poniedziałek, 24 lutego 2014

Sezon w Teatrze Garricka, Margaret Drabble


Sezon w Teatrze Garricka, Margaret Drabble
Tłumaczenie Krystyna Tarnowska
Czytelnik, Warszawa, 1974


Może trudno uwierzyć, ale kiedyś pisano małe książeczki. Duże i grube były słowniki i encyklopedie. I te małe książeczki zapadały w pamięć. Do tego były brzydko wydane, bo czasy były beznadziejne, szare i siermiężne. Ale i w tych książeczkach i w głowach dużo się działo.
Nigdy się nie wie, co tak naprawdę wpłynie na nasze życie. A może jest tak, że zbierają się ziarenka (kropelki?) i jak jest ich dużo, dokonują przewrotu. Ta książeczka jest dla mnie bardzo ważna. Nie jest zapewne wybitnym dziełem sztuki i oprócz mnie przeczytało ją jakieś cztery osoby (z żyjących). Ale był taki okres, że jak było mi źle, byłam samotna i nieszczęśliwa, to po nią sięgałam. (Hmm, widać, że jest trochę zaczytana). Jest o bardzo oryginalnej kobiecie (ja tak uważam), która znajdując się w dość skomplikowanej sytuacji, nieźle sobie radziła. Kiedyś strasznie chciałam wyglądać tak jak ona i znałam każdy szczegół jej garderoby. (Ile razy ja ją czytałam?) Nawet przez jakiś czas nosiłam się tak, że wyglądałam jak portret własnej prababki. Ale ten styl ma to do siebie, że do pewnego wieku jest oldschoolowy, a później jest babciuńkowaty i należy go zarzucić.
No to może jeszcze słowo o książce, bo coś mi się wydaje, że stała się tylko pretekstem. Jest o miłości do egocentryka, o trudnej sztuce bycia matką, żoną, kochanką i kobietą z ambicjami.
Jest o tym, że dobra rola drugoplanowa może przyćmić rolę główną.
I jeszcze jedno...można znaleźć fantastyczne rzeczy w antykwariatach (również internetowych), nie koniecznie trzeba kupować nowiutkie i dopiero co wydane. Te starsze mają klimat i DUSZĘ.
Polecam.  

niedziela, 16 lutego 2014

Szpetni czterdziestoletni, Agnieszka Osiecka


Szpetni czterdziestoletni, Agnieszka Osiecka
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2008


Gapię się na jedno ze zdjęć dwudziestoletniej Agnieszki Osieckiej, zachwycona jej urodą i zastanawiam się kim była ta kobieta. Po przeczytaniu książki mam potworny niedosyt informacji na temat ludzi, o których pisze. Poczytałam już o Leopoldzie Tyrmandzie, Barbarze Hoff, Marku Hłasce...Nie mam zamiaru skopiować tu jej życiorysu, ani napisać rozprawy o jej dorobku. Zrobiono to wielokrotnie i pewnie lepiej ode mnie. Postawiono jej pomniki, są szkoły jej imienia. Myślę jednak, że twórczość jest najlepszym pomnikiem.
Szpetnych Czterdziestoletnich czytałam gdzieś w latach osiemdziesiątych i choć pamiętałam co nieco, kupiłam ją ponownie. Jak ktoś przez tyle lat żyje na walizkach i wciąż się przeprowadza nie ma prawa przywiązywać się do przedmiotów. Moje książki były kupowane i sprzedawane, rozdawane, pożyczane, darowane... (Te drugi raz kupione, są chociaż ładniej wydane.)
Ta książka jest jak podróż w czasie. Magiczna i nostalgiczna. Jest o czasach dla mnie nieosiągalnych, może dlatego bardziej interesująca. Odnosi się wrażenie, że wszyscy, których autorka znała to osoby wybitne, ikony tamtej epoki. Ale i ona jest taką ikoną.
Książka jest przede wszystkim o ludziach, którzy przetoczyli się, przemknęli, zagościli w jej życiu. O ich pokręconych życiorysach, o ewoluujących poglądach, bo okres powojenny i czasy w których przyszło im żyć nie dawał poczucia stabilizacji. Tak jak na zewnątrz, tak w ich głowach często panował chaos przeciwstawnych poglądów. Ale z całą pewnością byli niezwykle kreatywni, żądni życia i kolorowi mimo szarych, ponurych czasów. Byli NIESPOKOJNYMI  DUCHAMI, które wciąż szukały i tworzyły. Ta książka roi się od INDYWIDUALNOŚCI.
Osobom mającym ochotę na zaskakującą wędrówkę w czasie, w lata wydawałoby się smutne, bo powojenne, a jednak kipiące milionem barw dzięki ludziom, którzy w tych czasach żyli i tworzyli, gorąco polecam. 

wtorek, 11 lutego 2014

Ona je: surówka z selera naciowego z kuskus


Taka mała inspiracja na dziś :)
Dla wszystkich zabieganych, zapracowanych, podpowiedź na szybki lunch. Coś bardzo lekkiego i smacznego. 
Kuskus: mój jest z odrobiną kurkumy, soli, jedną papryczką chilli i łyżką oleju lub oliwy (dowolny, ulubiony).
Surówka z selera naciowego: na trzy gałązki selera jedno jabłko, garść orzechów włoskich, obficie skropione sokiem z cytryny i łyżka oleju, ja dodałam sezamowy. Żadnych przypraw, typu sól, pieprz, ale jeśli wolisz przyprawić...to tobie ma smakować. Dobrze jest schłodzić surówkę i na troszkę odstawić aby się "przegryzła". 
No i muszę się pochwalić, bo aż mnie skręca...upiekłam mój pierwszy chleb. Dzisiaj wieczorem piekę drugi. Jak wyjdzie i tym razem, podam przepis.
Chleb jest żytni, z mąki żytniej zwykłej i razowej 2000, z dodatkiem ziół. Zapach świeżego chleba w domu, gratis.

Widać, że jest nieco zakalcowaty, niezbyt równy, ale i tak był pyszny i zniknął szybciej niż planowałam :D

niedziela, 9 lutego 2014

Wiedeńska gra, Carla Montero


Wiedeńska gra, Carla Montero
tłumaczenie Wojciech Charchalis
Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2013

Od czasu do czasu zaliczam wpadkę, bo z naiwną wiarą kupuję "bestseller". Miało być tajemniczo, sensacyjnie i z pasją. A wyszło nijako. Gdyby tę historię napisał facet, to jeszcze mogłabym to zrozumieć. Znam kilku takich co uważają, że każda kobieta marzy jedynie o byciu kurą domową. I nie ważne czym się zajmuje. Mata Hari pewnie marzyła o smażeniu naleśników gromadzie usmarkanych dzieciaków. Dziwi mnie tylko, że autorką jest współczesna, młoda kobieta. Fabuła jest tak przekombinowana, że bardziej się nie da, a w głównej bohaterce kocha się kto żyw.
Jedyną zaletą tej książki jest lekkość. Odmóżdżająca lekkość.  Przeczytałam mimo to do końca, bo jestem upartym człowiekiem. Powiem więcej, przeczytam też pierwszą powieść autorki, tak z przekory.
I jeszcze jedno, nie sugerowałabym się tą opinią, przeczytałabym, by mieć własne zdanie. Choćby po to, żeby napisać w komentarzu: nic nie zrozumiałaś z tej książki, jest ARCYCIEKAWA:)

środa, 5 lutego 2014

Drogie życie, Alice Munro



Przeczytałam kolejną książkę, a nie mogłam się zdecydować na napisanie mojej opinii o zbiorze opowiadań Alice Munro. Nie potrafiłam określić co właściwie o nich myślę. Zastanawiałam się czy mieszane uczucia są wynikiem rozczarowania, czy nie potrafiłam znaleźć w nich tego, co powoduje, że krytycy tak wysoko je cenią. W końcu autorka jest noblistką.
Stwierdziłam po namyśle, że skoro te opowiadania tak mnie "męczą", to już jest jeden powód, aby po nie sięgnąć. Jest w tych opowiadaniach coś niepokojącego, jakiś dziwny klimat. Są specyficzni bohaterowie i ich często dziwne, zaskakujące historie. A z drugiej strony samo życie, zwyczajność i codzienność.
Jest w tych opowiadaniach jakaś tęsknota i pogoń za NIEUCHWYTNYM. Świat widziany oczyma kobiet, niezwykle emocjonalny. Opowiadania są tak ESENCJONALNE, że każde z nich mogłoby stanowić materiał na samodzielną powieść.
Wrażenia z lektury upewniają mnie również w przekonaniu, w jak bezsensowny sposób analizuje się lektury szkolne. Ponieważ zawsze byłam przekonana, że nie tylko ważne jest to „co autor chciał powiedzieć”, ale również to co czytelnik ma do powiedzenia po przeczytaniu. Bo czy krytycy literaccy zawsze wiedzą jaki był przekaz autora? Nie jestem przekonana.
Zdaję sobie sprawę z subiektywizmu mojej opinii i tego, że nie jestem autorytetem, ale fakt, że wciąż myślę o tych opowiadaniach, jest dla mnie dowodem, że warto po nie sięgnąć. No i wiem, że koniecznie muszę przeczytać kolejny tom, żeby upewnić się w mojej ocenie. 
A czyta się je świetnie...Sprawdźcie...

09.02.2014
PS: Jeśli nikogo dotąd nie udało mi się zainteresować tymi opowiadaniami, to może powinnam zapytać, co należy myśleć o człowieku, który wracając z wojny do domu, zostaje w przypadkowym gospodarstwie? W domu zamieszkiwanym przez samotną kobietę, totalnie nie radzącą sobie z obowiązkami, ale częstującą głodnego wędrowca skromnym posiłkiem...Zostaje tu na kilka lat, stawia na nogi budynki, uprawia ziemię i pracuje u sąsiadów. Nic nie łączy go z właścicielką gospodarstwa, aż znika pewnego dnia...gdzieś...A może historia kobiety, która przeżywa niezwykle emocjonującą historię, żeby na koniec się okazało, że to sen...czyj? A może jeszcze jedna historia...para ma romans, jadą się pobrać, ale on lokuje ją w pociągu i żegna...ot tak sobie. Co się stało? Im dłużej myślę o tych opowiadaniach, tym wydają mi się bardziej niezwykłe (miałam nie używać tego słowa).  

niedziela, 2 lutego 2014

Olej pistacjowy i z pestek dyni



Jestem ignorantką, tak mało wiem... Na swoje usprawiedliwienie mam to, że zdaję sobie z tego sprawę i wciąż się uczę. 
Właściwie od zawsze używam w kuchni tłuszczów roślinnych, oleju słonecznikowego, rzepakowego i oliwy z oliwek. Gdzieś kiedyś przeczytałam zdanie, że oliwa ma tyle cennych składników, że nie wiadomo jak ją traktować, jako środek spożywczy czy już lekarstwo.
Kupując olej powinniśmy się kierować zawartością nienasyconych kwasów tłuszczowych, im większa ich zawartość tym cenniejszy, tym czy jest tłoczony na zimno, bo podczas obróbki termicznej oleje tracą mnóstwo cennych składników, i ich przeznaczeniem. Ogromna część cennych olejów nadaje się wyłącznie do spożywania na zimno, ale taka informacja często jest na opakowaniu. Do smażenia powinno się używać oleju rzepakowego, a polski ma świetną opinię.
Dzisiaj chciałabym polecić dwa oleje o niezwykłych smakach: pistacjowy i z pestek dyni. Nie znam osoby, która nie lubiłaby pistacji, a olej pistacjowy to prawdziwa skarbnica. Zawiera ogromną ilość witaminy E i nienasyconych kwasów tłuszczowych.
Olej z pestek dyni zawiera witaminy E, B1, B2, B6, A, C i D, a także beta-karoten, potas, selen i cynk....
Do tego są tak smaczne, że dodane do sałatek tworzą nową jakość.
A powinnam jeszcze dodać, że każdy z nich może być również stosowany jako kosmetyk do pielęgnacji skóry i włosów.
Ja zrobiłam dwie sałatki o typowym składzie, jedna z rukoli druga z mieszanki sałat w tym roszponki. I muszę powiedzieć, że zamiana i tak doskonałej oliwy z oliwek na te oleje, spowodowała, że sałatki nabrały zupełnie innego charakteru. 
Polecam.  

PS: nie chciałam tu robić wykładu. Po 1. informacje są powszechnie dostępne, po 2. nie chciałam przynudzać. Chciałam tylko podkreślić, że wspomniane oleje są tak smakowite, że zmieniają jakość tego, do czego są dodane. Przy okazji są taką bombą witaminową i zawierają tyle bezcennych składników, że aż nie sposób wymienić. 
I jeszcze jeden aspekt...ze względu na ilość nienasyconych tłuszczów są lekkostrawne. 

PS II:(dodane 18.01.2015) wszyscy, którzy jedli u mnie cokolwiek z olejem z pestek z dyni, są w nim zakochani; jest tak aromatyczny i smaczny, że ROBI każdą potrawę...nie ma takiego drugiego, serio!!