sobota, 9 sierpnia 2014

Szmaragdowa tablica, Carla Montero




Szmaragdowa tablica, Carla Montero
Przekład Wojciech Charchalis
Dom Wydawniczy Rebis, 2014 (dodruk)

Ta książka jest przede wszystkim bardzo nierówna. I jest w niej mnóstwo motywów, które zostały wielokrotnie wykorzystane: dwuwątkowa historia, założenie istnienia przedmiotu, od którego zależą losy świata, głównymi bohaterami jest para historyków sztuki (będzie romans?), istnieje tajna organizacja zagrażająca porządkowi świata, no i gdzieś jest ponoć obraz, który stanowi klucz do tajemniczego przedmiotu. Zapomniałabym... jest para gejów w roli bohaterów drugoplanowych. Fakt konieczny, dzięki któremu potencjalna ekranizacja będzie poprawna politycznie. Wystarczy tylko w kilku epizodach zatrudnić czarnoskórych aktorów.
Mimo to, są miejsca dość dobrze napisane, na przykład część dotycząca II wojny światowej, która nawet "trzyma się" realiów historycznych. Natomiast w wątku współczesnym, w kilku miejscach są naprawdę zabawne komentarze.
Jednak... gdy na stronie 154., dorosła kobieta zaczyna rozważania na temat celowości przyłączenia się do ruchu oporu, ręce opadają. Miałam skojarzenie z serią o Panu Samochodziku Zbigniewa Nienackiego. Tylko to co jest normą w literaturze dla dzieci, może być irytujące w literaturze adresowanej do dorosłych. A poziom narracji w kilku miejscach jest wręcz żenujący. 
Irytowały mnie niemal wszystkie dialogi przypisane homoseksualnemu przyjacielowi. Po pierwsze, każda wypowiedź musiała podkreślać orientację seksualną i kilkakrotnie pada z jego ust stwierdzenie, że skoro jest homoseksualny to nie jest mężczyzną. Pierwszy raz słyszę, żeby homoseksualny facet uważał, że nie jest mężczyzną, bo lubi facetów.
Przewidywalność akcji i zachowań bohaterów, to kolejna wada. 
Pomyślałam sobie, że mnie może nie przeszkadza sama konwencja tej historii, bo nie zaczytuję się w literaturze typu KOD DA VINCI i nie zdążyłam się nią znudzić. Mimo to co napisałam wyżej, uważam, że otrzymujemy tu dość dobre rzemiosło. Wątki sprawnie się przeplatają, historia nie jest za bardzo przekombinowana, wątek romansowy wcale nie taki oczywisty. W sumie jest nieco prawdy o tragedii HOLOCAUSTU i o skali grabieży dzieł sztuki w czasie II wojny światowej. Dałabym małego plusa za spostrzeżenie, że nie wszyscy Niemcy byli faszystami, że nawet w tak strasznych czasach Niemcy bywali LUDŹMI. 
Ponad sześćset stron, które się płynnie czyta. Jednym słowem, lekka wakacyjna lektura. Jeśli się tego typu rzeczy nie przedawkuje, można przeżyć.

PS: To druga książka autorki, którą przeczytałam i moim zdaniem zdecydowanie lepsza od pierwszej, co by nie rzec.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz