czwartek, 27 marca 2014

Sto imion, Cecelia Ahern


Sto imion, Cecelia Ahern
Tłumaczenie Agnieszka Andrzejewska
Wydawnictwo Akurat, 2014


Spodziewałam się więcej po autorce „PS, kocham cię”. W obu książkach jest ogrywany ten sam motyw. Tam mężczyzna tu przyjaciółka, po śmierci usiłują pomóc ułożyć sobie życie tej, która została. Kto będzie w kolejnej powieści? Tytuł też jest mylący. Równie dobrze mogłoby być TYSIĄC IMION albo DZIESIĘĆ. 
Zaczęło się intrygująco, a nijako się skończyło. Mam wrażenie, że nie wykorzystano tu dobrego pomysłu. Czyta się nieźle tylko, że nic z tego nie wynika.
Mogłabym streścić całość powieści w sformułowaniu, że lepiej być dobrym niż złym ... i co z tego? 
Zabrakło mi tu emocji. Jest powierzchownie, ani ciepło ani zimno, tak na pół gwizdka. Ta książka niczego nie wnosi. Zgadzam się tylko z jednym. Media mogą zniszczyć komuś życie, bo żerują na najniższych emocjach. I to tym z obu stron kamery, tych piszących i tych opisywanych. 
No i fajnie byłoby gdyby świat był taki jak ten tu opisywany. Źli przechodzą metamorfozę, zło zostaje ukarane, dobro nagrodzone. Daję mały plusik za pozytywną wizję świata.
A reasumując...to jest takie sobie czytadło.

środa, 19 marca 2014

Bridget Jones: szalejąc za facetem, Helen Fielding


Bridget Jones: szalejąc za facetem, Helen Fielding
Tłumaczenie Jan i Katarzyna Karłowscy
Wydawnictwo ZYSK I S-KA, 2014


Jeśli ktoś miałby ochotę powiedzieć, że nie jest to literatura najwyższych lotów, to powiem: i co z tego? Głupsze, gorsze rzeczy ludzie czytają. Fajnie, że czytają.
Trzecia część Bridget Jones mnie nie rozczarowała. Jeśli powiem, że czytając chichotałam w głos, to już rekomenduję tę książkę. Bridget ma pięćdziesiąt lat! Szok! I wciąż ma te same problemy z facetami, wciąż jest na diecie, wciąż jest cudownie szurnięta, roztargniona, walcząca z elektroniką, portalami społecznościowymi... ale doszły dzieci i problemy z nimi związane. Jej zachowania momentami graniczą z kompulsją, na przykład walka o ilość obserwatorów na twitterze. Mimo to, to wciąż ta sama dziewczyna, jaką znamy z wcześniejszych części.
Nie bagatelizowałabym tej książki. Jej treść nie jest tak błaha, jakby się z pozoru wydawało. Jest na przykład obrazem pewnych przemian w obyczajowości. Mam na myśli wątek związku z facetem o 20 lat młodszym. O ile nikogo nie dziwi mężczyzna wiążący się z kobietą w wieku córki lub wnuczki, to sytuacja odwrotna wciąż jest jakoś negatywnie postrzegana. Przypisana raczej gwiazdeczkom popkultury. Niby dlaczego?
Po drugie, zabawne problemy Bridget z tabletami, xboxami, ifonami, telefonami komórkowymi i całą resztą, dotyczą sporej grupy ludzi i wcale nie w tzw. pewnym wieku. Ja mam do czynienia z przedziałem wiekowym 16-20 i powiem, że oni też się nieźle motają. A, że jak ktoś powiedział, sprzęt AGD naszprycowany elektroniką bywa „inteligentniejszy” od właściciela, to inna sprawa (sorry). 
No i mamy tu mnóstwo wzruszających i zabawnych epizodów z codzienności Bridget, jej przyjaciół, na których wciąż może liczyć, którzy są tak samo jak ona solidnie zwariowani, ale i pomocni, wspierający i OBECNI  w jej życiu.
Reasumując świetna porcja zabawy, wzruszeń, ale i refleksji. Polecałabym facetom chcącym poznać świat widziany oczyma kobiet, a wszystkim jako doskonałą pozycję terapeutyczną z ogromną dozą pozytywnej energii. I bardzo optymistyczną. Tego nigdy za wiele.
Oj, koniecznie!

czwartek, 13 marca 2014

Ona je: sałata z suszonymi pomidorami i bazylią


Lekka sałata, która może stanowić samodzielną przekąskę lub dodatek do obiadu.
Bazą jest dowolna sałata o niezbyt dominującym smaku.
Dodatki: pół czerwonej, świeżej papryki, pół świeżego  ogórka, kilka oliwek (ja dałam czarne), bardzo dużo świeżej bazylii i suszonych pomidorów. Ja użyłam takich z oliwy i z ziołami.
Przyprawy: tymianek, sól morska, pieprz i ze 2 łyżki oliwy z pomidorów.
Uzyskałam interesujący nowy smak i sporą dawkę mikroelementów i witamin. O tej porze roku- bezcenne:) Polecam.



poniedziałek, 10 marca 2014

Suma wszystkich strachów

Przepraszam, że splagiatowałam tytuł. Nie będzie o filmie, szczerze mówiąc, nawet go nie oglądałam. Przez cały dzień wyciągam z dołków dzieciaki i chyba muszę zinwentaryzować moje strachy, zgodnie z zasadą, że jak wyartykułujesz, to robi się lżej na sercu.
Wojny znam z lekcji historii, chociaż zostałam wychowana na Klosach, Pancernych i filmach wojennych. Zrobiono mi pranie mózgu, po nocach śniły mi się bombardowania i wciąż się bałam (w dzieciństwie), że Amerykanie zrzucą bombę atomową na nas, czyli kochany Układ Warszawski. Źli Amerykanie, na nas, tych dobrych.
Oglądając filmy o holokauście, zastanawiałam się, dlaczego Żydzi  nie uciekali z Europy Hitlera. Cóż, niektórzy uciekali. Inni pewnie wierzyli, że rozejdzie się po kościach, że nie będzie tak źle...no i gdzie mieli uciekać? Czyniono ustępstwa, oddano Austrię. Podpisywano nic nieznaczące pakty i traktaty. Na lekcjach historii powiedziano mi, że wojny są konsekwencją kryzysów. Czyli cały czas jest kryzys, bo wciąż jest gdzieś wojna: Korea, Wietnam, Zatoka Perska, Jugosławia...i tysiąc konfliktów bardziej lokalnych, ale nie mniej dramatycznych (Afryka). To, że żaden nie przerodził się w konflikt o zasięgu światowym pozwalał myśleć, że ta forma rozstrzygania konfliktów jest przeżytkiem. Że lepiej jest budować fabryki i centra handlowe niż ginąć w błotnistych okopach. Po II wojnie spacyfikowano Niemców. Plan Marshalla pomógł wybudować własny domek i kupić pierwszy samochód. Po co się dawać zabić, jeśli tak fajnie można żyć? W międzyczasie domek zrobił się większy a autko szybsze. Zamiast na wojnę, można było wyjechać na wakacje. Ale czy trzeba przejmować całą Majorkę, żeby przez 10 dni upijać się i wyrywać panienki?
Nie ma istotnych pretekstów, albo inaczej...zawsze znajdzie się jakiś pretekst. Jakiś Wielki Książę może zostać zastrzelony, albo komuś zabraknie korytarza gdańskiego. Czy to znaczy, że należy poświęcić Ukrainę. Z lekcji historii wynika, że tego typu rozwiązania są zawsze na krótko. Co będzie po Krymie, a dlaczego nie było reakcji na Czeczenię, czy ktoś jeszcze wie o co chodzi na Zakaukaziu?
Nienawidzę polityki, nie mam o niej pojęcia i nie chcę mieć. Nie włączam tv. Oni żywią się konfliktami. Zawsze można tak sformułować pytanie, że nie ma dobrej odpowiedzi. No i wiem, że świadomie podkręcają emocje. 
Rano włączę tylko na chwilkę, żeby sprawdzić, czy jest jeszcze cała reszta, czy zostałam tylko ja.  
Tymczasem MAKE LOVE, NOT WAR!

niedziela, 9 marca 2014

Samotny poligamista, Brady Udall


Samotny poligamista, Brady Udall
przekład Barbara Górecka
Wydawnictwo Świat Książki, 2013


Nie sądzę, żeby autor chciał zdyskredytować, czy ośmieszyć społeczność mormonów. Chociaż nie ukrywam, przyszło mi to do głowy. Napisanie książki poprzedził badaniami, nad warunkami życia autentycznej grupy ortodoksyjnych mormonów, którzy nadal praktykują wielożeństwo. Choć badania, to może za duże słowo.
Rzecz jest o szczególnej rodzinie. Mąż, cztery żony i dwadzieścioro ośmioro potomstwa. To nie wszystkie dzieci, kilkoro zmarło wkrótce po urodzeniu i jedna dziewczynka utonęła mając chyba 6 lat. Poligamia jest konsekwencją religii. W tym miejscu zaczynają się komplikacje. Mimo liczebności rodziny, wszyscy są porażająco nieszczęśliwi, samotni i sfrustrowani. Żony rywalizują o względy męża, przy czym ich status określa liczba urodzonych dzieci. Dzieci są opuszczone i zaniedbane. Nie leczone, ubrane w ciuchy pochodzące od instytucji charytatywnych. Głowa rodziny nie jest w stanie utrzymać tak wielu osób, a kobiety skoncentrowane są raczej na prokreacji. Nie przywiązuje się wagi do edukacji dzieci. Do tego, ta tak liczna rodzina nie darzy się sympatią, oni nawet się za bardzo nie znają. Nie lubią się żony, dzieci pochodzące od różnych matek i wszyscy razem wzięci.
No i mężczyzna... Mimo tak licznej rodziny jest porażająco samotny, zagubiony i nieszczęśliwy. Regularnie przychodzi mu do głowy ochota na porzucenie tego wszystkiego i ucieczka od piętrzących się problemów. Do tego wdaje się w romans z żoną szefa i w tajemnicy przed żonami, przyjmuje zlecenie na wybudowanie burdelu...Wszystko nie tak jak być powinno.
Jedną z nielicznych postaci, które budzą tu sympatię, jest dwunastolatek, który w opinii wszystkich jest jednym wielkim problemem. Ten chłopiec jest inteligentny i buntuje się przeciwko temu, że chodzi obdarty i jest pośmiewiskiem w szkole, że jego matka z depresji wpada w depresję. Że nikt nie próbuje go zrozumieć, nie chce uwzględnić jego potrzeb i oczekiwań, na przykład w kwestii wspólnych z ojcem urodzin.
Nie mam zwyczaju oceniać czyjegoś światopoglądu, nie odważyłabym się krytykować czyjejś religii. Nie mogę się jednak powstrzymać od stwierdzenia, że nie rozumiem jaki jest sens tego wszystkiego i komu/czemu ma to służyć. Żeby w tym całym koszmarze znalazła się choć jedna szczęśliwa osoba. Choćby ten facet, który może mieć legalnie (na wpół legalnie) kilka kobiet. Ale nie! Mamy do czynienia z bandą frustratów.
No i kolejny raz dochodzę do wniosku, że cierpię na patologiczny brak poczucia humoru. Nie śmieszą mnie dowcipy „fizjologiczne”, epatowanie brzydotą i naturalistyczne opisy na przykład kopulującego z beczką po odpadach człowieka. I choć mam świadomość, że świat  nie jest idealnym miejscem, to tego typu obrazów wolałabym unikać. A zgodnie z zapowiedzią, miało być cholernie zabawnie (recenzje na kładce książki).
Dla mnie ta książka jest o tym, że ludzie w komplikowaniu sobie życia potrafią osiągnąć mistrzostwo świata. (sic!)

niedziela, 2 marca 2014

Rapsodia świdnicka, Władysław Jan Grabski

Rapsodia świdnicka, Władysław Jan Grabski
Wydawnictwo Śląsk, 1985


Był taki lipiec, w którym czekałam na przyjście na świat pewnej małej istoty. Objadałam się truskawkami i czytałam. Całe noce czytałam, bo tylko wtedy można było oddychać, a maleństwo nie dawało mi tak bardzo w kość. Inna sprawa, że nie miałam szczególnego wyboru co począć z czasem. Towarzyszył mi w tym pięcioletni mężczyzna, który podobnie jak ja lubił czytać do późna w  nocy i długo spać. Nie pedagogicznie? Pewnie tak, ale jak integrujące! W tym właśnie czasie przeczytałam Rapsodię świdnicką Władysława Jana Grabskiego. Powieść historyczną, którą czyta się duszkiem. 
A ja lubię myśleć, że to ciągłe czytanie przyczyniło się do tego, że urodził mi się kolejny mól książkowy.

Rzecz dzieje się na przełomie XIII i XIV wieku. W przedmowie, autor pisze, że jego zamierzeniem było napisać księgę o Ślązakach. Mam wrażenie, że przede wszystkim powstała piękna książka o ludziach tamtego okresu, a historia, ta wielka, jest tylko tłem, wcale nie najważniejszym. 
Są to tak odległe czasy, że nie dziwi, że książę mógł liczyć się ze zdaniem kowala, któremu księżna   oddała rękę dwórki. Że żonie kowala można było powierzyć książęce dziecko, dość wątłe i chorowite, by bawiąc się na świeżym powietrzu ze zdrowymi dziećmi, nabierało sił. 
Rodzina kowala, choć mieszkająca pod zamkiem, żyła w ścisłym związku z rodziną książęcą. Ich rodzina powiększała się, rodziły się kolejne dzieci, niektóre posiadające wyjątkowe zdolności, tak jak bodajże Symeon...
Historia dworu księcia Bolka II Świdnickiego jest tu jakby przy okazji.
To niezwykle piękna opowieść, są tu tajemnice, magia, wzruszające historie zwykłych ludzi i tych wielkich w tamtych czasach. Ludzi, którzy zmagali się z losem, chorobami, naturą i wielką historią.
I jak tu nie kochać starych książek?