niedziela, 27 lipca 2014

Tajemnica Filomeny, Martin Sixsmith


Tajemnica Filomeny, Martin Sixsmith
przekład Magdalena Rychlik
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Wstęp zapowiada dziennikarskie śledztwo, które pozwoliło wyjaśnić tajemnicę sprzed pięćdziesięciu lat. Autorowi trafił się niezwykle interesujący, bulwersujący temat. Na tej podstawie mogła powstać rewelacyjna książka. Powstał infantylny gniot, ckliwy i sentymentalny. Cała merytoryczna zawartość jest na okładce książki a treść to beletryzowana, czyli wymyślona wizja tego, jak prawdopodobnie wyglądało życie adoptowanej dwójki dzieci. Po co więc tracić czas na książkę?
Ale po kolei... W ubiegłym wieku, kościół katolicki w Irlandii, poprzez atmosferę tworzoną wokół dzieci przychodzących na świat z pozamałżeńskich związków, skazywał na ostracyzm społeczny tysiące młodych kobiet i ich rodziny. Kobiety, często bardzo młode dziewczęta, przez kilka lat były przetrzymywane w klasztorach, gdzie rodziły nieślubne dzieci. Zmuszano je do ciężkiej, niewolniczej  pracy na rzecz klasztoru. Niewolniczej, bo nie otrzymywały żadnego wynagrodzenia. Pracowały za dach nad głową i skromne wyżywienie. Wyrabiały różańce, opierały ręcznie szpitale, pracowały w kuchni i ogrodach.  Na koniec, wymuszano zrzeczenie się praw rodzicielskich a dzieci przeznaczano do adopcji, z których Kościół czerpał ogromne korzyści materialne. Sprawa dotyczy tysięcy dzieci. Tu opisana jest historia tylko dwójki z nich. Największe korzyści Kościół czerpał z adopcji zagranicznych i mnóstwo dzieci opuściło Irlandię.
Jak wspomniałam wyżej, zamiast spodziewanych faktów, czytelnik otrzymuje łzawą historię, skrajnie grającą na emocjach: chłopczyk przyciskał do piersi samolocik, jedyną pamiątkę po matce, rzewne, rzekome rozmowy między trzylatkiem i dwu i półroczną dziewczynką, w której on jej tłumaczy, że matki ich nie chciały, dlatego oddały obcym ludziom, opisy jak tenże trzylatek opiekuje się pół roku młodszą przybraną siostrą... Ma chwytać za serce, łzy mają się lać strumieniami. 
Poziom książki też jest żenujący. Momentami można odnieść wrażenie, że albo autor zlecił napisanie egzaltowanej dziesięciolatce, albo do tej grupy wiekowej ją adresował. 
Dzieci zostały adoptowane przez rodzinę amerykańskiego lekarza. Żona o mężu i do męża zwraca się DOKTORZE lub DOKTORKU. Gdy dzieci między sobą porozumiewają się po irlandzku, rodzina komentuje to jako "niezrozumiały dialekt". Gdy na początku dzieci były wystraszone i miały trudności w zaakceptowaniu nowej sytuacji, lekarz, adopcyjny ojciec doszukuje się choroby psychicznej, co ma być podstawą do zwrotu dzieci. Seks to słowo na "s". Gdy nastoletni Michael przyjeżdża do Waszyngtonu, by podjąć pracę jako goniec senatora, postanawia "zwrócić mu (senatorowi) uwagę, że nie tędy droga" (strona 200.). To takie naturalne przecież, że goniec instruuje senatora, że jego poglądy są niestosowne. 
Można było przy okazji tego tematu coś załatwić. Nie śmiem oczekiwać, że Kościół zadośćuczyniłby krzywdom, ale gdyby padło jakieś słowo PRZEPRASZAM. Skądże! Do końca, nawet po pięćdziesięciu latach, gdy umierający człowiek, prosi o wyjawienie prawdy i pomoc w odnalezieniu matki, spotyka się z odmową. Bo Kościół jako instytucja jest niereformowalny. Czas niczego nie zmienił, ludzie niczego się nie nauczyli. Nikt nie poczuwa się do winy. Do tego jedna z pierwszych scen książki, w której zakonnica czerpie perwersyjną przyjemność każąc sobie opowiadać, w jakich okolicznościach i z kim dziewczęta zaszły w ciążę. Albo scena pobicia przez zakonnicę...
Informacja, że Filomena, dziewczyna, której zabrano synka, mimo to pozostała osobą religijną, jest w tym miejscu wręcz niestosowna. Bo o czym świadczy? O indoktrynacji? 
Podsumowując, ta historia niczego nie wnosi. Nikomu nie służy, niczego nie wyjaśnia. Jest może jedynie dowodem na to, że zmienia się sytuacja, czasy, nawet gdy pewnych rzeczy już się nie praktykuje, to ocena tych zjawisk, zaszłości, przez Kościół, pozostaje niezmienna. Bo gdy osoba tak pokrzywdzona, jak sprzedane do adopcji dziecko, pięćdziesiąt lat później prosi o zgodę na pogrzebanie na terenie klasztoru, to musi dojść do przekupstwa, aby było to możliwe. 
I, żeby nie pozostawić jakichkolwiek wątpliwości...w komentarzu do książki, nie odnoszę się do RELIGII, bo religia to światopogląd, krytyczne uwagi dotyczą KOŚCIOŁA jako instytucji. A obawiam się, większość ludzi ma problem z postrzeganiem tych pojęć ROZDZIELNIE. 
I muszę dodać dwie rzeczy...nie rozumiem co tak zachwyciło w tej książce tych, którzy napisali entuzjastyczne recenzje, czy nikt nie widzi, manipulowania emocjami, na które zwracam wyżej uwagę? Czy nikt nie widzi, jak strasznie zmarnowano temat, robiąc z tego egzaltowaną historię? 
Za to z całą pewnością wyciśnięto z tej historii ile się dało. Ekranizacja jest tego dowodem.
A ja radzę omijać, szkoda czasu.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz