poniedziałek, 28 grudnia 2015

Wschód, Andrzej Stasiuk


Wschód, Andrzej Stasiuk
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014

O Andrzeju Stasiuku pisać nie będę, bo człowieka nie znam, niestety, a wszystko o nim można znaleźć w necie. Przeczytałam dopiero jego pierwszą książkę, więc nie będę się też wymądrzać na temat jego twórczości. Jednak już po przeczytaniu pierwszych stron powieści wiedziałam, że polubiłabym i faceta, i to co pisze. Nie znam wielu ludzi, którzy widzą i rozumieją świat tak jak Stasiuk. Do tego posiada on niezwykły dar wyrażania myśli z uderzającą prostotą, językiem takim jakim się mówi. Zawsze zazdrościłam ludziom tej umiejętności posługiwania się językiem, tak, by w kilku słowach zawrzeć cały przekaz. Andrzej Stasiuk to ma. Egzemplarz książki, który skończyłam pęcznieje od fiszek z pozaznaczanymi ważnymi momentami, wyjątkowo celnymi sformułowaniami...
WSCHÓD jest trochę podróżą w czasie, do dzieciństwa spędzanego na Podlasiu, a trochę zapisem wrażeń z rzeczywistych podróży na wschód, czyli na odległe krańce wschodniej Rosji, oraz Mongolii i Chin.
Autor nie kryje zachwytu przyrodą, prostotą życia ludzi tam mieszkających, ale opisuje też jak obracają się w ruinę na siłę budowane gdzieś na krańcach świata osady, miasta całe, których nikt nie potrzebuje, nie chce w nich mieszkać, a więc nie podtrzymuje ich dawnej świetności: "Kiedy w Bracku deszcz padał na pokruszony beton, na zardzewiały metal i na poszarzałe szkło, pojąłem, że tutaj, w tym kraju, wszystko jest przesiąknięte klęską na skalę, o której nie mamy pojęcia." Dalej, w Karakol, "Prąd skończył się razem z upadkiem imperium. Została tylko ta konstrukcja z drewna i drutu, przypominająca fatamorganę portu."
Ta powieść to również zapis wrażeń, uwag, przemyśleń na temat historii i współczesności WSCHODU. O rewolucji mówi: "Ich pomysły dla świata, żeby go zelektryfikować i potem przy tych żarówkach szczuć biednych na bogatych, brzydkich na ładnych, młodych na starych. Elektryczność i nienawiść."
"To były proste idee. Zabrać jednym, rozdać drugim, ogrodzić, nieposłusznych zabić. Najlepiej zabić wszystkich i tylko paru zostawić, żeby wyhodować całkiem nowych."
Prezentowany tu obraz świata nie jest ani piękny, ani optymistyczny. Jak towar na chińskich bazarach, tandeciarski, nikomu niepotrzebny i do tego w nadmiarze. "Błąkając się po chińskich peryferiach i po chińskich sklepach, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ten Lewiatan świata zdąża do chwili, gdy z różowego plastiku, z gumy i folii będzie w stanie wyprodukować nawet nasze myśli i nasze sny." 
Co ważne, autor nie ocenia, jest uważnym obserwatorem, który relacjonuje. Zarówno wrażenia z podróży, jak i zmiany w Polsce, relacje z matką, stosunek do religii, historii, zmian w obyczajowości...
Nostalgiczna, mądra, a jednocześnie prosta powieść o kondycji świata. Czasem miałam wrażenie, że ten Wschód jest tylko pretekstem by to wszystko przekazać. 



niedziela, 6 grudnia 2015

Sztuka manipulacji

W mojej skrzynce pocztowej od pięciu lat znajduję wypełnione przekazy pieniężne dla pewnej organizacji misyjnej. Wystarczy pójść na pocztę i wpłacić. Znajduję te przekazy, mimo tego, że ich adresatka od ponad pięciu lat nie żyje. 
Moja Mama, starsza pani dobiegająca osiemdziesiątki, pochwaliła mi się otrzymanym krążkiem (pozłacanym, podkreśliła, choć obśmiała ilość złota), który jej przysłano w podziękowaniu za datek na jakieś sanktuarium. Mama dzielnie wspomaga kościół uważając, że zapewnia tym sobie łaskawość Tego, który będzie ważyć jej życie. Wspomaga mimo, że jak wszyscy emeryci oszczędza na czym może i liczy każdy grosik.
Znajoma znajomej, wręczyła nieznajomemu całe oszczędności po tym jak jej "córka" zadzwoniła mówiąc,  że w wypadku samochodowym zabiła człowieka. Owszem, poczekano aż pójdzie do banku, niemal cały czas byli z nią w kontakcie telefonicznym. Dopiero gdy nieznajomy mężczyzna wyszedł z prawie pięćdziesięcioma tysiącami złotych, zdała sobie sprawę, że coś jest nie tak. Od ponad roku nie utrzymuje kontaktów z córką, bo uważa, że to ona wyłudziła od niej pieniądze. Nie przekonuje jej ani prowadzone śledztwo, ani zapewnienia córki i policji, że ta nie ma z tym nic wspólnego.
Firmy farmaceutyczne wymyślają przedziwne choroby, aby sprzedawać badziewie, które wyleczy na przykład z ZESPOŁU NIESPOKOJNYCH NÓG czy innej HALITOZY. 
Tego typu historie można by opowiadać w nieskończoność i wszystkie mają wspólny mianownik, choć pozornie dotyczą czego innego. Chyba każdy zna kogoś "przekręconego" w ten sposób. Dorzućmy jeszcze "zdrowotną bieliznę", cudowne garnki, pościel i inne "nadzwyczajne" przedmioty sprzedawane w sprzedaży bezpośredniej, głównie starszym osobom. To pokolenie ma jeszcze pokłady bezgranicznego zaufania.  I kto żyw na tym żeruje.
Problem z brakiem rozumienia rzeczywistości nie dotyczy wcale tylko ludzi starszych i mniej wykształconych. W żadnym stopniu. Mówię o poważnym problemie społecznym określanym mianem ANALFABETYZMU FUNKCJONALNEGO. Jeśli chcesz sprawdzić czy dotyczy to ciebie, odpowiedz sobie na pytanie czy umiesz korzystać ze wszystkich funkcji swego smartfona? 
A jeśli chodzi o tych lepiej wyedukowanych...
Duża część lekarzy nie widzi związku między dietą a stanem zdrowia pacjenta. 
Okrojenie chemii w programie szkoły średniej i na kierunkach medycznych, świadczy o tym, że autorzy podstawy programowej nie rozumieją tego również. 
Ci ostatni nie rozumieją także, że wiedza to ciąg przyczynowo skutkowy i nie można nauczyć przedmiotu (szczególnie) ścisłego, ucząc wybranych losowo zagadnień. 
Uczniowie szkół średnich, z którymi pracuję, w większości nie rozumieją treści podręczników. Nie widzą związków między dowolną nauką a otaczającym światem. Jednym słowem nauka jest ABSTRAKCJĄ. O skali problemu świadczą wyniki egzaminów maturalnych i odsetek niezdających na poziomie 25%.
Ogromna część ludzi nie widzi różnicy między wiarą w Boga a stosunkiem do kościoła jako instytucji. W tym również do duchownych. Dowodem jest nie przyjmowanie do wiadomości faktu pedofilii czy  nadużyć finansowych, nawet skazanych prawomocnym wyrokiem duchownych. Parafianie potrafią zrzucić winę na molestowane dziecko, obarczać je odpowiedzialnością lub oskarżać o kłamstwo. 
A polityka? Tu dopiero się dzieje!! Wystarczy obiecać gruszki na wierzbie. W Krakowie, który się dusi, wystarczy obiecać inwestowanie w odnawialne źródła energii, a na Śląsku w kopalnie. Emerytom wyższe emerytury a nie-emerytom niższy wiek emerytalny. Pracodawcom niższe podatki, a pracującym wyższe pensje. Do tego darmowe leki dla osób w pewnym wieku, zasiłki na dzieci (słynne 500 zł), wyższą najniższą płacę i co tam sobie jeszcze kto życzy. 
Nie ma obaw. Nikt nie zapyta a skąd na to wszystko znajdą się środki. Żeby zadawać pytania, poddawać w wątpliwość, trzeba wzbudzić w sobie jakiś ślad myśli, jakąś refleksję. Po co? Skoro wszystko nam się należy. Dokładnie tak samo jak należy nam się kasa z Unii, choć nie mamy wobec niej żadnych zobowiązań. 
Przeraża mnie fakt, że ludziom można wcisnąć każdy kit, że można obiecać największą bzdurę a oni i tak to kupią.
Manipulujący świetnie zdają sobie z tego sprawę, że poziom zrozumienia jest na takim poziomie, że mogą wszystko.  Politycy, duchowni, twórcy reklam.... Każdy, kto próbuje coś ugrać.
Można temu zaradzić, choć to wymaga czasu. Jedynym rozwiązaniem jest edukacja. W każdym zakresie. A nikt tego nie robi. Jeśli zaczepiony na ulicy obywatel nie wie kto jest  premierem w jego kraju (Tusk, Kaczyński, Duda-takie były też odpowiedzi) to skąd ma wiedzieć jaką rolę pełni Trybunał Konstytucyjny? 
Ale o czymże ja mówię! Rola Trybunału Konstytucyjnego? Gdy nie można zrozumieć, że aby jednym dać, innym trzeba zabrać? 
Jeśli nikt temu nie zaradzi, będziemy mogli się tylko przyglądać tej polce demagogii z populizmem i zastanawiać się do czego doprowadzi.

niedziela, 15 listopada 2015

Pomyśl

Mam wrażenie, że pisanie o czymkolwiek jest teraz nietaktem. Że to tylko forma ucieczki, ale uciekać można na wiele sposobów. Można stworzyć swój własny świat pasji, książek, bliskich ludzi... Bo dosłownie, co raz trudniej uciekać.
Wyobraź sobie taką scenę... na wielkich schodach u podnóża Bazyliki Sacré-Cœur tłum obcych ludzi, pewnie z połowy świata, siedzi i śpiewa Knockin' On Heaven's Door Guns N' Roses, z tekstem Boba Dylana. Taki spontan, ale klimat nieziemski. A teraz ten Paryż...
Świat sobie nie radzi, ucieka od problemów udając, że coś robi. 
A ty myślisz, że wypisując komentarze na portalach społecznościowych, powtarzając pełne nienawiści frazesy, zmienisz coś na lepsze? A przecież uważasz, że jesteś dobrym Polakiem, dobrym katolikiem. Czy nie widzisz w tym sprzeczności? Naprawdę uważasz, że można być człowiekiem i katolikiem i ziać nienawiścią? Siedzisz na tym necie i bezmyślnie powtarzasz banały o islamie. 
Powiedz czym się różni fundamentalizm islamski od fundamentalizmu twojej religii? Uważasz, że możesz być dobrym człowiekiem i nienawidzić pedałów, Żydów, małych łysych, tych w okularach, niejedzących zwierząt, mających więcej kasy, jeżdżących lepszymi samochodami....
Czym twój duchowny różni się od islamskiego mułły, gdy mówi kogo masz lubić, tolerować?  
Zobacz co się dzieje w twoim kraju. Wmówiono ci, że dla twojego dobra masz nienawidzić, nie pomagać, że jesteś lepszy tylko dlatego, że miałeś szczęście urodzić się w tym miejscu. 
Mówi się tobie, że jesteś członkiem narodu wybranego, zmienia się historię przemilczając fakty, bo nie pasują do obrazka. Uwielbiany Maciek Stuhr został zalany falą hejtu po roli w filmie Pokłosie. Bo co? Bo wszyscy Polacy w czasie wojny pomagali Żydom? Tak? Twoi politycy, uważają, ze powinno się oddać Oskara za film Ida, bo mówi, że Polacy nie zawsze byli bohaterskim, prawym narodem, że byli też małymi skurwysynami, którzy potrafili sprzedać człowieka za kromkę chleba. Można pobić cudzoziemca na oczach kilkudziesięciu ludzi... 
Miarą człowieczeństwa jest zdolność do odczuwania empatii, ale nie tylko w stosunku do takich jak ty. 
A moi rodacy wybierają sobie ze swojej sztandarowej religii to co im pasuje. Jak jeden z polityków, cholernie prawicowy Gowin, który odmienia banały o religii i wierze przez wszystkie przypadki, ale może stwierdzić, że papież wcale nie jest nieomylny, gdy ten powiedział coś nie po jego myśli. Taki wybiórczy katolicyzm. To ja proponuję dwa razy w roku święta bożego narodzenia zamiast świąt wielkanocnych, bo te święta z choinką są fajniejsze. 
Pomyśl, proszę, zanim na jakimś facebooku, czy innym twiterze napiszesz kto jest super, a kto nie. Bo widzisz, wierzę w to mocno, że The Three-Fold Law, które funkcjonuje w tylu religiach coś jednak w sobie ma... a ty jesteś przecież głęboko religijną osobą, co podkreślasz na każdym kroku, czyż nie?

niedziela, 1 listopada 2015

Pogrzebany olbrzym, Kazuo Ishiguro



Pogrzebany olbrzym, Kazuo Ishiguro
przekład Andrzej Szulc
Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c., Warszawa 2015


Alegoryczna opowieść o znaczeniu pamięci i podróż jako alegoria życia. Częsty motyw, a jednak całość jest niezwykła, emocjonalna, mądra i nostalgiczna...  Nie ma tu dynamicznej akcji, burzliwej historii. Akcja jest powolna, choć sporo się tu dzieje. 
Para starszych ludzi, Brytów, wyrusza w podróż, bo mają świadomość, że coś złego dzieje się z ich pamięcią. Chcą rozwikłać zagadkę i odnaleźć syna, który ich kiedyś opuścił. Chcą jednocześnie odzyskać przeszłość i boją się, że to czego się o niej dowiedzą, zniszczy ich związek.
A wszystko dzieje się tuż po opuszczeniu przez Rzymian Brytanii. Wśród spotkanych w podróży ludzi jest  rycerz OKRĄGŁEGO STOŁU, Gawain, siostrzeniec króla Artura, są ogry, diabliki, wiedźmy i smoczyca Querig... 
Wśród plemion zamieszkujących wyspę panuje pokój, za który właśnie zapłacono utratą pamięci. A jak się szybko w tej podróży okazuje, za utratą pamięci stoi trujący oddech smoczycy. I nie ma nic za darmo. Bo utrata pamięci powodująca utratę tożsamości. daje ludziom pokój. Smutny wniosek wypływający z tej historii. Trzeba stracić pamięć, by nie było wojen. Utrata pamięci nie pociąga za sobą chęci zemsty, która nie ma końca. I konflikty wygasają. Szkoda, że nie wynika to z mądrości. Ale przecież ludzie mądrzy nie są.  
POGRZEBANY OLBRZYM to moja pierwsza powieść Ishigury. Widziałam tylko ekranizacje jego powieści. Początkowo, czytając miałam dość mieszane uczucia. Głównie dlatego, że bohaterowie zwracają się do siebie w archaizowanym języku, nieustannie powtarzając te same zwroty. No i nie przepadam za konwencją w jakiej została napisana. Tę samą historię można umieścić w dowolnej epoce, w jakichkolwiek realiach. Ale taki był zamiar autora i nie mnie to oceniać.
Każdy w tej historii znajdzie co innego, bo jak powiedział bohater innej powieści, „Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie” (Julian Carax w „Cieniu wiatru”, C. R. Zafon). Mnie poruszyła niezwykle czuła relacja łącząca głównych bohaterów, Axla i Beatrice. Ich lęk przed odkryciem czegoś z przeszłości co zburzy ich związek, ich strach przed tym, że coś ich rozdzieli. Jest w tej powieści jeszcze jedno zapożyczenie, PRZEWOŹNIK, który tylko nieliczne pary przewozi razem na wyspę. Parę musi łączyć wyjątkowa więź i muszą znać odpowiedzi na wszystkie pytania. Tylko wybrane pary mogą zostać przewiezione tą samą łodzią i w tym samym czasie. Przewoźnik nie zna litości.
Poruszająca lektura.

piątek, 30 października 2015

Baśka


Mam wrażenie, że jesień, nawet gdy taka rozzłocona i słoneczna jest bardziej nostalgiczna niż inne pory roku.  Czas jakby nieco zwalnia, a i święta tego okresu, przynajmniej z założenia, powinny nieść refleksję.

Baśka była pierwszą osobą, która uświadomiła nam, że jesteśmy śmiertelni. 
Nie była jakoś szczególnie ładna, ale miała charakter i zawsze się wyróżniała. Niewysoka, z pięknymi, ciężkimi włosami w atramentowym kolorze. No i w przeciwieństwie do nas miała biust. Boże, jak my jej tego biustu zazdrościłyśmy. 
W naszym liceum nosiło się koszmarne mundurki, ale ona miała to gdzieś. Mundurek nosiła...w rękach. Ubierała się w świetnie skrojone sukienki i dopasowane sweterki. My w tych mundurkach robiliśmy tło dla Baśki. 
Chociaż byliśmy w klasie o profilu matematyczno-fizycznym robiliśmy cuda wianki. Ona tłumaczyła z angielskiego piosenki Beatlesów, Lechu z Krzyśkiem nie wychodzili z ciemni fotograficznej, ja prowadziłam kółko chemiczne, a razem z Anką prowadziłyśmy drużyny zuchowe....  Byliśmy tacy zachłanni, chcieliśmy spróbować wszystkiego.
Gdy cała nasza paczka była na etapie dwutygodniowych MIŁOŚCI ŻYCIA, ona przez trzy lata była dziewczyną Alka. Trzy, bo on był o rok starszy i wyjechał na studia do Poznania. 
Parą też byli jakąś inną. Tacy cholernie na serio, zawsze razem, bardziej dorośli niż my razem wzięci. 
Po maturze okazało się, że wszyscy się rozjeżdżamy. Baśka za Alkiem do Poznania, ja z Anką do Wrocławia... 
We Wrocławiu z naszej klasy było nas czworo, w tym Jurek studiujący na uczelni wojskowej. Zawsze gdy do nas wpadał, przynosił nieosiągalne dla nas czekoladki, które kupował w kantynie wojskowej.  To on nam powiedział, że Baśka nie żyje. Przyjechała z mężem i córeczką do rodziców, do naszego małego miasteczka. Wszyscy siedzieli w salonie, gdy dotarło do nich, że długo nie wychodzi z łazienki. Gdy tam weszli już nie żyła. Zmarła na atak serca.
Miała 22 lata! Zdążyła wyjść za mąż i urodzić dziecko. Żyła szybko, jakby wiedziała, że ma mało czasu. 
Teraz jest jedną z dwóch moich przyjaciółek, które zawsze mają tyle samo lat, choć mnie ich przybywa.

poniedziałek, 19 października 2015

Początek

Annie i Jakubowi dedykuję :)

Moje przyjście na świat dało w kość i mnie i mojej mamie. Nie odwróciłam się głową w dół, szyję miałam okręconą pępowiną i mama nieźle się namęczyła zanim się mnie pozbyła. Była silnie wykrwawiona, ważyła 47 kg i była jedną nogą na drugim świecie. A mój widok nie napawał jej optymizmem. Byłam sina, chuda i pomarszczona. Do tego ta zajęcza warga, jak się mamie wydawało. Pomyślała, że lepiej, żeby TO było chłopcem, bo brzydkim chłopcom łatwiej. Ta niby-zajęcza-warga okazała się tylko sklejoną skórą, której na chudym ciałku było zdecydowanie za dużo. 
Ta chudość ciągnęła się za mną długo. Dzieciaki się śmiały, że nogi w kolanach miałam grubsze niż w udach, co dało mi urocze przezwisko SZKIELET. 
Do tego przez całe dzieciństwo chodziłam ubrana inaczej niż reszta, bo dostawaliśmy paczki ze Stanów. Rodzina, żeby nie było, przysyłała nowe, z metkami, ale całkiem inne niż chodzili moi rówieśnicy. A ja tak bardzo chciałam być jak wszyscy! Jakby tego było mało, miałam kota, który chodził za mną jak pies, odprowadzał mnie kawałek do szkoły i zawsze czekał na mnie na takim dużym kamieniu przy końcu ulicy. Ale cofnijmy się trochę, bo się rozpędziłam.
Okoliczności mego przyjścia na świat, spowodowały, że groziło mi trwałe kalectwo w wyniku wrodzonego kręczu szyjnego (nieprawidłowe ułożenie płodu). Moja Mama, mając przeciwko całą rodzinę taty, zdecydowała poddać mnie operacji. Rodzina taty hołdowała zasadzie JAKIM MNIE PANIE BOŻE STWORZYŁEŚ, TAKIM MNIE MASZ. 
Obcięto mi włosy, zostawiając "pędzel" na czubku głowy, a po operacji wpakowano na 6 tygodni w gips. Szeroka opaska na głowie, szyja i cały tułów. Przestałam chodzić. Mama mnie nosiła na rękach, a mój mały braciszek dreptał sam. Do tego był czerwiec-lipiec, piękne, słoneczne lato. Pamiętam doskonale, jak Mama wybrała się z nami na poziomki, posadziła mnie opartą pod drzewem jak lalkę. Nie wiem czy zwyciężyło moje łakomstwo, czy upór, ale wstałam po poziomki i na własnych nogach wróciłam do domu. 
Po co zostawiono ten "pędzel", okazało się gdy zdjęto gips. Trzymając go, utrzymywano moją głowę w pionie, bo szyja się odzwyczaiła. 
Dzieciństwo to jeszcze choroby, które z bratem przeszliśmy wszystkie. Nie chorowaliśmy tylko na dżumę i cholerę. 
Gdy nie zdążyłam zachorować na świnkę we wczesnym dzieciństwie, dzięki bratu, przeszłam ją w jako szesnastolatka, co fatalnie odbiło się na pewnym moim zakochaniu. Ale to temat na zupełnie inną opowieść. To, że przeżyliśmy z bratem, jest wielką zasługą Mamy i tego, że TAK MIAŁO BYĆ. 
Wychowywaliśmy się w otoczeniu psów i kotów. Chodziliśmy po drzewach, płotach i zawsze na skróty, czyli ... przez płoty. To niewiarygodne, ale uwielbiałam płoty. Przechodziłam przez nie nawet jak na samej górze był drut kolczasty. Najgorsza droga do domu, była ta normalna. Na tych płotach zostawała niezliczona ilość fragmentów sukienek i spodni.
No i zawsze coś się na mnie goiło. Poobijane kostki, bo chodząc zdzierałam je do krwi, wiecznie podrapane nogi, zdarte kolana... Przed każdym wyjazdem na kolonie, Mama przetrzymywała nas tydzień, dwa w domu,  by upodobnić nas do tych bardziej cywilizowanych. 
Jak każde dziecko, energia mnie roznosiła. Była skakanka, gra w klasy, podchody, turnieje piłkarskie, gra w chowanego. Ale były i książki, które czytaliśmy z bratem gdy padało, zimą i po nocach. Przy świetle, a gdy je ograniczano (bo mamy się wyspać) to przy latarkach. A jak i te zabrano, to przy świecach. Czytałam wszystko co wpadło w ręce:  Jamesa F. Coopera, J. Verne'a, Jamesa O. Curwooda, Z. Nienackiego, A. Szklarskiego...
Takie zwyczajne dzieciństwo... Ale dzięki tej zwyczajności, myśląc o dzieciństwie, widzę słoneczny dzień.

niedziela, 11 października 2015

Ojciec

Rozmawiałam z nim dwa razy w życiu. Zawsze w przełomowym dla mnie momencie. Pierwszy raz,  gdy nad ranem przyjechałam do domu rodzinnego i po nocy w pociągu chciałam tylko usiąść i zapalić papierosa. Pierwszy raz przy nim. Uważał, że kobieta nie powinna palić, ale nie komentował, podał mi ogień. Nawet nie wiem co wtedy powiedział, ważne, że mnie wysłuchał.
Pamiętam kilka scen z jego udziałem. Bardzo wczesny ranek lipcowy, gdy odprowadził mamę i mnie z bratem na pociąg. Wyjeżdżaliśmy na wakacje do Międzyzdrojów. Stał na dworcu i machał na pożegnanie. To jedna z najsmutniejszych scen z mojego dzieciństwa. Nigdy nie wyjechaliśmy z nim na wakacje. Jego praca była ważniejsza. Przez całe lata nie korzystał z urlopów, wypłacano mu ekwiwalent. Za to my wyjeżdżaliśmy na całe wakacje: kolonie, obozy żeglarskie, za granice, do dziadków... 
Druga scena, gdy wracałam któregoś dnia matur, a on chodził na rogu ulicy, przy której mieszkaliśmy, tam i z powrotem, z nieodłącznym papierosem. Nigdy nie podejrzewałam, że martwi się o moją maturę, liceum skończyłam z drugą lokatą. Nie wiedział nawet na jaki kierunek będę zdawać, bo w międzyczasie zmieniło mi się kilka razy. On był na etapie trzeciego pomysłu od końca. 
Zawsze mi powtarzano, że byłam miłością jego życia. Często trudno było mi w to uwierzyć. Ale wiem, że osiwiał w jedną noc, gdy miałam trzy lata. Moje życie wisiało wtedy na włosku, byłam operowana przez nietrzeźwego chirurga, w całym mieście wyłączono prąd i trzeba było gdzieś w piwnicy przełączyć na alternatywne zasilanie. O moim życiu decydowały sekundy. 
Ponoć zawsze byłam do niego bardzo podobna. Dostawałam białej gorączki, gdy to słyszałam. 
Był bardzo energiczny, biegał, nie chodził. Nie potrafił mówić cicho, zawsze krzyczał. On do mnie, ja do niego. Byliśmy antagonistami z założenia. Nie zgadzałam się z nim dla zasady. Był uroczym zamordystą. Mieliśmy z bratem wracać na czas, mówić gdzie i z kim wychodzimy... Nigdy nie było odpowiedniego towarzystwa dla jego dwójki dzieci. Ale nie umiał niczego nam odmówić. Można było wyciągnąć od niego wszystko to, na co nie pozwalała mama. 
Oszalał na punkcie mojego syna. Był najlepszym dziadkiem na świecie. Pamiętam jak po podróży, niewyspany, z moim synkiem na plecach, godzinami brykał na kolanach. 
Każdego miesiąca jechał pięćset kilometrów, by spędzić kilka dni z wnukiem. Rowerek kupił zanim maluch umiał chodzić. 
Kochał życie, spotkania rodzinne, dobre jedzenie i alkohol. Zawsze był duszą towarzystwa. Słychać było tylko jego i jego donośny śmiech. 
Gdy po przejściu na emeryturę doznał wylewu i został częściowo sparaliżowany, ta wola walki i ukochanie życia pozwoliły mu wrócić do formy. Ćwiczył, przeszedł na dietę, przestał palić. Dzięki temu nie był całkowicie uzależniony od żony, bo umiał się sam ubrać, wymyć, ogolić... Ale to już nie był ten sam tata. 
Moje dzieci, tak jak ja kiedyś, jeździły do dziadków na wakacje. Do ślicznego miasteczka na Pomorzu Zachodnim, otoczonego lasami, z mnóstwem jezior i z czystym powietrzem. Chyba te wakacje były niezłe, skoro moja córka po latach powiedziała, że pamięta klimat z wakacji jak z powieści Dzieci z Bullerbyn
Nie miał łatwego życia. Jego ojciec zmarł, gdy on miał piętnaście lat. Został jedynym mężczyzną do opieki nad matką i dwiema siostrami. Myślę, że jednak był szczęśliwy. Umiał się cieszyć małymi rzeczami. Przez wiele lat odpoczywał hodując pszczoły. Robił piękne ule, malował na pastelowe kolory i opatrywał srebrzystymi cyferkami. Dzięki temu znam smak świeżego miodu z plastra wyjętego z ula. Ale też łapałam roje, które zawsze siadały na najwyższych drzewach, pomagałam robić ramki na miód...
Nie wiem dlaczego, ale od kilku dni nie przestaję o nim myśleć. Mam nadzieję, że gdziekolwiek jest mój TATA, jest mu dobrze i niczego mu nie brakuje. 

czwartek, 8 października 2015

Dwa życia Kiki Kain, M. A. Trzeciak



Dwa życia Kiki Kain, M. A. Trzeciak
Wydawnictwo NOVAE RES, Gdynia 2015

Dwóch mężczyzn o literackich ciągotach opowiada o jednej kobiecie. Są przyjaciółmi i znają się od zawsze. Obaj są w niej zakochani. Ona pomieszkuje raz z jednym, raz z drugim. Żadnego wydawałoby się nie wyróżnia. Obaj opowiadający inaczej widzą jej życie. W obu opowieściach historia zmierza do jakiegoś przełomu, o czym obaj opowiadający wciąż wspominają. Aż cała historia zaczyna się sypać. Następuje odrealnienie fabuły, bo nijak nie można z niej wybrnąć, a autorka nie chce sprecyzować zakończenia. Ma być tajemniczo i niejednoznacznie......
Nie czytuję tego typu powieści, choć nie mam jasno określonych preferencji. Przeczytałam, bo na wielu blogach ją chwalono. I choć wiem, że narażę się bardzo, powiem, że potwierdziło się to, o czym kilka razy wcześniej napisałam. Trzeba mieć CHARAKTER, żeby napisać niepochlebną opinię o książce, którą się DOSTAŁO. Dlatego, wybaczcie, ale nie ufam recenzjom. Jeszcze mniej zapewnieniom z okładek, że trzymane w rękach dzieło jest bestsellerem.
Jestem rozczarowana, szczególnie, że na Lubimy Czytać też dostała wysoką notę. 
Sam pomysł, choć nie jest oryginalny, zapowiadał się interesująco. Ale nie został wykorzystany. Powieść jest przegadana, płytka, postaci naszkicowane powierzchownie, szczególnie postać głównej bohaterki, wokół której zbudowana jest cała fabuła. Za dużo banałów i pseudofilozoficznego gadania. 
Pobiłam kolejny rekord w czytaniu, jakby nie było, niezbyt obszernej książeczki (233 str.).
Nudziłam się i męczyłam strasznie, a na dokładkę dostałam rozczarowujące zakończenie. Zastanawiam się, czy autorka nie miała na nie pomysłu, czy jest to zamysł celowy. 
Jakby tego było mało, książka jest źle wydana.
PS: zerknęłam na zdjęcie i przyznaję, że zestawienie tej powieści z dwiema pozostałymi, to wręcz profanacja. Ale miarą WIELKOŚCI jest często DYSTANS do błahostek, więc filozofowie w zaświatach pewnie mi wybaczą.

środa, 23 września 2015

Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem, Oliver Sacks


Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem, Oliver Sacks
przełożyła Barbara Lindenberg
Wydawnictwo Zysk i S-ka

Oliver Sacks zmarł 30 sierpnia 2015 roku, w trakcie moich zmagań z jego powieścią. Nie jestem zwolenniczką tego typu publikacji, tak samo jak nie lubię pewnego rodzaju prasy i telewizji. Nie znoszę po prostu żerowania na najniższych instynktach, epatowania dziwnością, odmiennością, byle tylko przyciągnąć uwagę. Niemal od pierwszych stron zastanawiałam się w jakim celu pisze się tego typu rzeczy. Dla profesjonalisty jest to zbyt "popularnonaukowe", a dla nie-profesjonalisty zbyt "fachowe". Czytając, wciąż miałam wrażenie, że autor ma dziką frajdę prezentując kolejne, jeszcze bardziej dziwne "przypadki". Zdecydowanie nie bawi mnie ta tematyka. Szczególnie, że lawinowo rośnie ilość ludzi z problemami psychicznymi. Psychologia to błądzenie we mgle, a psychiatria to jedna z najbardziej kontrowersyjnych dziedzin medycyny. Po pierwsze ze względu na swoją mroczną przeszłość, a po drugie dlatego, że tak trudno zdefiniować STAN CHOROBOWY. 
Gdy będę chciała dowiedzieć się czegoś, to poszukam publikacji naukowych.
Jedyna mądra (?) myśl jaka mi przyszła do głowy, to ta, że wciąż więcej nie wiemy, niż wiemy. Neurolodzy nadal spierają się czy używamy 3% czy 30% mózgu. Po co taki zapas, czemu ma służyć? Choć z drugiej strony wiadomo, że uszkodzone na przykład wskutek udaru lub wylewu obszary, mogą być zastąpione innymi, które przejmują ich funkcje. Psychiatria w dużej mierze błądzi po omacku, siłą rzeczy lawirując między pojawiającymi się i znikającymi "jednostkami chorobowymi".
Poleciłabym tę książkę osobom, które lubią sobie "wkręcać" różne przypadłości, może być ona niezłym źródłem inspiracji.

PS: przykro mi Renato, że nie podzielam twojej opinii na temat tej książki, w końcu ty mi ją poleciłaś.

niedziela, 20 września 2015

Poranna kawa w C.

- Nie uważasz, że wszystko się jakoś pomieszało (ona użyła niecenzuralnego synonimu)?- powiedziała Agata wyłaniając się z dymu papierosowego. 
- Żadnych rozmów o polityce dzisiaj! Już się boję włączyć tv, oszołom na oszołomie!
Trochę się trzęsłam z zimna, bo w żadnym znanym mi pomieszczeniu nie pali się papierosów, więc siedziałyśmy z poranną kawą w pustym, kawiarnianym ogródku.
- Wszystko stało się jakieś nieprzewidywalne -kontynuowała. Starość nie jest już synonimem mądrości, duchowny pobożności, wykształcenie nie oznacza wiedzy...
- Wiesz, pewien siedemnastolatek powiedział mi w tym tygodniu, że ma w dupie ewentualną wojnę, bo w takiej sytuacji trzeba się po prostu dostosować i robić swoje. Walka i ryzykowanie utraty życia nie ma sensu.
- Czyli tak zwany patriotyzm ostał się jedynie w środowisku kiboli i narodowców?
- A to jakaś różnica?
- Ale też jakiś wypaczony, nie sądzisz?
- Mam wrażenie, że wszystko u nas działa na zasadzie: "jestem tak niezwykłą osobą, że wszystko mi się należy, ale nic nie muszę".
- Postawa roszczeniowa też jakoś się upowszechniła - odezwała się dotąd milcząca M. 
- Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby domagać się zadośćuczynienia, a jak wiecie, sprzedałam mieszkanie, żeby spłacić kredyt.
Kelnerka przyniosła w tym czasie drugą kawę i wodę mineralną gazowaną, zamiast niegazowanej. 
- Rolnicy mają KRUS, dopłaty, odszkodowania, bo susza lub powódź, a co mają ci z miasta?
- Mają gdzie iść na kawę.
- Ech.. święta za pasem... znowu powód do frustracji... gdzie, z kim, jak pogodzić żarcie z nie-żarciem, nie-wegan z weganami...
- Najlepiej zaproś wszystkich do jakiegoś marketu, tam jest najbardziej świątecznie.
- I będą gotowe dekoracje w wersji MASTER. 
- Wczoraj ponad 10 minut jeździłam po parkingu w galerii i wyjechałam, bo nie znalazłam miejsca...bieda, moje drogie, bieda...
- Dostałam zaproszenie na zjazd absolwentów.
- I jedziesz?
- W życiu!! Przecież wiesz o czym tam się gada. O tym, czego się dorobiłaś i na co chorujesz. Nie mam się czym chwalić.
- To może i dobrze, co?
- Miałam kontakt z kilkoma osobami z czasów studenckich i chyba wolałabym ich zapamiętać z tamtych czasów. Jeden tłumaczył mi jak ważne są dla niego wartości rodzinne i dlaczego związany jest z tą opcją polityczną a nie inną. A przy okazji dowiedziałam się, że kolejne "kobiety życia" znajduje na białoruskich i ukraińskich portalach randkowych. To jak to jest z tymi normami etycznymi? No i jemu latka lecą, a kobiety są constans.
- Hipokryta.
- Nie, facet.
.....

niedziela, 30 sierpnia 2015

Chłopiec z latawcem, Khaled Hosseini


Chłopiec z latawcem, Khaled Hosseini
przekład Maria Olejniczak- Skarsgard
Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz sc

Byłam bardzo ciekawa wrażeń z lektury innych czytelników i przeczytałam chyba kilkanaście recenzji na Lubimy Czytać. Poza powszechnym zachwytem, który podzielam, napisano, że jest to historia wzruszająca i za notą na okładce powtarzano, że jest o "przyjaźni, zdradzie i próbie naprawienia błędów przeszłości". Nie znalazłam (choć przyznaję, nie przeczytałam wszystkich) ani jednego słowa o skutkach ekstremizmu religijnego, o konsekwencjach państwa wyznaniowego, o systemie kastowym społeczeństwa... A to jest tematem tej powieści. Jakbym czytała inną książkę.
Przecież, poza rzeczywiście MORZEM WZRUSZEŃ, jest właśnie o tym. I o miejscach na świecie ZAPOMNIANYCH PRZEZ BOGA I LUDZI. 
Bezpieczny świat się kurczy na naszych oczach. Wyjazd do coraz większej ilości miejsc na świecie przypomina rosyjską ruletkę. W Meksyku giną tysiące ludzi, w krajach Ameryki Południowej rządzą gangi narkotykowe i skorumpowani politycy, sytuacja w Afryce to prawdziwy dramat. Ilu ludzi odróżnia Pakistan od Afganistanu? Kto cokolwiek wie o historii tej części świata? O genezie konfliktu? O sytuacji gospodarczej, o zróżnicowaniu etnicznym...
Europejczycy odwiedzający w czasie wakacji północną Afrykę, przechodzą do porządku dziennego nad faktem, że miejsca dla turystów są wydzielonymi enklawami. Oazami luksusu na gigantycznej pustyni biedy.
Od czasu do czasu robi się wrzawa, bo kolejni terroryści islamscy dokonują zamachów mordując niewinnych Europejczyków. A jak mordują swoich rodaków to jest w porządku, prawda?
Podwójna moralność istnieje wszędzie. Każda władza demoralizuje, bo w którymś momencie pozwala ludziom wierzyć, że są bezkarni!!
Blaise Pascal, francuski matematyk, fizyk i filozof religii powiedział, że "Doświad­cze­nie uczy nas dos­trze­gać ol­brzy­mią różnicę między dob­ro­cią a pobożnością." a także, że "Poznanie człowieka rodzi rozpacz." Z przykrością stwierdzam, że podzielam ten pogląd.
Obszar Afganistanu przez setki lat przechodził z rąk do rąk i był miejscem ścierania się wpływów. Już w VII wieku został silnie zislamizowany. W XIX wieku o wpływy walczyła tu Wielka Brytania i Rosja. Powód? Liczne surowce: ropa naftowa, gaz ziemny, węgiel, rudy metali, kamienie szlachetne...W tym ponad 30 milionowym kraju ponad 60% ludzi to analfabeci. Ponad 80% to sunnici, reszta szyici. Czy przeciętny Europejczyk wie, że te dwa odłamy islamu się zwalczają? Ale dalej... Afganistan to ponad 70 języków i tyle samo grup etnicznych. Pasztunowie stanowiący większość, będący głównie sunnitami i antropologicznie zaliczający się do rasy białej, stanowią grupę uprzywilejowaną, stojącą wyżej w hierarchii społecznej. Hazarowie to grupa etniczna trzecia co do liczebności w Afganistanie, większość to szyici, lud pochodzenia mongolskiego. Mają swój język i odrębność etniczną.
A jeśli chodzi o tę piękną, mądrą i dramatyczną powieść, to należy uwzględnić minimum informacji powyżej, aby trochę zrozumieć jej tło historyczne. 
Dwaj chłopcy wychowują się bez matek. Jedna zmarła przy porodzie, druga odeszła. Pasztun i Hazara. Amir i Hasan. Syn bogatego i wykształconego przedsiębiorcy i syn służącego. Razem się bawią i dorastają. Jeden chodzi do szkoły, drugi jest analfabetą. Jeden mieszka w luksusowym domu, drugi w ulepionej z gliny chałupie. Mały Hazara przygotowuje śniadanie, pierze, prasuje i cały dzień pracuje, gdy mały Pasztun spędza czas w szkole.
Łączą ich wspólne zabawy, w tym miłość do latawców. W tle historia, obalenie króla, wejście Rosjan a następnie dojście do władzy talibów. Wprowadzenie prawa koranicznego i najbardziej jak można było, surowego prawa szariatu, co wprowadziło nieznany nawet podczas obecności Rosjan terror.
Istotą powieści jest przemiana świadomości Pasztuna, do której dochodzi gdy sam wszystko traci. I jeszcze wątek wyrzutów sumienia. Mały Hazara, Hasan, zawsze dawał dowody bezgranicznego oddania, bronił Amira i stawał po jego stronie. Problem w tym, że główny bohater, Amir, całe życie żyje z poczuciem winy, bo nie stanął w obronie Hasana, gdy ten został zgwałcony. Nie jest to dla mnie oczywiste, bo jak dwunastolatek mógł się przeciwstawić trzem blisko dwudziestoletnim bandziorom.
Kluczowym wątkiem dla mnie jest zrozumienie, że nie ma przynależności etnicznej, liczy się człowiek. Oddany, dobry, wierny, życzliwy... I sposób w jaki przedstawił tę historię autor. Ukazując, że mały Hazara, mimo braku wykształcenia, był bardzo inteligentnym dzieciakiem. Przy tym obdarzonym niezwykłą intuicją i szlachetnością charakteru. Wielkodusznym, mądrym i uczciwym.
Z całą pewnością jest to lektura obowiązkowa, historia, która pozostanie w głowie na zawsze.   

sobota, 8 sierpnia 2015

Jedwabnik, Robert Galbraith


Jedwabnik, Robert Galbraith
przekład Anna Gralak
Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2014

Gdy zaginął pisarz, Owen Quine, jego żona zwraca się do Cormorana Strike'a z prośbą o jego odszukanie. Quine jest autorem kiepskich powieści, w których wciąż powtarzają się te same wątki, przesadnie naszpikowane erotyką i pozbawione dobrego smaku. Przy tym jest niewiernym mężem i megalomanem. Żona pokornie znosi fanaberie męża, niedostatek i zajmuje się niepełnosprawną córką.  Quine nie jest lubiany, nie jest cenionym pisarzem, ani dobrym mężem. Nawet kochankiem jest do niczego. 
Do tego, tuż przed zaginięciem, usiłował wydać kolejnego gniota, w którym w jednoznaczny, skandalizujący sposób pisze o środowisku pisarzy i wydawców, zdradzając prywatne tajemnice i obrażając wszystkich, z kochanką włącznie. Praktycznie dołożył większości znanych mu osób.  Choć powieść nie została wydana, zrobiło się o niej głośno, ze względu na skandalizującą zawartość. Pod względem literackim była jeszcze gorsza niż poprzednie powieści. Wszyscy opisani mieli powody by nie dopuścić do jej wydania. No i wkrótce się okazuje, że autor nie zaginął, lecz został zamordowany. Pikanterii dodaje fakt, że miejsce zbrodni zostało wręcz w teatralny sposób ucharakteryzowane na finalną scenę powieści. Jasne jest, że mordercą jest ktoś kto ją przeczytał, a grono osób, które miały dostęp do maszynopisu, jest bardzo ograniczone.

Drugi kryminał z udziałem Cormorana Strike'a, to oprócz zagadki zabójstwa pisarza, również dalszy ciąg jego zmagań z przeszłością. Zbliża się dzień ślubu jego byłej dziewczyny, z którą był szesnaście lat w związku. Problemy z niepełnosprawnością, zabawne dialogi, rozwijająca się przyjaźń z asystentką Robin, która jest prawdziwym atutem powieści. Fajnie rozwija się relacja między Cormoranem i Robin, której ślub zostaje odsunięty ze względu na nagłą śmierć przyszłej teściowej. Ewidentnie daje to miejsce na tykający jak bomba zegarowa romans między detektywem i jego seksowną, ognistowłosą asystentką. Ten romans tym bardziej wisi w powietrzu, że narzeczony Robin jest dupkiem, który oczekuje, że dziewczyna podporządkuje swoje życie i karierę związkowi.
Kilka razy w powieści pada stwierdzenie, że zbyt dużo ludzi pisze, a zbyt mało czyta. Zastanawiałam się na ile jest to zdanie autorki, czy pisarzy profesjonalnych w ogóle. Na ile to środowisko czuje na plecach oddech konkurencji w postaci blogujących.
Kolejna uwaga... akcja powieści umieszczona jest w środowisku pisarzy i wydawców i nie przedstawia tego środowiska w pozytywnym świetle. Ciekawe na ile jest to obraz prawdziwy.
Pomyślałam też sobie, że gdy jest się osobowością na miarę J.K. Rowling, to można wielokrotnie debiutować odnosząc sukces, bo trzeba przyznać, że zmieniając profil pisarski po serii z Harrym Potterem, nie poszła po najmniejszej linii oporu.
Zdałam też sobie sprawę pisząc to, że pamiętam kilka wątków z powieści z najmniejszymi szczegółami, a musiałam zastanowić się kto zabił (minęło kilka tygodni od jej przeczytania). Czyli przy całej sympatii do bohaterów, chyba nie wątek kryminalny najbardziej mnie wciągnął.
Już czekam na kolejne części... A tę polecam z pełnym przekonaniem.

niedziela, 26 lipca 2015

Ta, którą nigdy nie byłam, Majgull Axelsson



Ta, którą nigdy nie byłam, Majgull Axelsson
przełożyła Katarzyna Tubylewicz
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008
Seria z Miotłą

Kiedyś pisząc o jakiejś książce Majgull Axelsson, powiedziałam, że w jej powieściach nie ma szczęśliwych ludzi. Może nie warto pisać o ludziach szczęśliwych? A może nie ma szczęśliwych ludzi? Faktem jest, że czwarta powieść, TA, KTÓRĄ NIGDY NIE BYŁAM, jest o kolejnych zmaganiach się z życiem. O rodzinach, które nie dają poczucia bezpieczeństwa, o przyjaciołach, którzy zawodzą, miłościach bez miłości... Bohaterką jest kobieta, która od dzieciństwa jest świadoma dwóch osób we własnym ciele. Nawet rodzice zwracali się do niej Mary lub Marie. Skłonność do schizofrenii odziedziczyła po matce, byłej więźniarce Auschwitz, prawdopodobnie Żydówce polskiego pochodzenia. Będąc jeszcze nastolatką, stała  się częścią grupy rówieśniczej, osób równie jak ona poturbowanych przez los, choć każda w inny sposób. Grupa w ogóle stanowiła dziwną zbieraninę. Wywodzili się z różnych środowisk, z rodzin o różnym statusie majątkowym, o innej pozycji społecznej. Mary Marie w dzieciństwie regularnie przebywała w domach dziecka lub rodzinach zastępczych, gdy stan matki pogarszał się na tyle, że była umieszczana kolejny raz w szpitalu psychiatrycznym. Każdy z członków grupy był na swój sposób pokiereszowany emocjonalnie, nikt nie miał normalnych relacji z rodzicami. Wszyscy mieli ewidentne problemy w nawiązywaniu relacji z ludźmi. Dlatego też, nie jestem do końca przekonana, czy można określić ich mianem przyjaciół. Nie jest przecież standardem sypianie z mężem przyjaciółki, czy żoną przyjaciela. Zależności w tej grupie były i skomplikowane, i wielopłaszczyznowe. Nie można nawet powiedzieć, że członkowie grupy się lubili. Wprost przeciwnie. Mimo to, na swój sposób się wspierali, a nawet tworzyli własne tradycje. 
Główny wątek powieści obraca się jednak wokół dramatycznych wydarzeń w życiu Mary Marie, której mąż, nota bene permanentnie dopuszczający się zdrad, zostaje znaleziony ze skręconym karkiem,  wyrzucony z okna przez nieletnią prostytutkę lub jej alfonsa. Pikanterii historii dodaje fakt, że sama Mary Marie jest członkiem rządu i z urzędu zajmuje się problemem wykorzystywania ludzi, handlu ludźmi, w tym prostytuujących się, nielegalnych emigrantek z Europy wschodniej. Ale dosyć o fabule.
Sposób narracji, gdzie raz otrzymujemy wizję rzeczywistości postrzeganej przez jedną osobowość a raz przez drugą, chaos i brak chronologii, potęguje wrażenie tego co się dzieje w świadomości głównej bohaterki. Do końca nie można być pewnym, czy odłączenie męża od urządzeń podtrzymujących życie jest faktem, czy tylko czymś co chciałaby zrobić. Niejednoznaczne jest też zakończenie. Jak wszystkie powieści Majgull Axelsson i ta jest trudna do zdefiniowania, niejednoznaczna i wielowarstwowa. Jak zawsze jest to studium natury ludzkiej, gdzie podczas lektury o INNYCH, najwięcej dowiadujemy się o SOBIE SAMYCH. 
Nasuwa mi się również uwaga, że nie trzeba być chorym na schizofrenię, by wciąż zmagać się z różnoraką naturą nas samych.
Ta powieść to również obraz przemian jakie zachodzą w Szwecji na przestrzeni czterdziestu lat, sporo uwag na temat istoty polityki, hipokryzji władzy, czy problemów z jakimi zmaga się współczesna Europa. Jest również o tym, jak rodzina, w której przychodzimy na świat determinuje nasze życie. 
A na koniec cytat, który bardzo mi się podoba. Tymi słowami autorka określiła związek jaki łączył główną bohaterkę z MĘŻCZYZNĄ JEJ ŻYCIA: "... nasz związek to taniec o skomplikowanych krokach, w którym nieustannie zamieniamy się miejscami."
Polecam.

