niedziela, 28 grudnia 2014

Lód i woda, woda i lód, Majgull Axelsson



Lód i woda, woda i lód, Majgull Axelsson
przekład Katarzyna Tubylewicz
Wydawnictwo W.A.B. Warszawa, 2010

Piszący recenzje powtarzają wciąż, jak Majgull Axelsson znakomicie zna ludzką psychikę. Jak gra na emocjach. A ja, po przeczytaniu trzeciej jej powieści czuję rozczarowanie. Mam wrażenie, że z jej twórczością jest dokładnie tak, jak większości pisarzy. Gdy znajdzie "swój sposób" na czytelnika, to motyw wyeksploatuje maksymalnie. PĘPOWINĄ byłam zachwycona, ogromne wrażenie zrobiła na mnie KWIETNIOWA CZAROWNICA. A po tej powieści stwierdzam, że muszę odpocząć od Majgull Axelsson.
Takich historii, każdy dorosły człowiek mógłby opowiedzieć mnóstwo. Zasłyszanych, przeczytanych, przeżytych. O krewnych, których nic nie łączy, poza pokrewieństwem, o parach, które nie wiadomo dlaczego są ze sobą, o niekochanych dzieciach...O toksycznych związkach, w których ludzie trwają siłą rozpędu, ze względów materialnych, religijnych, bo tak wypada, bo nie mają lepszego pomysłu.
Tu tylko wszystko jest jeszcze bardziej pokręcone. Można bardziej kochać dziecko siostry niż własne, można nienawidzić siostry bliźniaczki, choć wszyscy utrzymują, że nie ma drugiej tak bliskiej więzi jak między bliźniakami. Tradycyjnie już u Majgull Axelsson nikt nie ma ciepłych relacji z rodzicami. Powiedziałabym więcej, za wszelkie niepowodzenia w życiu, za traumatyczne dzieciństwo, za trudności w nawiązywaniu NORMALNYCH relacji z ludźmi winę ponoszą rodzice, a w szczególności matka. Nasuwa mi się natychmiast analogia do amerykańskiego kina. Każdy psychol ma lub miał szurniętą matkę.
Do tego wszystkiego, jestem już zmęczona czytaniem historii poszarpanych, z poplątaną chronologią. Czy nie można już napisać powieści, która opowiedziana jest od początku do końca? Moja córka właśnie czyta BUSZUJĄCEGO W ZBOŻU i jest zachwycona. Stwierdziła, że w końcu trafiła na książkę, w której "nie ma opisu wierzb płaczących, facet po prostu opowiada historię".
Do tego jedna z głównych bohaterek jest pisarką kryminałów, jej zaginiony czterdzieści lat temu kuzyn był członkiem boysbandu, połowa krewnych była leczona psychiatrycznie a akcja znacznej części powieści toczy się na lodołamaczu. Po co? Przesłanie miało być niby takie, że członkowie ekipy tego lodołamacza, każdy oddzielnie, od czegoś ucieka. Od przeszłości, od samotności, od rozpadających się związków. A konkluzja jest taka, że nikt nie jest w stanie nam pomóc,  jeśli nie pomożemy sobie sami.
Jest tu jeszcze wątek zaginięcia gwiazdki popkultury, zupełnie bezsensowna, niewykorzystana i niewyjaśniona historia faceta, który po czterdziestu latach prześladuje kuzynkę chłopca, któremu zrujnował życie i karierę. Nie znajduję uzasadnienia dla tego epizodu.
Pozytywnie, bo szczerze zabrzmiały mi jedynie przemyślenia nastolatka, który stając się z dnia na dzień "gwiazdą", tęskni do czasów kiedy mógł chodzić do szkoły, wychodzić z domu nie ukrywając się, nie był szarpany, kaleczony przez rozhisteryzowane fanki.
Z przykrością stwierdzam, że nie mogę nawet powiedzieć, że powieść dobrze się czytała. Czyli kolejna, nic nie wnosząca historia o tym jak trudno być szczęśliwym i że to raczej umiejętność którą trzeba nabyć niż coś co jest nam dane z góry.
Reasumując, można się bez tej lektury obyć, choć uczciwie muszę przyznać, że dużo gorsze rzeczy czytałam i żyję.

1 komentarz: