELANŻUJE).
Nigdy się TUTAJ, czyli na na blogu nie chwaliłam, ale mieszkam w największej wsi w tym kraju. Ostatnio nawet znalazła się ona w czołówce dwóch rankingów: na najsmutniejsze do zamieszkania miejsce i takie, które opuszcza największa liczba mieszkańców. Mamy za to dwie linie tramwajowe i dużo z Monachomachii!! (Cytat na poparcie, przecież nie mogę zakładać, że wszyscy przeczytali MONACHOMACHIĘ, teraz czyta się streszczenia streszczeń, prawda?).

Ignacy Krasicki, Monachomachia czyli wojna mnichów, Pieśń I (fragment)
"...W mieście, którego nazwiska nie powiem,
Nic to albowiem do rzeczy nie przyda;
W mieście, ponieważ zbiór pustek tak zowiem,
W godnym siedlisku i chłopa, i Żyda,
W mieście - gród, ziemstwo trzymało albowiem
Stare zamczysko, pustoty ohyda -
Było trzy karczmy, bram cztery ułomki,
Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki.

W tej zawołanej ziemiańskiej stolicy
Wielebne głupstwo od wieków siedziało;
Pod starożytnej schronieniem świątnicy
Prawych czcicielów swoich utuczało.
Zbiegał się wierny lud; a w okolicy
Wszystko odgłosem uwielbienia brzmiało.
Święta prostoto! ach, któż cię wychwali!
Wiekuj szczęśliwie!... Ale mówmy daléj..."

Moja "wieś" to w ogóle dziwne miejsce i pełne paradoksów. Jest tu kilka uczelni, ale nikt nie chce na nich studiować, geograficznie nigdy nie należała do Śląska, ale administracyjnie do Śląska należy, od kiedy zamieniono blaszane baraki na nowoczesny dworzec kolejowy, nigdzie stąd nie można dojechać. Należy do miejsc o największym ruchu turystycznym, ale nie buduje się tu hoteli, brak jakichkolwiek powodów do pozostania tu na choćby jeden dzień dłużej, więc przyjeżdżający po dotarciu robią w tył zwrot i już ich nie ma. Pieniędzy z tej specyficznej turystyki też nie ma, albo inaczej, nie ma ich MOJA WIEŚ.
Pod NAJWIĘKSZĄ ATRAKCJĄ TURYSTYCZNĄ (liczącą sobie ponad sześćset lat) i będącą w świetnej kondycji, stoją współczesne ruiny niedokończonego hotelu, który atrakcją nie jest. Budowy nie dokończono, bo zbyt bliskie sąsiedztwo ATRAKCJI NR 1, nie pozwala na prowadzenie działalności restauracyjnej, a kto widział hotel bez szeregu restauracji, barów i tp?
I jeszcze jedna ciekawostka...w sobotnie popołudnie, LOKALNY BROADWAY sprawia wrażenie wymarłego. Sklepy pozamykane, w knajpach tylko chłopcy kelnerek i dziewczyny barmanów (lub odwrotnie). Na ulicach nie ma nawet bezdomnych psów. Jak po jakimś kataklizmie.
Połowa sklepów, w do niedawna najlepszych punktach handlowych jest do wynajęcia.
Mimo pięknej pogody, spacer główną ulicą, jest przygnębiający, wręcz depresyjny. Nawet nie chcę się zastanawiać, gdzie podziało się sto kilkadziesiąt tysięcy ludzi.
Wszyscy znajomi, gdy gdzieś wyjeżdżają, zawsze są zafascynowani, że tam gdzieś są ludzie!!
I jeszcze jeden paradoks...znam w tym miejscu mnóstwo interesujących, kapitalnych ludzi. Dlaczego nie potrafią stworzyć fajnej całości, pojąć nie mogę. Odnoszę wręcz wrażenie, że kolejny cytat, tym razem z Cypriana Kamila Norwida, że "Polacy są wspaniałym narodem i bezwartościowym społeczeństwem", jak mało który opisuje TO miejsce. Wybaczcie, ci, którzy rozpoznali w tym opisie NASZĄ WIEŚ  i poczuli się urażeni. Nie to było moim celem. Zastanowiło mnie tylko, że ponad dwadzieścia lat, które tu przeżyłam, nie pozwala mi identyfikować się z tym miejscem.

piątek, 11 lipca 2014

Kafka nad morzem, Haruki Murakami


Kafka nad morzem, Haruki Murakami
przekład Anna Zielińska-Elliott
Wydawca MUZA SA
czyta : Maksymilian Rogacki

Kafka nad morzem, to chyba najbardziej surrealistyczna powieść Murakamiego z tych, które przeczytałam. W tym świecie nic nie dziwi. Ani to, że można rozmawiać z kotami, ani że istnieją drzwi do innego świata (wystarczy tylko podnieść kamień, a takich kamieni na świecie jest dużo). Jest to świat, w którym zatarto granicę między jawą i snem, między tym co zdarzyło się naprawdę, a tym co tylko się przyśniło. Tę samą osobę można spotykać jednocześnie jako piętnastoletnią dziewczynę i pięćdziesięcioletnią kobietę. Nie ma wyraźnej różnicy między byciem kobietą a mężczyzną, można mieć pół cienia (lub niewyraźny cień, co w sumie oznacza to samo). Czas jest tylko kolejnym wymiarem, w którym można się dość swobodnie poruszać. Śmierć jest inną formą bytu. Matka lub siostra może być kochanką, a że nic tu nie jest oczywiste, nie musi być postrzegane w kategorii kazirodztwa. Właściwie nie wiadomo czy bardziej realny jest tak zwany świat rzeczywisty czy ten ze snu. Widzimy często to, co chcemy zobaczyć lub to, co ktoś chce żebyśmy zobaczyli. Są byty, które ze względu na abstrakcyjny charakter mogą materializować się w dowolnej formie, zależnej od adresata. Stąd pojawienie się postaci z popkultury: Johny Walkera czy pułkownika Sandersa (tego od KFC).
Charakterystyczne, powtarzające się w twórczości Murakamiego jest poczucie wyobcowania jego bohaterów oraz ich potrzeba miłości.
Występuje tu wyjątkowo dużo (nawet jak na Murakamiego) pojęć o charakterze alegorii. Biblioteka będąca synonimem pamięci, podróż będąca synonimem życia (to tylko przykłady).
Dla mnie jednym z najważniejszych przekazów, bo zgodnym z moimi przemyśleniami, jest stwierdzenie, że ŻYJEMY, ŻEBY PAMIĘTAĆ. Ale czyż nie to jest istotą życia? Istnieje w nas szereg równoległych światów z ich "bohaterami", tak długo jak o nich pamiętamy. A literatura jest między innymi po to, by tę pamięć podtrzymywać.

Dawno, dawno temu, gdy uroczym snobizmem było zaczytywanie się w prozie iberoamerykańskiej, miewałam po przeczytaniu książki przedziwne poczucie ni to żalu, ni to smutku, że nie wszyscy TO przeczytają, bo przecież to taka strata.
Po latach to uczucie wróciło. Szkoda, że nie wszyscy przeczytają książki Murakamiego, to tyle emocji, przemyśleń, wrażeń...Tylko naprawdę trzeba się wczytać, wgryźć... Umknie nam mnóstwo rzeczy jeśli pozbawimy się refleksji.

Lektura obowiązkowa, naprawdę.
     




piątek, 4 lipca 2014

Sputnik Sweetheart, Haruki Murakami




Sputnik Sweetheart, Haruki Murakami
przekład Aldona Możdżyńska
MUZA SA, 2014
czyta: Piotr Grabowski

Moja fascynacja Murakamim przeszła w fazę uzależnienia (żart), a na tym etapie znaleźć księgarnię, gdzie przecenione po 10 zł sprzedaje się jego książki i audiobooki (fakt), to jednak niesamowity zbieg okoliczności, a ja miałam to szczęście.
Sputnik Sweetheart to czwarta powieść Murakamiego jaką przeczytałam. To już taki etap, że mogę doszukiwać się analogii, powtórzeń lub próbować stworzyć jakiś ranking. Oczywiście, pozostaje pytanie po co. Z jednej strony znajduję w Jego powieściach sporo podobieństw, a z drugiej strony są zupełnie inne. Inna jest przede wszystkim historia. Podobieństwa dotyczą szczegółów, na przykład gustów muzycznych bohaterów lub pewnych cech osobowościowych. 
Sputnik Sweetheart ma inny klimat (konwencja oniryczna). Jest bardziej tajemniczy, ma wolniejszą narrację. Murakami jest świetnym obserwatorem. Tu, jak w życiu, mijają się uczucia postaci, narrator kocha Sumire, Sumire Miu, a Miu ...nikogo z nich. 
Jest wątek poszukiwania własnej tożsamości (pisarstwo Sumire), nieodwzajemnionej miłości (patrz wyżej) i totalnej samotności wszystkich. Właśnie zaczęłam się zastanawiać, czy spotkałam w książkach Murakamiego szczęśliwych ludzi i jakoś nie mogę się doszukać. A jednocześnie nie mogłabym z przekonaniem powiedzieć, że są przygnębiające, depresyjne czy choćby pesymistyczne. Wbrew totalnej nadwrażliwości stereotypu BOHATERA Murakamiego, radzi on sobie w życiu i jak kot zawsze spada na cztery łapy. Czyli w ogólnym rozrachunku jest beznadziejnie, ale nie aż tak, żeby się z tego nie wygrzebać. Upraszczam, wiem. No i miałam nie generalizować, a jednak to robię. 
Tu, jak we wcześniej przeczytanych powieściach, też jest tajemnica. Tym razem dotyczy zaginięcia w niewyjaśnionych okolicznościach jednej z bohaterek. Są owiane tajemnicą okoliczności całkowitego osiwienia Miu w ciągu jednej nocy. No i kwestia zakończenia, którego nie mogę zdradzić. Co jest faktem, a co fikcją? Nie byłby to Murakami, gdybyśmy dostali w tej historii jednoznaczne odpowiedzi na wszystkie pytania. A czy nie tak jest w życiu? Co tak naprawdę wiemy na pewno poza tym, że każda historia ma swój początek, rozwinięcie i koniec?


PS: bywanie HOUSEWIFE, gdy w tle prozaicznych obowiązków domowych profesjonalista czyta książkę, może nie stanowić dyskomfortu. (Pozdrawiam wszystkie housewife).

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Zbyt wìele szczęścia, Alice Munro


Zbyt wiele szczęścia, Alice Munro
przekład Agnieszka Kuc
Wydawnictwo Literackie, 2013

To moje drugie "spotkanie" z Alice Munro. Chciałam się przekonać, czy moja opinia będzie taka sama jak po pierwszej książce. Nie wiem tylko na ile jestem obiektywna. Szczerze. W końcu wiem, że nagroda Nobla, że nie sięgnęłabym, gdyby nie chęć zweryfikowania opinii, bo jak większość recenzujących przyznam, że nie przepadam za krótkimi formami literackimi. 
Jest jednak w tych opowiadaniach coś niesamowitego, coś co niekiedy zapiera dech. Czasem tajemnica odkryta niemal w ostatnim zdaniu opowiadania, czasem metamorfoza irytującej bohaterki, po której miałam ochotę westchnąć: "no, wreszcie". Zdarzyło mi się pomyśleć, jak cudownie nudne jest moje życie. Nie mogłam się opędzić od natarczywie powracającego cytatu z Woody Allena: "jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach na przyszłość". 
Przyszła też refleksja, że niczyje życie nie jest tak nudne, żeby nie mogło stanowić tematu opowiadania, ani tak ciekawe, żeby je opowiedzieć dzień po dniu. Bo te opowiadania są jak obrazy. A obraz pokazuje raz większą, a raz mniejszą perspektywę. Jednak zawsze stara się uchwyć ISTOTĘ rzeczy. 
I przyznam na koniec, że bardziej poruszyła mnie historia jakiejś tam Doree, Sally czy Nity, niż postaci historycznej, bohaterki ostatniego opowiadania. 
Dlatego przeczytam kolejne zbiory opowiadań Autorki. 


poniedziałek, 23 czerwca 2014

Norwegian Wood, Haruki Murakami



Norwegian Wood, Haruki Murakami
przekład Dorota Marczewska i Anna Zielińska-Elliott
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, 2006
audiobook czyta Marek Walczak

Nigdy nie wiadomo co otworzy furtkę do wspomnień w naszej głowie. Czyjś zapach perfum, utwór muzyczny, przypadkowo usłyszane słowo...
Gdy samolot zbliżał się do lądowania, a z głośników samolotu słychać było Norwegian Wood The Beatles, Watanabe zostaje aż przytłoczony lawiną wspomnień. A my stajemy się świadkami emocjonującej historii. Świadkami kilku lat z życia, które wywarły silny wpływ na osobowość głównego bohatera. Choć może powinnam użyć sformułowania piętno, bo wpływ nie oddaje w pełni znaczenia tych wydarzeń. 
Nie dość, że Watanabe sam nie może otrząsnąć się z traumy po samobójczej śmierci przyjaciela, pogodzić się ze stratą, z faktem, że nie mógł tego przewidzieć, zapobiec, musi (?) pomóc komuś o słabszej konstrukcji psychicznej. Dziewczynie zmarłego przyjaciela. Pomóc, gdy sam cierpi nie mniej i nie otrzymuje pomocy. A gdy uwzględni się jego siedemnaście lat, to dochodzi się do wniosku, że trzeba mieć naprawdę silną psychikę, aby się z tym uporać.  
Murakami daje nam jeszcze jedną historię o trudnym dorastaniu. Czasem zbyt trudnym, aby je przetrwać. Lecz nie jest to taka zwyczajna historia. Osadzona w realiach końca lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, musi niejako nawiązać do protestów studentów, które przetoczyły się przez większość uniwersytetów. No i rewolucja seksualna, która ma swą genezę w tym okresie. Ale o tym później.
Jakby chcąc podkreślić szczególną wrażliwość Watanabe, autor przeciwstawia mu postać kontrastową, jego kolegę z uczelni, cynika, który jakby na przekór żyje bezrefleksyjnie i zakładając, że życie to "pudełko czekoladek", wybiera tylko te ulubione. 
Charakterystyczne u Murakamiego jest również traktowanie śmierci, która "nie jest końcem życia, lecz jego częścią". Szczególnie cenne, gdy "reszta świata" stosuje wyparcie, udając, że śmierć przestała istnieć, tak jak nie ma już procesu starzenia. 
No i temat seksu w prozie Murakamiego. Kilka razy gdzieś tam wspominałam, że nie lubię opisów seksu w literaturze, bo są albo śmieszne, albo żenujące. Choć podtrzymuję to co wcześniej powiedziałam, to myślę, że nie dotyczy to tego autora. Tu, mam wrażenie, seks jest czymś pierwotnym, czymś naturalnym. Przecież seksualność jest wpisana w nasz byt. Nie odnoszę wrażenia, żeby autor epatował seksualnością, czy "podbijał" zainteresowanie opisami o tej tematyce. Pojawiają się one, bo seks jest w sferze ludzkich zainteresowań, bo ludzi łączy, bo jest czymś naturalnym. Oczywiście, gdy to komuś nie odpowiada, może sięgnąć po Żywoty Świętych, tam tego nie ma. 
I jeszcze jedno... dlaczego ludzie muszą wszystko zaszufladkować? Kto pierwszy zakwalifikował tę powieść do kategorii ROMANS? Moim zdaniem, to niesprawiedliwe i bardzo spłyca wymowę tego utworu. Ale co ja tam wiem...
PS: Czytałam i słuchałam tej książki na zmianę, nie mogąc się oderwać. I choć nadal będę twierdzić, że preferuję książki w wersji papierowej (zapach farby drukarskiej, nowego papieru, szelest kartek...), to postanowiłam, że audiobooki muszą się znaleźć w moim zasięgu, bo gwarantują 100% wykorzystanie czasu na czytanie. Przecież musimy robić tyle rzeczy, które na czytanie nie pozwalają!!
Pozostaję zafascynowana wrażliwością autora, jego intelektem i cudowną lekkością pióra. Polecam wszystkim, którzy jakimś cudem jeszcze tego nie czytali.

wtorek, 17 czerwca 2014

Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa, Haruki Murakami


Bezbarwny TsukuruTazaki i lata jego pielgrzymstwa, Haruki Murakami
przekład Anna Zielińska-Elliott
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA

Uważam, że rzadko zdajemy sobie sprawę, jak ogromny wpływ na to kim jesteśmy wywierają ludzie, których spotykamy w życiu. Zarówno ci, których akceptujemy, bo w jakimś stopniu ich naśladujemy, jak i ci, których postrzegamy negatywnie, bo staramy się być inni niż oni. 
Często też uważamy, że pewne rzeczy dzieją się bez przyczyny. Ja w to nie wierzę. Uważam, że nasze życie jest ciągiem przyczynowo skutkowym. Bywa tylko, że nie zawsze znamy te PRZYCZYNY. Przecież łatwiej docierają do nas SKUTKI.
Tak jest w tej historii. Tsukuru, będący jedną z pięciu osób tworzących grupę nierozłącznych przyjaciół, w pewnym momencie zostaje przez nich odrzucony, co wpływa na jego relacje z ludźmi przez kolejnych kilkanaście lat. Jego zaburzone związki niemal rujnują mu życie.
Za namową przyjaciółki, odbywa podróż, aby wyjaśnić zagadkę z wczesnej młodości. Podróż w sensie dosłownym, jak i w głąb siebie. Odkrywa zaskakujące rzeczy...
Otrzymujemy w tej powieści odrobinę metafizyki, interesującą historię o "takim sobie, normalnym życiu" i zagadkę z przeszłości. 
Wszystko podane w niezwykle prostej formie, przyprawione odrobiną seksu i klimatem dalekiej Azji. Czyli Haruki Murakami w najlepszej formie. Wiem już coś o tym, to moja trzecia powieść tego autora.
Jego fanów nie muszę namawiać, lecz jeśli jeszcze ktoś się waha, to powiem: KONIECZNIE!
Naprawdę polecam.

środa, 11 czerwca 2014

Na południe od granicy, na zachód od słońca, Haruki Murakami

Na południe od granicy, na zachód od słońca, Haruki Murakami
przekład Aldona Możdżyńska
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza S.A., 2012

Rzadko zdarza mi się przeczytać tak emocjonalną książkę napisaną przez mężczyznę. To z reguły kobiety rozpisują się o uczuciach, analizując wszystko w tylu aspektach, że w końcu nie daje się tego czytać. Więc ta powieść jest dla mnie czymś nowym. Do tego otrzymałam mądre dzieło napisane z niezwykłą lekkością. Czyta się ją rewelacyjnie. A sednem, myślę, jest NOSTALGIA za pierwszą miłością. I znowu dla mnie zaskoczenie, że autorem jest mężczyzna, który przez całe życie porównuje kolejne kobiety do obiektu pierwszej miłości. 
Jest tajemnicza, piękna kobieta, która nie zdradza swej obecnej sytuacji, przez co jest jeszcze bardziej intrygująca. Burzy ład ustabilizowanego życia głównego bohatera. Miesiącami trwa on, oczekując na kolejne spotkanie, bo ON nie wie gdzie jej szukać, a terminarz spotkań zależy tylko od niej. 
Ale czy nie jest przypadkiem tak, że to pierwsze uczucie jest tak niezwykłe, bo niespełnione? Czy nie idealizujemy obiektu pierwszej miłości, bo czas zaciera szczegóły a po latach pamiętamy tylko magię? Przecież z jakiegoś powodu uczucie nie przetrwało...
Nie jest to dzieło, którym jestem bezkrytycznie zachwycona, ale jestem z pewnością oczarowana.
I z tego powodu gorąco polecam. Ale czy trzeba rekomendować książki tego autora?

niedziela, 8 czerwca 2014

Pępowina, Majgull Axelsson



Pępowina, Majgull Axelsson
przekład Katarzyna Tubylewicz
Grupa Wydawnicza Foksal, 2013

Mimo,że jestem w połowie kolejnej książki, wciąż myślę o historii opisanej w PĘPOWINIE. Zdałam sobie sprawę, że brakuje mi jej bohaterów, chociaż nie jest to "najlżejsza" książka, jaką przeczytałam.
To pierwsza powieść tej autorki, z jaką miałam do czynienia, ale już postanowiłam, że będą kolejne.  
Czytelnicy i krytycy twierdzą, że jest to jedna ze słabszych pozycji w dorobku pisarki, a ja jestem zachwycona. Świetna narracja sprawia, że nie można się od niej oderwać. Dobrze scharakteryzowane postaci mimo, że temat nie należy do łatwych, powodują, że czyta się ją doskonale. 
Dla mnie dodatkowym atutem jest to, że bardzo czytelne są związki między bohaterami. Czytanie jest dla mnie formą odpoczynku i czasem męczy mnie zapamiętywanie mnogości postaci i relacji między nimi w wielowątkowych powieściach. Tu, mimo obco brzmiących dla mnie, bo skandynawskich imion i nazwisk, do dziś potrafię wymienić wszystkich bohaterów i zależności rodzinne i towarzyskie między nimi. Ale to taki niuans.
Nie mam zwyczaju pisząc o książkach, opowiadać ich treści, chyba, że jest to absolutnie niezbędne. Powiem tylko, że jest o złożonych relacjach między rodzicami i dziećmi. To moim zdaniem wątek główny, bo jest też kilka wątków pobocznych. Jest o przyjaźni, potrzebie akceptacji i miłości. O odpowiedzialności za słowo, o krzywdzie jaką może wyrządzić plotka. Ale przede wszystkim o tym, jak ogromny wpływ wywierają rodzice na dzieci. Często destrukcyjny. I nie jest ważne, czy robią to obdarzając je nadmierną opieką czy wprost przeciwnie. Jak trudno wychować potomstwo, mimo ogromu starań i uczuć. Do tego stopnia, że czasem graniczy z cudem fakt, że udaje im się przeżyć okres dorastania. 
Moim skromnym zdaniem, lektura obowiązkowa.




czwartek, 5 czerwca 2014

Virginia Water czyli magiczny Londyn w innej odsłonie

Maj, czwartkowe, wczesne popołudnie. Przez niebo nad Londynem przetaczają się ciemno szare chmury a my wybieramy się do założonego pod koniec XVIII wieku parku. Do bagażnika samochodu wrzucamy tylko dwie hulajnogi dla maluchów. Wyjechaliśmy wystarczająco wcześnie, żeby nie było korków.
Jest sporo miejsc na parkingu, cudownie pachnie kawa z parkingowej kawiarenki.
Pierwszą rzecz, którą zauważam, to mnóstwo ludzi jak na środek tygodnia. W każdym wieku, z dziećmi, psami, na rowerach, hulajnogach, spacerujących lub uprawiających jogging. Po półgodzinnym spacerze, nagle chmurzy się i spada rzęsisty deszcz. Rozważamy powrót do samochodu. Jednak po kilkunastu minutach pod młodym dębem (nawet nie zmokliśmy) następuje urocza przemiana: wychodzi słońce i robi się naprawdę ciepło.
Zobaczyć to miejsce w słońcu, w jego tysiącu kolorów to uczta dla oczu.
Nigdy nie widziałam rododendronów w tylu odcieniach, ciągnących się w nieskończoność i mających kilka metrów wysokości. Strumyczki, wodospady, bajkowe zakątki z ławeczkami, rośliny znane mi, ale w nieznanych rozmiarach, polanki prześwietlone słońcem, parne dolinki, wodne ptactwo... Ucywilizowana (kontrolowana) dzicz.
Mimo tego, że są ludzie, nie czuje się ich obecności. I cisza. I tylko pól godziny do domu...