sobota, 11 lipca 2015

Jadłonomia. Kuchnia roślinna-100 przepisów nie tylko dla wegan, Marta Dymek



Jadłonomia. Kuchnia roślinna-100 przepisów nie tylko dla wegan, Marta Dymek
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2014


Opiniowanie książki kucharskiej to zupełnie co innego, niż recenzja literatury pięknej. Przecież bierze się pod uwagę zupełnie inne kryteria. Choćby to, że w tzw literaturze użytkowej liczy się przede wszystkim zawartość merytoryczna. O tej książce mogę szczerze powiedzieć, że jest rewelacyjna pod wieloma względami. 
Po pierwsze została napisana przez autorkę bloga kulinarnego, który otrzymał tytuł BLOGA ROKU 2013 w kategorii blogów kulinarnych. Prezentuje najbardziej popularne przepisy, sprawdzone i opiniowane wielokrotnie przez czytelników. Propaguje zdrową kuchnię, a przepisy często przywiezione zostały przez autorkę z zagranicznych wojaży. Tych dalszych i bliższych, na przykład z Ukrainy. Każdy receptura opatrzona jest indywidualnym komentarzem, a to jakimś wspomnieniem, a to historyjką na temat źródła przepisu.
A przy tym książka jest naprawdę atrakcyjnie wydana i świetnie zilustrowana. 
To, że przepisy są w 100% roślinne, nie oznacza, że są adresowane do wegan i wegetarian. Są tak smakowite, że z pewnością przypadną do gustu również mięsożercom. 
Swego rodzaju fenomenem jest również to, że w czasach powszechnej dostępności przepisów w internecie, mnóstwo ludzi kupiło tę książkę by ją MIEĆ, po prostu. A przecież wystarczyłoby wejść na bloga o tym samym tytule, lub tysiące podobnych. 
Polecam wszystkim lubiącym dobrą kuchnię, przywiązującym wagę do zdrowego stylu życia, lubiącym eksperymentować w kuchni i poszukującym nowych smaków.
Dodam jeszcze, że pierwszy raz zdarzyło mi się, że już w pierwszym tygodniu od zakupu książki przetestowałam kilka przepisów i wciąż szukam w niej inspiracji. 


wtorek, 7 lipca 2015

Romans wszech czasów, Joanna Chmielewska


Romans wszech czasów, Joanna Chmielewska
Wydawnictwo Olesiejuk, Warszawa 2015

Joanna Chmielewska to niezwykła postać w literaturze polskiej. Uważana za jedną z najpoczytniejszych polskich pisarek, autorka przezabawnych powieści detektywistycznych i obyczajowych. Niezwykle inteligentna, obdarzona ogromnym poczuciem humoru. Ponoć nie czytywała prasy i nie oglądała telewizji. Skrupulatnie strzegła życia prywatnego. Stworzyła za to ekscentryczną, dość rozległą rodzinę, która wielokrotnie przewijała się przez kolejne powieści. Jej książki były wiele razy filmowane i tłumaczone. Od października 2014 roku Wydawnictwo Olesiejuk wydaje kolejne powieści w cyklu KRÓLOWA POLSKIEGO KRYMINAŁU. 
Ósmą pozycją serii jest ROMANS WSZECH CZASÓW. Joanna, główna postać powieści, cierpiąca na brak gotówki, przyjmuje propozycję odgrywania pewnej kobiety, ponoć uwikłanej w dość skomplikowany romans. Zamieszkuje w jej domu i z jej mężem. Wkrótce okazuje się, że "mąż" jest dokładnie kimś takim jak ona. Mąż tylko gra męża. Para mimo początkowej niechęci porozumiewa się i zaczyna prowadzić śledztwo. Prosta historyjka, gdyby nie fakt, że jak zwykle po mistrzowsku napisana. I choć nie jest to dzieło wybitne, ani nawet najlepsze w twórczości pisarki, świetna zabawa gwarantowana. Joanna, występująca w kilku powieściach, zakochuje się na zawołanie, jej romanse są zwykle niezwykle pogmatwane i mogłyby stanowić samodzielny wątek powieści. 
A mnie, w trakcie czytania, przyszło do głowy, że jest ogromne podobieństwo między twórczością Agathy Christie i Joanny Chmielewskiej. Choć inne trochę lata i miejsca akcji, to obie pisarki wykreowały totalnie swoją rzeczywistość. Nawet ci źli często dają się lubić i jest w tych powieściach jakaś ELEGANCJA. We wszystkim. W języku narracji i tym, którym posługują się bohaterowie, w opisywanych miejscach i strojach... Taki świat zupełnie z innej epoki, do którego można zatęsknić.
Polecam, choć wiem, że nie muszę. Wszyscy kochają Joannę Chmielewską.  

piątek, 3 lipca 2015

Wszyscy lubimy się uczyć

W tym tygodniu ogłoszono kolejne, rewelacyjne wyniki matur. Interesujące mnie przedmioty ze średnią krajową 42/54% (biologia) i 52/56% (chemia). Dwa wyniki, bo tzw stara i nowa podstawa programowa. Około 28% matury nie zdało, jest progres (wzrasta ilość niezdanych matur) i za cholerę nie rozumiem dlaczego stwierdzono, że to dobre wyniki. Widać komentatorzy mają taki sam problem z czytaniem ze zrozumieniem, jak uczniowie. 
Kilka refleksji ...
W jakimś filmie, którego tytułu nie pamiętam, matka w rozmowie z synem, kazała mu słuchać nauczyciela, twierdząc, że ktoś tak mądry musi mieć rację. Dzieciak odpowiedział, że gdyby to była prawda i nauczyciel był taki mądry, to nie wykonywałby takiej beznadziejnej pracy, za tak małe pieniądze. No i zaczęłam od puenty.
Jesienią 2013 roku, przez przypadek trafiłam na program, do którego została zaproszona świeżutka minister edukacji narodowej. Zapytana jakie ma kwalifikacje do kierowania ministerstwem, odpowiedziała, że ma troje dzieci, każde na innym etapie edukacji, stąd świetnie orientuje się w problemach szkoły. Czy osoba mająca sześcioro dzieci nie byłaby lepszym ministrem?
Niedawno Gazeta opublikowała informację, że odliczając wszystkie święta, ferie, długie weekendy ... dzieci chodzą do szkoły jakieś 160 dni w roku.
Co trzy lata "wchodzi" do szkół tzw. nowa podstawa programowa, w coraz większym stopniu redukująca zakres materiału. Jakby nikt nie zdawał sobie sprawy, że wiedza to ciąg przyczynowo-skutkowy i nie da się wytłumaczyć rzeczy wyrwanych z kontekstu. Szczególnie, gdy dotyczy to przedmiotów ścisłych: chemii, matematyki, fizyki. 
Szkoła realizuje w takim stopniu materiał, że kto żyw chodzi na korepetycje. Ze wszystkiego. Podręczniki szkolne są na takim poziomie, jakby były adresowane do osób niepełnosprawnych intelektualnie, a i tak ponad połowa uczniów nie rozumie przekazu.
Co trzy lata "wchodzą" nowe podręczniki, dzięki temu zarabia autor i wydawnictwo. Dwójka dzieci nie może skorzystać z tych samych, gdy różnica wieku jest większa niż trzy lata. 
Nauczyciele mają wciąż poczucie krzywdy. Za niskie wynagrodzenia i za mały prestiż społeczny! W czasie jednego z ostatnich strajków domagano się POSZANOWANIA ZAWODU NAUCZYCIELA. Jakby można było narzucić to odgórnie. Równie dobrze mogli się domagać uznania, że wszyscy są MĄDRZY I KULTURALNI. 
Z wykształceniem nauczycieli jest jak u WOODY'EGO ALLENA:  Ci, którzy nic nie potrafią, uczą, a ci, którzy nie potrafią uczyć, uczą W-F. A ci, którzy kompletnie nic nie potrafili, znaleźli się w naszej szkole. 
Dzieciaki przynoszą mi ze szkół takie rzeczy, że włos się jeży. Na przykład w klasie z rozszerzoną fizyką, nie ma fizyki, bo nauczyciel głównie IDZIE W DYGRESJE na tak zwane gorące tematy: aborcja, związki partnerskie, seks, polityka i co tam jeszcze w tvn wałkują aktualnie.
W innej szkole nauczyciel ONANIZUJE SIĘ komentując każdą sprawę tak, że MUSI MIEĆ podtekst seksualny. Na przykład: "Byłbym dobry w kosza, bo skutecznie mógłbym pokryć wasze wszystkie koleżanki" albo "Co ty, baba jesteś, że wszystko do buzi bierzesz?" To są raczej przykłady w wersji lajt. A dzieciaki się cieszą, bo nie rozumieją ani, że są molestowane seksualnie, ani że facet ma ewidentny problem, który załatwia ich kosztem.
Inna profesjonalna odpowiedź należąca do ulubionych: "Dobre pytanie, mam nadzieję, że nie zadadzą go wam na maturze". No i oczywiście, żadnych prób wyjaśnienia.
Szczerze, to na ten temat można by napisać książkę (której pewnie nikt by nie przeczytał). Sfrustrowani są uczniowie i ich rodzice. Nauczyciele, jak każda grupa zawodowa chcą więcej kasy, bo niby dlaczego nie, zawsze można więcej zarabiać i mniej pracować. Nikt nie powie przy tym, że jestem beznadziejny, bo większość uważa, że jak raz skończyło jakąś szkołę to POSIADŁO WIEDZĘ TAJEMNĄ I NIE MUSZĄ SIĘ JUŻ UCZYĆ DO USRANEJ ŚMIERCI.
Ale, g'woli przypomnienia: domagamy się szacunku, miłości, szczęścia, zdrowia i wszelkiej pomyślności. 
PS: A przy okazji można zacząć się domagać obniżenia wieku emerytalnego, najlepiej do trzydziestego roku życia, zniesienia konieczności spłaty wszystkich kredytów (dlaczego tylko we frankach?), skrócenia czasu pracy do ...no niech będzie 4 dni w tygodniu, wydłużenia urlopów....
I najlepiej w tej sprawie przeprowadzić referendum.

piątek, 26 czerwca 2015

Złota czara, Henry James


Złota czara, Henry James
przekład Anna Kłosiewicz
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2011

W notce o Henrym Jamesie napisano, że jest wybitnym amerykańskim pisarzem i teoretykiem literatury. Autor, o swym dziele napisał, że jest najlepszą książką, jaką kiedykolwiek stworzył. Tę informację należy potraktować bardzo poważnie, bo oznacza, że należy trzymać się z daleka od jego twórczości.
Pierwsze zdanie przedmowy składa się z 54 słów i zupełnie nie wiem co mówi, no może poza tym, że autor ponownie przeczytał to, co napisał. Tę powieść można podsumować jako maksimum słów, przy minimum treści. Budowane zdania są tak rozwlekłe, tak wielokrotnie złożone, że odnosi się wrażenie, że autor w połowie zapominał co chce powiedzieć. Wszystko jest tak szczegółowo opisywane, że gdyby to opuścić, pierwszych osiemdziesiąt stron, zmieściłoby się na trzech, może czterech. Nic się tu nie dzieje, nie ma tu żadnych emocji, jest jedna wielka NUDA. W życiu nie czytałam tak przeględzonej książki. Mistrzostwo świata! Nie wytrzymałam, gdy na dwóch stronach opisywał kolor włosów, ni to rude, ni kasztanowe. Jakby to miało jakieś znaczenie. 
A przy tym jest mnóstwo wypowiedzi zupełnie bez sensu. Przytoczę jeden przykład: "Poza tym dawno wyrobił sobie opinię na temat siły umysłu młodej damy. Miał podstawy sądzić, że jest ona wielka, nie na tyle jednak, by kolidować z jej dobrym smakiem."
Czy "siła umysłu" może kolidować z "dobrym smakiem"? Jestem w stanie zrozumieć, że brak tej siły, może skutkować brakiem smaku, ale odwrotnie?
W każdym bądź razie, pierwszy raz w życiu się poddaję. Nie przeczytam do końca tego gniota, bo mój czas jest zbyt cenny.

wtorek, 23 czerwca 2015

Kronika ptaka nakręcacza, Haruki Murakami



Kronika ptaka nakręcacza, Haruki Murakami
tłumaczenie Anna Zielińska-Elliott
Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2008
audiobook czyta Grzegorz Jurkiewicz

KRONIKA PTAKA NAKRĘCACZA, powieść Murakamiego z 1995 roku, uważana za jedną z najbardziej znaczących w jego dorobku. Paradoksalnie posiadająca wszystkie cechy jego pisarstwa i znacznie różniąca się od wcześniejszych.
Tradycyjnie kluczową postacią jest ANTYBOHATER Murakamiego. Osoba Toru Okady, kompletnego nieudacznika, człowieka pozbawionego ambicji, porzucającego pracę i pozostającego na utrzymaniu żony. Rzecz tym bardziej nietypowa, że obca japońskiej kulturze, w której mężczyzna jest osobą dominującą.
Toru Okada wiedzie nudne życie, zajmuje się domem, nie ma żadnych aspiracji. Do czasu, w którym zaczyna się ciąg niewyjaśnionych zdarzeń: gubi się kot, następnie porzuca go żona. Gdy wyrusza na ich poszukiwanie, inicjuje serię niezwykłych spotkań.
Nie on jest jednak najważniejszy w tej wielowątkowej historii. On jest tylko postacią spajającą te wątki, PRETEKSTEM do ich opowiedzenia, biernym słuchaczem. Toru Okada posiada wszystkie cechy głównej postaci Murakamiego: bierność, dyspozycyjność, bezwolność, łatwość manipulowania...
Typowe dla pisarstwa Murakamiego są również kobiety występujące w powieści. Tradycyjnie pozbawione imion lub posiadające symboliczne imiona: Gałka, Malta, Kreta...Kobiety są tak podobne, że często główny bohater ma problemy z ich identyfikacją. Podobnie się ubierają, noszą ten sam rozmiar ubrań, wszystkie jakoś obciążone traumatyczną przeszłością. Często prostytuujące się lub wykorzystywane seksualnie.
Kolejną cechą wspólną powieści jest zatarcie granicy między rzeczywistością i fikcją. Często nie można precyzyjnie określić co jest przyczyną co skutkiem. Nieoczywista jest chronologia wydarzeń.
Te alternatywne rzeczywistości przez to z łatwością się przenikają i zawsze istnieje miejsce, punkt, w którym można się między nimi przemieszczać. Może to być telewizor, okno, winda lub studnia jak w tej powieści.
Jednak, bez względu na to jak nieistotny jest bohater Murakamiego, jak bardzo drugoplanowy, to jednak nic co się dzieje, nie jest bez związku z nim. Toru Okada, podobnie jak kilku jego poprzedników, przechodzi metamorfozę. Tu, dobrowolnie izoluje się zamykając się w studni, głoduje, przebywa na granicy dwóch światów. To czego jest świadkiem, suma jego doznań i przemyśleń stymuluje tę przemianę.
Nowy w tej powieści jest wątek marionetkowego państewka Mandżukuo, przewijający się w opowieści byłego żołnierza i wspomnieniach Gałki. Zjawisko tym bardziej nietypowe, że jest to czarna karta w historii Japonii. Nie prowadzi jednak do jakichkolwiek rozliczeń z historią. Nie, nie. Opowiedziane zostaje raczej z pozycji Japończyka ofiary brutalności Chińczyków, Mongołów czy Rosjan. A zainteresowanych odsyłam do literatury na temat historii Mandżukuo i ludobójstwa w Nankinie.
Podsumowując, wszystkie powieści Murakamiego można analizować w wielu aspektach, a tę w szczególności. Cokolwiek zostanie powiedziane nie wyczerpie tematu i może być postrzegane zupełnie inaczej przez innego czytelnika. Może w tym tkwi fenomen autora.
Zawsze pozostawia miejsce na indywidualną interpretację, zawsze będzie mnóstwo niewyjaśnionych wątków. Świat Murakamiego to wyjątkowo skomplikowane miejsce.




piątek, 19 czerwca 2015

Drobny kłopot, Mark Haddon


Drobny kłopot, Mark Haddon
przekład Marta Klimek-Lewandowska
Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2008

Mark Haddon znany jest przede wszystkim jako autor książek dla dzieci i bestsellerowej powieści DZIWNY PRZYPADEK PSA NOCNĄ PORĄ. DROBNY KŁOPOT to powieść dla dorosłego czytelnika. Od razu odniosę się do informacji na okładce...czy jest "niezwykle zabawna"? Zabawna jest z pewnością, ale poczucia humoru nie można zmierzyć i nie jest czymś OBIEKTYWNYM. Zatem nie wszystkich śmieszy to samo i w równym stopniu. Powieść jest ZWYCZAJNIE ZABAWNA,  miejscami. Bywa też refleksyjna, czasem mądra, w całości lekka, świetnie się ją czyta. Nie może być, że się do czegoś nie przyczepię. Mark Haddon mógłby mi oszczędzić szczegółów seksu gejowskiego i opisów zachowań w toalecie. Wszystko się tak strasznie pomieszało. Czy to tylko mnie razi, brzydzi...bo nie gorszy! Mam zakodowane, że w towarzystwie nie rozmawia się o fizjologii jeśli nie jest to absolutnie konieczne. Swoją drogą może być? Przecież "coś" można zachować dla siebie, szczególnie gdy jest oczywiste.
Nie będę podawać więcej szczegółów, bo robi mi się niedobrze. To nie dotyczy tylko tej książki, muszę to dodać.
A cała reszta, naprawdę warta przeczytania. Jest świetny, dowcipny i prawdziwy obraz rodziny. Wcale nie taki znowu brytyjski, raczej uniwersalny. Każdy prędzej czy później doświadczy tego, że jak się wali to na wszystkich frontach. Tak jest tutaj. Córka wychodzi za faceta, którego nie akceptują rodzice, żona ma romans, syn jest w homoseksualnym związku, trudnym do zaakceptowania dla rodziców, do tego stres po przejściu na emeryturę i podejrzenie choroby nowotworowej. Brakuje tylko jakiegoś kataklizmu lub epidemii. 
I paradoksalnie, ta dysfunkcyjna rodzina stanowi kapitalny zespół. Bo przy wszystkich wariactwach każdego oddzielnie i wszystkich razem, są kochający i spragnieni tej miłości w każdej relacji: rodzice-dzieci, pary hetero i homo, rodzeństwa plus przyjaciele. I jest tu jak w powiedzonku, że z rodziną źle, a bez rodziny jeszcze gorzej.
Dlatego mimo wcześniejszych kilku zastrzeżeń polecam jako uroczą wakacyjną lekturę.

niedziela, 14 czerwca 2015

Dziwny przypadek psa nocną porą, Mark Haddon


Dziwny przypadek psa nocną porą, Mark Haddon
przekład Małgorzata Grabowska
Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2004

Świat ludzi zdrowych, od świata ludzi chorych, dzielą lata świetlne. O problemach i potrzebach chorych wiedzą oni i ich rodziny. Wszyscy robimy za mało, by te dwa światy zintegrować. A przecież o naszym człowieczeństwie świadczy stosunek do tych, którzy potrzebują pomocy.
Z tego powodu DZIWNY PRZYPADEK PSA NOCNĄ PORĄ MARKA HADDONA, należy postrzegać przynajmniej w dwóch aspektach. Z pozoru jest to tylko historia piętnastolatka, który pewnej nocy, odkrywa na przydomowym trawniku zabitego psa sąsiadki. W pierwszej chwili to on zostaje oskarżony, zabrany na posterunek policji i dodatkowo oskarżony o napaść na policjanta, który usiłował go dotknąć. Sprawa wygasa, gdy ojciec chłopca wyjaśnia, że syn jest autystykiem.
Chłopiec, Christopher, postanawia, że zostanie detektywem i wyjaśni kto tak brutalnie zabił psa. Poznajemy jego sposób myślenia, relacje z ojcem, który się nim opiekuje, szkołę i kilku nauczycieli uczących dzieci z różnym stopniem upośledzenia. Christopher opowiada o dzieciakach, które często mają znacznie większe problemy niż on sam. Przedstawia swój świat, ze swojej perspektywy. Mówi o strachu przed tłumem ludzi, przed zmianami, obcymi... Ale dowiadujemy się również o jego nieprawdopodobnych zdolnościach matematycznych i miłości do liczb. To liczby, matematyczne działania i rytm, który ten jest w jakimś sensie matematyką, pozwalają się uspokoić, gdy przychodzi atak paniki.
Drugi aspekt tej powieści, zamierzony czy nie, to walory poznawcze. Dzięki autorowi możemy choć w niewielkim stopniu zobaczyć świat widziany z pozycji autystycznego nastolatka. Opowiada o problemach z jakimi muszą zmierzyć się każdego dnia, ale i o ich marzeniach. A jest to chwilami zupełnie inny świat. Bardziej intensywnych bodźców, pełen innych dźwięków, zapachów, głosów, barw. Rzeczywistość, która rzadko bywa przyjazna. Problemem mogą być pozornie najprostsze czynności: kupno biletu komunikacji miejskiej, dotarcie z punktu A do B, wypłata pieniędzy z bankomatu, przejście przez bramki metra i tysiące innych.
Mark Haddon opowiada również jak trudna jest miłość rodziców, nie to, że pełna wyrzeczeń, ale mimo absolutnej akceptacji, wymagająca ogromu starań, by być obecnym w często niedostępnym świecie dziecka. 
Ta historia niesie też szalenie pozytywne przesłanie. Dziecku można pomóc na tyle różnych sposobów, ale najlepszy jest ten, polegający na POMOCY W OSIĄGNIĘCIU JEGO CELÓW. 
A mnie się nasuwa jeszcze jedna refleksja. Jeżeli za dysfunkcję uważa się problem z nawiązaniem PRAWIDŁOWYCH (co to znaczy prawidłowych?) relacji z ludźmi, odczytywanie komunikatu pozawerbalnego, ADHD ... przy jednoczesnych ponad przeciętnych zdolnościach w naukach ścisłych, to w jakim stopniu można mówić o UPOŚLEDZENIU? Kto jest upośledzony, ludzie cierpiący na autyzm czy ci nieposiadający żadnych zdolności, ale postrzegani jako zdrowi psychicznie. A może ci, którzy mają "świetne relacje towarzyskie" z tysiącem znajomych na portalach społecznościowych, ale nie umiejący nawiązać relacji w REALU? A może ci, którzy komunikują się za pomocą emotikon, a nie potrafią zwerbalizować uczuć? 
To niezwykła książeczka ucząca tolerancji, bo pozwala troszeczkę poznać, a poznać to może zrozumieć. Taką mam nadzieję. 
Kilka cytatów:
- Nie rozumiem ludzi. Z dwóch zasadniczych powodów. Pierwszym zasadniczym powodem jest, że ludzie bardzo dużo mówią bez używania słów.
- Odparłem, że lubię kiedy panuje porządek. Logika zaś jest jednym ze sposobów porządkowania rzeczy. Zwłaszcza w przypadku liczb lub argumentów.
- Sądzę, że ludzie wierzą w niebo, ponieważ nie lubią śmierci i chcieliby żyć dalej, nie podoba im się myśl, że ktoś się wprowadzi do ich domu i wyrzuci ich rzeczy do śmieci.
- Ludzie mówią, że zawsze trzeba mówić prawdę. Ale nie myślą tak na serio, ponieważ nie można mówić ludziom starym, że są starzy, nie wolno mówić nikomu, że dziwnie pachnie ... Nie wolno też nikomu mówić "Nie lubię ciebie", chyba że ten ktoś zrobił ci coś okropnego.
- Podejmując decyzje w swoim życiu, ludzie kierują się intuicją. Lecz to logika pomaga znaleźć właściwe rozwiązanie.   
PS: miałam ogromny problem z dotarciem do tej książki. Osiągalna była w zaledwie kilku antykwariatach w wariackiej cenie. Dlaczego się jej nie wznawia?

czwartek, 11 czerwca 2015

Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki, Mario Vargas Llosa


Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki, Mario Vargas Llosa
przekład Marzena Chrobak
Wydawnictwo Znak, Kraków 2009

Mario Vargas Llosa, autor SZELMOSTW NIEGRZECZNEJ DZIEWCZYNKI uważany jest za jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy. Jest jednocześnie pierwszym i dotąd jedynym peruwiańskim noblistą w dziedzinie literatury. Choć uważam, że nagroda Nobla mocno się zdewaluowała, nie mogę zająć stanowiska i ocenić twórczości Llosy, bo to pierwsza książka autora, jaką przeczytałam. Powieść zupełnie dla mnie niejednoznaczna.

Zaczynałam ją czytać dwukrotnie. Po pierwszym podejściu przeleżała ponad rok, a gdy zabrałam  się za nią ponownie, pobiłam osobisty rekord, 180 stron czytałam prawie dwa miesiące, choć zabrałam ją na wakacje. Nie mogłam się zmusić, wszystko mnie w niej drażniło: charakter głównego bohatera i jednocześnie narratora, cynizm kobiety, którą kochał, język narracji, a szczególnie zdrobnienia (partyzanteczka, Chilijeczka, Japoneczka, ciałko...), ciągłe zwracanie się do siebie głównych postaci per "niegrzeczna dziewczynko" i "grzeczny chłopczyku"... Irytowała mnie porażająca głupota faceta, który traktowany instrumentalnie przez kobietę, którą kochał, wciąż rzucał wszystko, gdy ta potrzebowała pomocy, jego permanentna dyspozycyjność i gotowość do każdego poświęcenia. Przy tym, nie ma ani słowa o powodach tej niezwykłej fascynacji kobietą, poza seksem. Być może nie mam pojęcia o emocjach, ale dla mnie to za mało. Dodam jeszcze, że miejscami autor wręcz epatuje seksem i często bywa wulgarnie.
Samą powieść można zamknąć w sformułowaniu, że jest to historia życia, kilkadziesiąt lat, opowiedziane tak, jakby jedyne ważne było to, co ma związek z kobietą. Zmianie ulegają miejsca akcji: jest Lima, Paryż, Londyn, Tokio i Madryt. Zawsze wtedy, gdy miasto jest tłem dla historycznych wydarzeń: rewolucja młodzieżowa końca lat sześćdziesiątych to Paryż. Londyn został tłem dla zaznaczonej ledwie rewolucji seksualnej lat siedemdziesiątych. Wspomniane jest o komunistycznych i socjalistycznych ruchach rewolucyjnych w krajach południowoamerykańskich i Kubie. Ale o historii jedynie się wspomina, jakby chcąc uzasadnić przemiany w charakterze postaci i konieczność zmiany miejsca. Osią spinającą wszystkie te wydarzenia jest toksyczna, destrukcyjna miłość do kobiety, której jedynym atutem jest atrakcyjność fizyczna.
Nie chcę opowiadać całej książki, może ktoś zechce ją przeczytać. Gdzieś w połowie może, zaczynają być jasne powody bezgranicznego cynizmu głównej bohaterki, choć moim zdaniem nic nie usprawiedliwia takiej postawy życiowej. Ale to moje prywatne zdanie.
Faktem jest też, że stała się rzecz dziwna. Tak jak nie mogłam tej książki zacząć, tak pod koniec nie mogłam się od niej oderwać. Z całą pewnością jest to najdziwniejsza historia o miłości jaką czytałam. Pozostaje tylko pytanie, czy na miarę nagrody Nobla.
Myślę, że jakkolwiek ją oceniać, należy do gatunku tych, które na długo pozostaną w głowie, jestem o tym przekonana.



sobota, 30 maja 2015

Wieczór w Boston Manor Park

W zachodniej części Londynu stoi opuszczony BOSTON MANOR HOUSE, choć niezamieszkały otoczony jest bardzo ładnie utrzymanym parkiem. Wybudowany 1623 roku, był własnością prywatną do 1924 roku. Takich miejsc w Londynie są dziesiątki, nie zmienia to faktu, że każde ma specyficzny charakter i pozwala uciec od zgiełku wielkiego miasta. 
Na zdjęciach zachód słońca nad parkiem, zamieszkana barka, a ten biurowiec mieniący się w słońcu to własność koncernu farmaceutycznego Glaxo. Na niemal każdym zdjęciu widoczne samoloty świadczą o bliskości największego lotniska Heatrow.   


















poniedziałek, 25 maja 2015

Cambridge

Cudowne, magiczne, klimatyczne, malarskie...Cambridge. Można tygodniami biegać z aparatem i nie zdoła się pokazać wszystkiego, co jest tego warte. Monumentalne budowle i małe uliczki, zwykłe sklepy w cudownych starych wnętrzach, koncerty uliczne. Niezwykłe połączenie starego z nowym. Magia, magia na każdym kroku. Nic dziwnego, że w majową, pogodną niedzielę wszędzie widać dzikie tłumy. Patrząc na ludzi, przegląd całego świata. 
Nie mogłam uwierzyć, gdy przeczytałam na Wikipedii, że prawa miejskie otrzymało zaledwie w 1951 roku, przecież uniwersytet założono w 1209, drugi najstarszy po Oksfordzie w Anglii.