czwartek, 3 kwietnia 2014

Zaklinacz czasu, Mitch Albom


Zaklinacz czasu, Mitch Albom
tłumaczenie Nina Dzierżawska
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2014

Na co dzień doświadczamy, że raz czas dłuży się ponad miarę, a innym razem mija za szybko, lub przecieka przez palce. Poganiamy go lub staramy zatrzymać. Jedne chwile zostają w pamięci, gdy całe przedziały czasu stanowią białą plamę. Lekceważymy go lub przywiązujemy zbyt dużą wagę. A czasem jest jak z gumy. Bywa najlepszym lekarstwem i pieniądzem. Zdecydowanie nabiera wartości, gdy zaczyna go brakować. No i w którymś momencie staje się policzalny. Czy potrafilibyśmy go docenić, gdyby go nam nie ubywało? 
(„... kiedy ma się nieskończoną ilość czasu, nic nie jest wyjątkowe. Jeżeli nigdy niczego nie tracimy, ani nie poświęcamy, nie potrafimy docenić tego, co mamy”.)
Gdy pierwszy raz usłyszałam, że czas w pewnym wieku przyśpiesza, uznałam to za bzdurę. Ale przekonuje mnie wytłumaczenie, że dla pięciolatka rok to 1/5 jego życia, więc relatywnie więcej niż dla czterdziestolatka. Prawda?
Na tę historię składają się trzy wątki i układają się w ni to powieść, ni to powiastkę filozoficzną. Opowiedziane bardzo prostym językiem, jakby na przekór treści. 
Każdy z trójki bohaterów jest w innym okresie życia i zmaga się z innymi problemami. Dla jednego jest to choroba nowotworowa (Victor), dla drugiej odrzucenie, poczucie wyalienowania, samotność (Sarah). A, że „Losy jednak łączą się w sposób, którego nie rozumiemy”, zostali złączeni, aby więcej zrozumieć i sobie pomóc. („To właśnie wtedy, kiedy jesteśmy najbardziej sami, potrafimy przyjąć samotność drugiego człowieka”.)
Gdy jedno z nich chce by czas przyśpieszył, drugie chciałoby go zatrzymać, cofnąć, spowolnić...wszystko, byle opóźnić moment śmierci. Bo osiemdziesięcioletni Victor nie może pogodzić się z nieuchronnością śmierci. Przecież dotąd sam decydował o wszystkim i odnosił kolejne sukcesy. Tymczasem nastolatka próbuje popełnić samobójstwo. („A kiedy nie ma już nadziei, czas staje się karą.”) Tylko czy rzeczywiście? Bo przecież „...krzywdzenie samych siebie, po to by przysporzyć innym bólu, jest tylko jeszcze jednym wołaniem o miłość”.
Autor podjął trudną próbę znalezienia odpowiedzi na pytanie o sens życia, o to co naprawdę ważne. I obeszło się bez natrętnej dydaktyki. Raczej pozostawia czytelnikowi zadanie uporania się z tym problemem, bo zmusza do refleksji. Przecież i tak każdy musi sam znaleźć swoją drogę.
I jeszcze jedna myśl na koniec: „...człowiekowi, który może mieć wszystko, większość rzeczy nie potrafi dać radości.”
Polecam, bardzo.

2 komentarze: