środa, 28 stycznia 2015

Bakłażany duszone z pomidorami


Pomijając fakt, że prawidłowa dieta powinna być urozmaicona i zbilansowana, wciąż poszukuję nowych smaków. Mieszkam w ponad dwustutysięcznym mieście, w którym trzeba się najeździć, żeby kupić coś wegańskiego. No i nie ma ani jednego miejsca gdzie można coś takiego zjeść. "Taka gmina..."

Ostatnio w mojej kuchni dominują bakłażany. Ich zaletą jest to, że można je przyrządzać na tysiąc sposobów. Choć dają mnóstwo możliwości, dobrze jest wiedzieć, że te najlepsze, to wcale nie te najładniejsze. Zdrowsze są te nieco matowe, o pomarszczonej skórce, ponieważ bakłażany zawierają naturalną truciznę, solaninę. Tę samą substancję, która zawarta jest w zabarwionych na zielono ziemniakach i niedojrzałych pomidorach. 
Dlatego kroję je w plastry, solę i zostawiam na kilka minut. Następnie wycieram papierowym ręcznikiem. Takie są gotowe do przyrządzenia. 
W czasie smażenia należy uważać z ilością oleju, bo chłoną go jak gąbka, a wystudzone oddają i wszystko może się taplać w tłuszczu.
Składniki: 2 bakłażany, 2-3 cebule, kilka ząbków czosnku, puszka pomidorów pelati (o tej porze roku są dużo lepsze niż świeże), 2-3 łyżki koncentratu pomidorowego, tymianek, bazylia, oregano, pieprz, sól.
Duszę to do połączenia się składników, nie do całkowitego rozgotowania. Moje są dość ostre, bo zawsze dodaję jeszcze słodką paprykę i chili. 
Wszelkie przepisy powinny być tylko inspiracją, sugestią, dlatego przyprawianie każdy powinien dostosować do własnych preferencji.
Moje bakłażany świetnie pasują do makaronów, na ciepło lub do pieczywa, na ciepło lub zimno.   

W miseczce obok, sałatka z pomidorów, papryki, szczypiorku w dipie z awokado. Pycha!

niedziela, 25 stycznia 2015

Księga przeznaczenìa, Parinoush Saniee



Księga przeznaczenìa, Parinoush Saniee
tłumaczenie Monika Popławska
Wydawnictwo Sonia Draga Katowice, 2013

Parinoush Saniee napisała książkę niezwykłą pod każdym względem. Powieść, która opowiada historię kobiety i jej rodziny na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Gdy historia się zaczyna, Masuma, główna bohaterka, jest irańską nastolatką. Jest bardziej inteligentna, bardziej pracowita niż jej bracia, ale to ona musi przekonać wszystkich, by pozwolono jej kontynuować naukę. Jest muzułmanką i jej rodzina o tradycyjnych poglądach, inaczej widzi rolę kobiety. Większość żeńskich krewnych kończy edukację po kilku klasach i zostaje wydana za mąż. Ich rola sprowadza się do rodzenia dzieci i zajmowania się domem. Jednak dzięki poparciu szkoły i ojca kontynuuje naukę, wbrew woli reszty rodziny, szczególnie starszych braci. Jeden z nich jest alkoholikiem i narkomanem, a i tak ma więcej do powiedzenia niż Masuma i lepszą pozycję w rodzinie.
Chodząc do szkoły, każdego dnia jest pilnowana, śledzona i gdy wdaje się w niewinny flirt, zostaje brutalnie pobita. Zostaje uwięziona w domu, pozbawiona opieki lekarskiej i cudem niemal wraca do życia po kilku tygodniach. Wkrótce po tym, wbrew woli zostaje wydana za mąż. Mężczyznę zobaczy dopiero na uroczystościach ślubnych. Paradoksalnie, kierując się nakazami religii, wydają ją za komunistycznego działacza i ateistę. Zaletą nowej sytuacji jest to, że może kontynuować naukę i mąż nie stosuje wobec niej przemocy fizycznej. Jednak zajmując się działalnością polityczną, znika z domu na całe tygodnie. Jej życie toczy się ze zmiennym szczęściem, gdy zaczyna być szczęśliwa, natychmiast zdarza się coś, co przewraca jej życie do góry nogami. Zmieniają się rządy, inne ugrupowania dochodzą do władzy, nie zmienia się tylko sytuacja irańskiej kobiety. Masuma, dla religijnych krewnych jest zbyt mało religijna, a dla wykształconego męża zbyt zacofana. Ale nie mogę przecież opowiedzieć tu całej książki....

Czyta się tę historię znakomicie, jednym tchem. Nie ma tu jednego zbędnego słowa, jednego niepotrzebnego opisu. Są fakty, wydarzenia, wartka, rzeczowa relacja. Do tego, ewenement, historia opowiedziana jest chronologicznie! A choć jest sporo postaci o obco brzmiących imionach, nie ma najmniejszego problemu w połapaniu się kto jest kim, czy z zapamiętaniem istotnych postaci. To nie jest takie oczywiste, gdy mowa o historii na przestrzeni czterdziestu lat i wobec rozrastającej się w tym czasie rodziny. 

Jeszcze taka uwaga... Zresztą dotyczy nie tylko tej powieści. Mężczyźni są bohaterami, rewolucjonistami, przywódcami. To o nich uczy historia, bo dokonują wielkich czynów. Niewielu zastanawia się, ile kobiet za tym stoi. Aby mogli dokonywać tych wszystkich WIELKICH RZECZY, niewykształcone, niezbyt mądre, i nie tak bohaterskie kobiety, wychowują spłodzone przez nich dzieci, pracują ponad siły, aby je utrzymać, leczyć, kształcić. I zajmować się samymi mężczyznami, gdy pokiereszowani, między jedną a drugą wojną wracają do domów. Są obecne, zdeterminowane, silne, mądre, wierne, odpowiedzialne... mimo zmieniających się ustrojów, obalanych i powoływanych rządów. I nie dlatego tak uważam, bo sama jestem kobietą. 
Ta powieść jest po prostu mądra, przy tym ma ogromne walory poznawcze. Nie w warstwie literackiej jej siła. Rzadko mogę się zgodzić z każdą opinią o książce, opublikowaną przez wydawnictwo.
Książka odczekała u mnie rok na swoją kolej. Sięgnęłam po nią wcale nie kierowana falą zainteresowania islamem. Ją naprawdę warto przeczytać.

środa, 21 stycznia 2015

Mały książę, Antoine de Saint-Exupery




Mały książę, Antoine de Saint-Exupery
tłumaczenie Jan Szwykowski
Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1958

Choć sam autor przeznaczył utwór dla dzieci, nie wierzę, że dziecko doceni geniusz dzieła. MAŁY KSIĄŻĘ, to książeczka, która dorasta z czytelnikiem. Bywa inaczej rozumiana za każdym czytaniem. Książeczka, która obrosła legendą. Niezwykłość tego dzieła powoduje, że są kolekcjonerzy zbierający wszystkie wydania, ciekawostki na jego temat, a dawno temu napisano nawet piosenkę. No i w pewnych środowiskach rozmawiano cytatami z tego utworu.
Pojęcia nie mam dlaczego dopiero teraz o niej wspominam, bo jest dla mnie niezwykle ważna. Mam też swój bezcenny egzemplarz wydany w 1958 roku. Sposób w jaki go dla mnie zdobyto, to materiał na oddzielną opowieść.

Mały książę, to jedna z najmądrzejszych rzeczy jakie napisano. Definiująca takie pojęcia jak przyjaźń, miłość, śmierć... W cudownie poetycki sposób wyjaśniająca świat. Pełna uwag typu: "Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi. Choć niewielu z nich o tym pamięta.", "...gdy jest bardzo smutno, to kocha się zachody słońca", "Znacznie trudniej jest sądzić siebie niż bliźniego.", "Zawsze się wydaje, że w innym miejscu będzie lepiej"... 
Ja najbardziej lubię fragment rozmowy ze żmiją i o oswajaniu. Bo czy żmija rzeczywiście nie rozwiązuje zagadek? Czy największą zagadką ludzkości nie jest to, co jest po "drugiej stronie"? A może nie ma w ogóle drugiej strony? Tak, żmija rozwiązuje zagadki. A "oswoić, to znaczy <stworzyć więzy>"... To niezwykle piękna historia i taka ...esencjonalna. Wielu autorów napisało opasłe tomiszcza, aby zawrzeć to, co Exupery zawarł w tej kilkudziesięciostronicowej książeczce dla dzieci.
Więc jeśli ktoś ją przeczytał i nie docenił jej geniuszu, to znaczy tylko jedno, że musi to zrobić ponownie. To moje zdanie. 




środa, 14 stycznia 2015

Posłaniec, Markus Zusak


Posłaniec, Markus Zusak
przekład Anna Studniarek
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2009

POSŁANIEC Markusa Zusaka jest powieścią wcześniejszą niż ZŁODZIEJKA KSIĄŻEK i zupełnie inną w charakterze. Nie jest dziełem, które rzuci na kolana i odwróci losy świata, ale jest dobrze napisaną uroczą historią (hmm, szukałam innego przymiotnika i żaden nie pasował równie dobrze). 
Z zaskoczeniem przeczytałam, że jest adresowana do starszej młodzieży, a ja bardzo nie lubię szufladkowania, zawsze budzi we mnie przekorę.
Bohaterem jest dziewiętnastoletni mieszkaniec małego, australijskiego miasteczka. Typowy nieudacznik, a takim ludziom wciąż przytrafiają się jakieś dziwne historie. Na przykład w czasie załatwiania czegoś w banku, ktoś na ten bank napada. Napastnik jest jeszcze większym nieudacznikiem, jego wspólnik odjeżdża, gubi broń podczas ucieczki i usiłuje uciec samochodem, którego nie można uruchomić. Ed, nasz bohater i narrator, podnosi broń i ściga złodzieja zatrzymując go do przyjazdu policji. Zostaje bohaterem, przez kilka tygodni pisują o nim tabloidy, udziela kilku wywiadów i w pewnym stopniu staje się rozpoznawalny. To moment przełomowy, bo jakiś czas po tym, otrzymuje list. W nim asa z trzema adresami. Dostaje zadania do wykonania. Ma w bliżej nieokreślony sposób odmienić los kilku osób. Nie otrzymuje wskazówek co i jak ma zrobić, to pozostawione jest jego intuicji, inteligencji, wrażliwości. Zadania zlecane z kolejnymi asami bywają coraz trudniejsze. 
Sam Ed ma też nieźle pogmatwane życie. Mieszka w zrujnowanym domu, zarabia grosze jako taksówkarz, dopiero co zmarł mu ojciec, a matka ma bardziej ulubione dzieci. Jego przyjaciele są równie "przebojowi". Ich główną rozrywką jest gra w karty i upijanie się najtańszym alkoholem. A dziewczyna, w której Ed się kocha, sypia z kolegą z pracy...
To zadanie, polegające na pomocy ludziom, tak samo pokiereszowanym jak on, odmienia jednak i jego życie. Zaczynają się dziać tajemnicze rzeczy, a największą zagadką jest ZLECENIODAWCA.

Ta niezbyt obszerna powieść jest miejscami tak refleksyjna i mądra, że byłam zaskoczona. Jest napisana w inteligentny sposób, ale bez wymądrzania się, w taki nie nachalny sposób. Bez moralizatorstwa. 
Bardzo lubię ten sposób narracji, jakim posługuje się autor. Lubię zabawę słowem: drzwi zamykające się z krzykiem, gwiazdy skapujące z nieba. Zabawne i sarkastyczne uwagi, że faceta można zabić proponując mu przyjaźń, gdy ten kocha. Albo jego wersja świąt bożego narodzenia. "Rodziny z całego świata spotykają się przy stole i radują swoim towarzystwem przez jakieś kilka minut. Przez godzinę się tolerują. Później już z trudem znoszą swoją obecność." 
I jeszcze gra w karty jako alegoria życia. Jeśli on zaistniał w życiu kilkunastu osób, otrzymując takie zadanie zapisane na kartach, to czy ci, którzy pojawili się w jego życiu, czy też otrzymali zlecenia? A jeśli tak, to kto rozdaje karty? 
Kończąc, powiem tylko, że jest to miejscami zabawna, miejscami melancholijna, mądra opowieść z morałem, którą lekko się czyta. 
Czasami mam wrażenie, że "czepiam" się książek, że nie powodują rewolucji w moim postrzeganiu świata. A przecież głównie czytamy dla relaksu. Jeśli nie jest to przy okazji zmarnowany czas, to już prezent. W tym sensie ta książka jest takim małym prezentem.
Polecam.


sobota, 10 stycznia 2015

Wolność słowa

Ostatnio tak wstrząsa światem, że echa tego docierają nawet do mojej bańki mydlanej. Trudno udawać, że nic się dzieje i żyć między pracą, książkami i wypełnianiem codziennych, małych obowiązków.  
Do rzeczy jednak... Myślę, że każdy może sobie wyobrazić reakcję człowieka, którego się obraża. Trudno wręcz się spodziewać, że obrażany nie będzie reagować. Oczywiście, pozostaje mieć nadzieję, że obrażona osoba, w odwecie nie spali nam domu, albo nie wystrzela połowy krewnych. 
Jakby nie patrzeć, zawsze mamy przynajmniej dwa wyjścia. Możemy nie wyrażać negatywnych opinii na temat tego, co nam się nie podoba u ludzi, nie ośmieszać ich przekonań, lub wierzyć, że są na tyle cywilizowani, że nie będą się mścić. Z drugiej strony... jest wolność słowa. Możemy do woli wypowiadać się na każdy temat.
Z doświadczenia jednak wynika, że wszystko ma swoje konsekwencje. I nie można liczyć na bezkarność. Szczególnie, gdy zdrowy rozsądek pomówionych, obrażonych, urażonych...nie podszepnie im ODPUŚĆ, WSZAK KTOŚ MUSI MIEĆ ROZUM.
Bywa, że nakręca się spirala przemocy. Eskalując z etapu na etap. Czasem kolejne pokolenia nie pamiętają genezy konfliktu, pamiętają tylko kto wróg. A, że z okresu na okres, po każdej ze stron, opowiadają się kolejni, przychodzi taki moment, że w konflikcie są już wszyscy.
Co dalej? NIC! Dokładnie, NIC, absolutne NIC. Bo w końcu komuś nie wytrzymają nerwy, bo frustracja narasta po każdej ze stron. I będzie można z pełnym przekonaniem powiedzieć, że PO NAS TYLKO POTOP, ALBO KONIEC ŚWIATA. Jak kto woli.

Wiara w bezkarność w obliczu prawa bywa zwodnicza. Wystarczy przejrzeć statystyki, ilu ludzi ulega wypadkom na przejściach dla pieszych. A przecież w tych miejscach pieszy jest uprzywilejowany.
Czyż nie  jest tak,  że KTO SIEJE WIATR, TEN ZBIERA BURZĘ? 

Nie rozumiem więc, po co mi wolność słowa? Przecież istnieje jeszcze coś takiego jak dobre wychowanie, kultura, ogłada... Jak zwał tak zwał. To wszystko i każde z osobna, nie pozwala według mnie na niegodne traktowanie innych.
I zdrowy rozsądek, który podpowiada, że wszyscy zdrowego rozsądku nie posiadają, a więc nie odpuszczą.
Jeśli, ktoś ma wątpliwości, co do przesłania, tego co powiedziałam, to od razu powiem, że jestem absolutnie przeciwnikiem stosowania przemocy. Każdej. Zarówno w życiu prywatnym, w rodzinie, jak i tej w makroskali. Mam na myśli wojny czy terroryzm. Uważam, że powinna być zniesiona kara śmierci. Przemoc jest oznaką słabości. Kara śmierci jest oznaką barbarzyństwa.
Nie rozumiem, dlaczego tak trudno niektórym to zrozumieć.
Dlatego nie tłumaczę, nie usprawiedliwiam zamachu w Charlie Hebdo. Chcę tylko powiedzieć, że MOŻNA SIĘ BYŁO TEGO SPODZIEWAĆ.
Dodam jeszcze, że nie pochwalam KONFORMIZMU. Czasem jednak mam wrażenie, że pewne zachowania, zgodne z prawem jakby nie było, są  jak uprawianie sportów ekstremalnych. Mają tylko zadanie podniesienie poziomu adrenaliny. Nie uważam, że należy żyć unikając ryzyka. Ale ponoszenie ryzyka też może być uzasadnione. Wolontariusze pracujący w Afryce i walczący z ebolą też ryzykują życie, ale nikt nie ma wątpliwości, że nie zaspakajają w ten sposób potrzeby życia na krawędzi.

Gdyby ludzie byli mądrzy, dobrzy i uczciwi, nie byłoby potrzebne prawo. W związku z tym, że nie są ani mądrzy, ani dobrzy, ani uczciwi, prawo to za mało. I mimo tego, że cenię sobie wolność i tolerancję ponad wszystko, często myślę, czy tej wolności nie powinno się RACJONOWAĆ. 
Dowodem na to jest choćby odradzający się w Europie nacjonalizm. Gdzie dowód na to, że większość ma rację? Bo większość jest mądra?
Więc może powinno się wszystkim życzyć w pierwsze kolejności ZDROWEGO ROZSĄDKU? No i używajmy mózgu, bo to być może pozwoli nam użyć życia.

niedziela, 4 stycznia 2015

Wszystkie stworzenia małe i duże..., James Herriot


 

Przyjaciółka zasugerowała, żeby chociaż od czasu do czasu pojawiały się tu książki, które są dla mnie z jakiegoś powodu ważne. O kilku zdążyłam już wspomnieć: KLEJNOT KORONY PAULA SCOTTA, RAPSODIA ŚWIDNICKA WŁADYSŁAWA J. GRABSKIEGO...Jest ich znacznie więcej i niektóre wyglądają tak, jak te wyżej. Są tak zaczytane, że się rozleciały, szczególnie, że były wydane w czasach naprawdę siermiężnych. Książki te były czytane tyle razy, że pamiętam dialogi i najdrobniejsze szczegóły. A i tak do nich wracam.
Bardzo różne są motywy tych powrotów. Nawet nie sposób je tu wymienić. No i są to bardzo różne książki. Od cudownie lekkich, naszpikowanych humorem kryminałów (i nie tylko) genialnej Joanny Chmielewskiej, przez serię o Panu Samochodziku Zbigniewa Nienackiego, Wakacje z duchami Romana Brandysa i ...Ferdydurke Gombrowicza. Wymieniłam zaledwie kilka, z pierwszej paczuszki jaka wpadła mi w ręce. 
Dzisiaj chciałabym polecić jedną z takich niezwykłych książek...

Wszystkie stworzenia małe i duże...James Heriott
przekład Irena Doleżal-Nowicka
Wydawnictwo Czytelnik, 1980

Autor był weterynarzem i człowiekiem o ogromnym poczuciu humoru. A może odwrotnie? Przy tym utalentowanym pisarzem. Pracował w zawodzie do końca życia, również wtedy, gdy jego książki przysporzyły mu sławy. W przezabawny sposób opisywał praktykę weterynaryjną w hrabstwie Yorkshire, w którym mieszkał i pracował. To w jaki sposób był traktowany przez hodowców zwierząt z dziada pradziada, którzy niemałą wiedzę łączyli z niewiarygodnymi wręcz zabobonami. Nie robiła na nich wrażenia wiedza lekarza, chcąc postawić na swoim musiał często wykorzystać cały spryt i inteligencję. Jednak to jak młody weterynarz walczy o autorytet, to nic, przy opisie starań o rękę córki miejscowego farmera. Czytając ma się wrażenie, że cały świat sprzysiągł się przeciwko biedakowi. Ale i jego determinacja nie miała sobie równych. To trzeba przeczytać koniecznie. Moim zdaniem, to jedna z najzabawniejszych historii jakie czytałam. Rewelacyjny poprawiacz humoru, coś na dołki, złamane serca i wszelkie inne nieszczęścia. 
PS: lubiłam serial nakręcony na podstawie powieści, ale książka i tak jest sto razy lepsza!