środa, 31 grudnia 2014

Ona je: pasta (pastella) z suszonych pomidorów


Dawno nie było tu nic o jedzeniu, a dzisiaj pierwszy raz zrobiłam PASTĘ Z SUSZONYCH POMIDORÓW, zupełnie według mojego pomysłu, intuicyjnie dobierając składniki. Nie dość, że pięknie pachnie, ma odpowiednią konsystencję, myślę że przyzwoicie wygląda :)
Jej atutem, oprócz naprawdę fajnego smaku jest wszechstronne zastosowanie: nadaje się do smarowania chleba, będzie świetnym dodatkiem do makaronu, pizzy czy tortilli. I jest w 100% wegańska.

Składniki: suszone pomidory (ja użyłam takich w oleju), kilka ząbków czosnku, kilkanaście kaparów, kilka bardzo słodkich, dojrzałych pomidorków koktajlowych, sproszkowana słodka papryka, szczypta chilli, tymianek, majeranek, świeżo zmielony pieprz czarny. 
Wszystko zblendowałam na dość jednolitą, jak widać, pastę. 
To tyle! Kto by się tam przejmował SYLWESTREM!! :) Szczęśliwego Nowego Roku!!



niedziela, 28 grudnia 2014

Lód i woda, woda i lód, Majgull Axelsson



Lód i woda, woda i lód, Majgull Axelsson
przekład Katarzyna Tubylewicz
Wydawnictwo W.A.B. Warszawa, 2010

Piszący recenzje powtarzają wciąż, jak Majgull Axelsson znakomicie zna ludzką psychikę. Jak gra na emocjach. A ja, po przeczytaniu trzeciej jej powieści czuję rozczarowanie. Mam wrażenie, że z jej twórczością jest dokładnie tak, jak większości pisarzy. Gdy znajdzie "swój sposób" na czytelnika, to motyw wyeksploatuje maksymalnie. PĘPOWINĄ byłam zachwycona, ogromne wrażenie zrobiła na mnie KWIETNIOWA CZAROWNICA. A po tej powieści stwierdzam, że muszę odpocząć od Majgull Axelsson.
Takich historii, każdy dorosły człowiek mógłby opowiedzieć mnóstwo. Zasłyszanych, przeczytanych, przeżytych. O krewnych, których nic nie łączy, poza pokrewieństwem, o parach, które nie wiadomo dlaczego są ze sobą, o niekochanych dzieciach...O toksycznych związkach, w których ludzie trwają siłą rozpędu, ze względów materialnych, religijnych, bo tak wypada, bo nie mają lepszego pomysłu.
Tu tylko wszystko jest jeszcze bardziej pokręcone. Można bardziej kochać dziecko siostry niż własne, można nienawidzić siostry bliźniaczki, choć wszyscy utrzymują, że nie ma drugiej tak bliskiej więzi jak między bliźniakami. Tradycyjnie już u Majgull Axelsson nikt nie ma ciepłych relacji z rodzicami. Powiedziałabym więcej, za wszelkie niepowodzenia w życiu, za traumatyczne dzieciństwo, za trudności w nawiązywaniu NORMALNYCH relacji z ludźmi winę ponoszą rodzice, a w szczególności matka. Nasuwa mi się natychmiast analogia do amerykańskiego kina. Każdy psychol ma lub miał szurniętą matkę.
Do tego wszystkiego, jestem już zmęczona czytaniem historii poszarpanych, z poplątaną chronologią. Czy nie można już napisać powieści, która opowiedziana jest od początku do końca? Moja córka właśnie czyta BUSZUJĄCEGO W ZBOŻU i jest zachwycona. Stwierdziła, że w końcu trafiła na książkę, w której "nie ma opisu wierzb płaczących, facet po prostu opowiada historię".
Do tego jedna z głównych bohaterek jest pisarką kryminałów, jej zaginiony czterdzieści lat temu kuzyn był członkiem boysbandu, połowa krewnych była leczona psychiatrycznie a akcja znacznej części powieści toczy się na lodołamaczu. Po co? Przesłanie miało być niby takie, że członkowie ekipy tego lodołamacza, każdy oddzielnie, od czegoś ucieka. Od przeszłości, od samotności, od rozpadających się związków. A konkluzja jest taka, że nikt nie jest w stanie nam pomóc,  jeśli nie pomożemy sobie sami.
Jest tu jeszcze wątek zaginięcia gwiazdki popkultury, zupełnie bezsensowna, niewykorzystana i niewyjaśniona historia faceta, który po czterdziestu latach prześladuje kuzynkę chłopca, któremu zrujnował życie i karierę. Nie znajduję uzasadnienia dla tego epizodu.
Pozytywnie, bo szczerze zabrzmiały mi jedynie przemyślenia nastolatka, który stając się z dnia na dzień "gwiazdą", tęskni do czasów kiedy mógł chodzić do szkoły, wychodzić z domu nie ukrywając się, nie był szarpany, kaleczony przez rozhisteryzowane fanki.
Z przykrością stwierdzam, że nie mogę nawet powiedzieć, że powieść dobrze się czytała. Czyli kolejna, nic nie wnosząca historia o tym jak trudno być szczęśliwym i że to raczej umiejętność którą trzeba nabyć niż coś co jest nam dane z góry.
Reasumując, można się bez tej lektury obyć, choć uczciwie muszę przyznać, że dużo gorsze rzeczy czytałam i żyję.

czwartek, 25 grudnia 2014

Święta, święta...




Święta to okres, w którym wciąż czuję się nieco zagubiona. Najdalej mi do tradycyjnej, polskiej opcji, polegającej głównie na jedzeniu i piciu. Po pierwsze dlatego, że wielkie świąteczne żarcie nie ma dla mnie żadnego uzasadnienia. Przecież można to zrobić bez pretekstu, jeśli ma się taką potrzebę. A pozbawione logiki jest świąteczne objadanie się, by kilka dni później przechodzić na dietę. Gdy tylko to wyartykułuję, pojawia się w mojej głowie kontra, że w każdej kulturze, "świętowanie" to "ucztowanie". Więc może powinnam to akceptować?
Pewnym "problemem" jest wegetariańsko - wegańska wersja mojej rodziny. Tradycyjna polska kuchnia nie daje tu zbyt wielu możliwości. A jestem przeciwna rzeczom, które coś udają. Bezmięsne potrawy o smaku mięsa są wykluczone. Tak jak sztuczne futro, bezalkoholowe drinki, bezkofeinowa kawa. Jeśli nie jem mięsa to z wyboru i nie muszę jeść czegoś co je udaje.
Totalny sprzeciw budzi we mnie amok porządków. Nie uznaję robienia czegoś tylko dlatego, że wszyscy to robią. Albo ma się czysto, albo nie. Dlaczego pod koniec grudnia miałabym mieć porządek w szafie, jeśli przez cały rok uwielbiam totalny kipusz? U mnie włącza się przekora. I działa na mnie dokładnie odwrotnie. Tak jak w stosunku do reklamy środków pomagających rzucić palenie. Jak zaczyna się reklama, mam nieodpartą ochotę na fajkę. A nie palę dwa lata!
Nie ma u mnie w domu choinki, stroików, światełek, bałwanków i takich tam. Powiem więcej, szkoda mi czasu na rozpakowywanie tego kramu, żeby po kilku dniach pakować.
Myli się jednak ten, kto uważa, że nie ma u mnie niczego ze świąt. Mam dużo wolnego czasu, by robić rzeczy, które sprawiają mi przyjemność. Mam gości, z którymi jadam zwykle potrawy wymagające większego nakładu pracy, pijemy ulubione alkohole, rozmawiamy, organizujemy seanse filmowe, słuchamy muzyki, czytamy. Cieszymy się swoją obecnością, obdarowujemy się prezentami. Niczego nie muszę. I to są ŚWIĘTA.
Dodam, że nikogo nie namawiam do zaakceptowania mojej wersji. Można świętować dokładnie odwrotnie: tydzień w marketach, kilka dni przy garach, później wyrzucić na śmietnik połowę żarcia, udawać, że się cieszymy z prezentów kupionych na odpieprz, pokłócić się z połową krewnych o poglądach skrajnie różnych niż nasze, a na koniec cieszyć się,  że już po wszystkim i że możemy wrócić do pracy.
Wesołych świąt!!
PS: na deser coś genialnego; mogę to powiedzieć, bo nie ja to wymyśliłam; a wszystko w zgodzie z moją "filozofią życiową": coś wegańskiego, cudownie zdrowego (ani jednego składnika szkodliwego!); wymagającego około 15-20 minut pracy, niezamulającego: BOSKI MAKOWIEC BEZ PIECZENIA.




niedziela, 14 grudnia 2014

Pamięć niepamięć

Ludzie mają cholernie krótką pamięć.... Dawno, dawno temu, w czasach przedinternetowych, było dużo sklepów, w których nic nie było. Ludzie mieli dużo pieniędzy, za które nic nie można było kupić. Dziewczyny szyły, farbowały, robiły na drutach i ze starego lub brzydkiego wyczarowywały nowe i piękne. Szczęśliwcy, którym udało się wyjechać NA ZACHÓD, brylowali w towarzystwie miesiącami i opowiadali, jakby wrócili z Marsa. Po książki w księgarniach stało się w kilometrowych kolejkach. Kolejki, to była forma życia towarzyskiego, po atrakcyjne towary stało się tygodniami. Pachniało się PEWEXAMI, paliło papierosy kupowane na wagę (tak, tak!!). Żon/mężów można było mieć kilka, ale samochód niekoniecznie. Bywało, że na całe życie, swoje, lub samochodu. Mieszkanie się "dostawało", a później mieszkało w nim do usranej śmierci, z babcią, rodzicami, mężem siostry, dziećmi brata... Na instalację telefonu stacjonarnego czekało się nawet kilkanaście lat. W telewizji był najpierw jeden, później dwa programy i niewiele do obejrzenia. Wakacje w Bułgarii były szczytem marzeń. Ja, z jednych takich przywiozłam sobie męża.
Teraz można mieszkać gdzie się chce. Latać na wyprzedaże do Londynu, na koncert do Berlina, na weekend do Pragi. Po osiemnastych urodzinach koniecznie trzeba zrobić prawo jazdy. Bez wychodzenia z domu można kupić wszystko. Nie, nie...wcale nie uważam, że jest idealnie. Jest mnóstwo do zrobienia! Wciąż są obszary biedy, ludzie, którym się nie powiodło, tacy, którym trzeba pomóc. Ale tacy ludzie byli i będą zawsze. Niektórzy z wyboru. Znam takich, którzy nawet gdyby znaleźli coś cennego, to potknęli by się o to i wybili zęby. Zastanawia mnie tylko dlaczego moi rodacy nie potrafią się z niczego cieszyć. Dlaczego wciąż trzeba kogoś nienawidzić?