poniedziałek, 19 października 2015

Początek

Annie i Jakubowi dedykuję :)

Moje przyjście na świat dało w kość i mnie i mojej mamie. Nie odwróciłam się głową w dół, szyję miałam okręconą pępowiną i mama nieźle się namęczyła zanim się mnie pozbyła. Była silnie wykrwawiona, ważyła 47 kg i była jedną nogą na drugim świecie. A mój widok nie napawał jej optymizmem. Byłam sina, chuda i pomarszczona. Do tego ta zajęcza warga, jak się mamie wydawało. Pomyślała, że lepiej, żeby TO było chłopcem, bo brzydkim chłopcom łatwiej. Ta niby-zajęcza-warga okazała się tylko sklejoną skórą, której na chudym ciałku było zdecydowanie za dużo. 
Ta chudość ciągnęła się za mną długo. Dzieciaki się śmiały, że nogi w kolanach miałam grubsze niż w udach, co dało mi urocze przezwisko SZKIELET. 
Do tego przez całe dzieciństwo chodziłam ubrana inaczej niż reszta, bo dostawaliśmy paczki ze Stanów. Rodzina, żeby nie było, przysyłała nowe, z metkami, ale całkiem inne niż chodzili moi rówieśnicy. A ja tak bardzo chciałam być jak wszyscy! Jakby tego było mało, miałam kota, który chodził za mną jak pies, odprowadzał mnie kawałek do szkoły i zawsze czekał na mnie na takim dużym kamieniu przy końcu ulicy. Ale cofnijmy się trochę, bo się rozpędziłam.
Okoliczności mego przyjścia na świat, spowodowały, że groziło mi trwałe kalectwo w wyniku wrodzonego kręczu szyjnego (nieprawidłowe ułożenie płodu). Moja Mama, mając przeciwko całą rodzinę taty, zdecydowała poddać mnie operacji. Rodzina taty hołdowała zasadzie JAKIM MNIE PANIE BOŻE STWORZYŁEŚ, TAKIM MNIE MASZ. 
Obcięto mi włosy, zostawiając "pędzel" na czubku głowy, a po operacji wpakowano na 6 tygodni w gips. Szeroka opaska na głowie, szyja i cały tułów. Przestałam chodzić. Mama mnie nosiła na rękach, a mój mały braciszek dreptał sam. Do tego był czerwiec-lipiec, piękne, słoneczne lato. Pamiętam doskonale, jak Mama wybrała się z nami na poziomki, posadziła mnie opartą pod drzewem jak lalkę. Nie wiem czy zwyciężyło moje łakomstwo, czy upór, ale wstałam po poziomki i na własnych nogach wróciłam do domu. 
Po co zostawiono ten "pędzel", okazało się gdy zdjęto gips. Trzymając go, utrzymywano moją głowę w pionie, bo szyja się odzwyczaiła. 
Dzieciństwo to jeszcze choroby, które z bratem przeszliśmy wszystkie. Nie chorowaliśmy tylko na dżumę i cholerę. 
Gdy nie zdążyłam zachorować na świnkę we wczesnym dzieciństwie, dzięki bratu, przeszłam ją w jako szesnastolatka, co fatalnie odbiło się na pewnym moim zakochaniu. Ale to temat na zupełnie inną opowieść. To, że przeżyliśmy z bratem, jest wielką zasługą Mamy i tego, że TAK MIAŁO BYĆ. 
Wychowywaliśmy się w otoczeniu psów i kotów. Chodziliśmy po drzewach, płotach i zawsze na skróty, czyli ... przez płoty. To niewiarygodne, ale uwielbiałam płoty. Przechodziłam przez nie nawet jak na samej górze był drut kolczasty. Najgorsza droga do domu, była ta normalna. Na tych płotach zostawała niezliczona ilość fragmentów sukienek i spodni.
No i zawsze coś się na mnie goiło. Poobijane kostki, bo chodząc zdzierałam je do krwi, wiecznie podrapane nogi, zdarte kolana... Przed każdym wyjazdem na kolonie, Mama przetrzymywała nas tydzień, dwa w domu,  by upodobnić nas do tych bardziej cywilizowanych. 
Jak każde dziecko, energia mnie roznosiła. Była skakanka, gra w klasy, podchody, turnieje piłkarskie, gra w chowanego. Ale były i książki, które czytaliśmy z bratem gdy padało, zimą i po nocach. Przy świetle, a gdy je ograniczano (bo mamy się wyspać) to przy latarkach. A jak i te zabrano, to przy świecach. Czytałam wszystko co wpadło w ręce:  Jamesa F. Coopera, J. Verne'a, Jamesa O. Curwooda, Z. Nienackiego, A. Szklarskiego...
Takie zwyczajne dzieciństwo... Ale dzięki tej zwyczajności, myśląc o dzieciństwie, widzę słoneczny dzień.

2 komentarze:

  1. Wiesz, aż zachciało mi się płakać. Wzruszyłam się przy Twoich słowach. Ja również czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce, i również książki z serii Pan Samochodzik ;)

    OdpowiedzUsuń