niedziela, 11 października 2015

Ojciec

Rozmawiałam z nim dwa razy w życiu. Zawsze w przełomowym dla mnie momencie. Pierwszy raz,  gdy nad ranem przyjechałam do domu rodzinnego i po nocy w pociągu chciałam tylko usiąść i zapalić papierosa. Pierwszy raz przy nim. Uważał, że kobieta nie powinna palić, ale nie komentował, podał mi ogień. Nawet nie wiem co wtedy powiedział, ważne, że mnie wysłuchał.
Pamiętam kilka scen z jego udziałem. Bardzo wczesny ranek lipcowy, gdy odprowadził mamę i mnie z bratem na pociąg. Wyjeżdżaliśmy na wakacje do Międzyzdrojów. Stał na dworcu i machał na pożegnanie. To jedna z najsmutniejszych scen z mojego dzieciństwa. Nigdy nie wyjechaliśmy z nim na wakacje. Jego praca była ważniejsza. Przez całe lata nie korzystał z urlopów, wypłacano mu ekwiwalent. Za to my wyjeżdżaliśmy na całe wakacje: kolonie, obozy żeglarskie, za granice, do dziadków... 
Druga scena, gdy wracałam któregoś dnia matur, a on chodził na rogu ulicy, przy której mieszkaliśmy, tam i z powrotem, z nieodłącznym papierosem. Nigdy nie podejrzewałam, że martwi się o moją maturę, liceum skończyłam z drugą lokatą. Nie wiedział nawet na jaki kierunek będę zdawać, bo w międzyczasie zmieniło mi się kilka razy. On był na etapie trzeciego pomysłu od końca. 
Zawsze mi powtarzano, że byłam miłością jego życia. Często trudno było mi w to uwierzyć. Ale wiem, że osiwiał w jedną noc, gdy miałam trzy lata. Moje życie wisiało wtedy na włosku, byłam operowana przez nietrzeźwego chirurga, w całym mieście wyłączono prąd i trzeba było gdzieś w piwnicy przełączyć na alternatywne zasilanie. O moim życiu decydowały sekundy. 
Ponoć zawsze byłam do niego bardzo podobna. Dostawałam białej gorączki, gdy to słyszałam. 
Był bardzo energiczny, biegał, nie chodził. Nie potrafił mówić cicho, zawsze krzyczał. On do mnie, ja do niego. Byliśmy antagonistami z założenia. Nie zgadzałam się z nim dla zasady. Był uroczym zamordystą. Mieliśmy z bratem wracać na czas, mówić gdzie i z kim wychodzimy... Nigdy nie było odpowiedniego towarzystwa dla jego dwójki dzieci. Ale nie umiał niczego nam odmówić. Można było wyciągnąć od niego wszystko to, na co nie pozwalała mama. 
Oszalał na punkcie mojego syna. Był najlepszym dziadkiem na świecie. Pamiętam jak po podróży, niewyspany, z moim synkiem na plecach, godzinami brykał na kolanach. 
Każdego miesiąca jechał pięćset kilometrów, by spędzić kilka dni z wnukiem. Rowerek kupił zanim maluch umiał chodzić. 
Kochał życie, spotkania rodzinne, dobre jedzenie i alkohol. Zawsze był duszą towarzystwa. Słychać było tylko jego i jego donośny śmiech. 
Gdy po przejściu na emeryturę doznał wylewu i został częściowo sparaliżowany, ta wola walki i ukochanie życia pozwoliły mu wrócić do formy. Ćwiczył, przeszedł na dietę, przestał palić. Dzięki temu nie był całkowicie uzależniony od żony, bo umiał się sam ubrać, wymyć, ogolić... Ale to już nie był ten sam tata. 
Moje dzieci, tak jak ja kiedyś, jeździły do dziadków na wakacje. Do ślicznego miasteczka na Pomorzu Zachodnim, otoczonego lasami, z mnóstwem jezior i z czystym powietrzem. Chyba te wakacje były niezłe, skoro moja córka po latach powiedziała, że pamięta klimat z wakacji jak z powieści Dzieci z Bullerbyn
Nie miał łatwego życia. Jego ojciec zmarł, gdy on miał piętnaście lat. Został jedynym mężczyzną do opieki nad matką i dwiema siostrami. Myślę, że jednak był szczęśliwy. Umiał się cieszyć małymi rzeczami. Przez wiele lat odpoczywał hodując pszczoły. Robił piękne ule, malował na pastelowe kolory i opatrywał srebrzystymi cyferkami. Dzięki temu znam smak świeżego miodu z plastra wyjętego z ula. Ale też łapałam roje, które zawsze siadały na najwyższych drzewach, pomagałam robić ramki na miód...
Nie wiem dlaczego, ale od kilku dni nie przestaję o nim myśleć. Mam nadzieję, że gdziekolwiek jest mój TATA, jest mu dobrze i niczego mu nie brakuje. 

6 komentarzy:

  1. Bardzo pięknie to napisałaś, z miłością, zrozumieniem, czułością...

    OdpowiedzUsuń
  2. Śliczny wpis. Uderzył mnie w nim upływ czasu, który Pani pokazała. Człowiek, jego życie, jego osobowość - to tylko mgnienie, sekunda. Zadziwiające, jak wiele to mgnienie może dla nas znaczyć, jak doskonale będziemy je pamiętać. Przyznam szczerze, że to mój największy strach, patrzeć na kogoś bliskiego, ukochanego, właśnie jak na chwilę, błysk który przeminął. D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z wiekiem nabieramy dystansu, również do upływu czasu i ten strach przestaje być taki straszny

      Usuń
  3. Bardzo piękny i wzruszający wpis. Zazdroszczę mimo wszystko tych kilku dobrych wspomnień, ja o moim ojcu niestety nie mogę powiedzieć nic dobrego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. widzisz, Anno, upłynęło trochę czasu od odejścia mojego taty, może to pozwoliło mi spojrzeć na wszystko z perspektywy...to była mimo wszystko bardzo trudna relacja...pozdrawiam

      Usuń