środa, 22 kwietnia 2015

Kotlety z fasoli mung




Zawsze gdy piszę o zdrowym odżywianiu, mam wrażenie, że robię coś niestosownego, bo inni zrobili to lepiej, są do tego profesjonalnie, więc lepiej przygotowani, lub zrobili to dużo wcześniej... Mimo to brnę dalej, bo jeśli przekonam choć jedną osobę do zwracania uwagi na to co je, będzie to osobistym sukcesem. A tak na marginesie... jest w tym jakaś prawidłowość, że ci przywiązujący wagę do sposobu odżywiania, zdają się mieć poczucie misji :)
Przede wszystkim jestem przekonana, że prawidłowo zbilansowana dieta nie wymaga suplementacji, że można zapobiegać chorobom, a także wspomagać leczenie właściwą dietą. Moja mama zmieniając styl życia, nie daje się nowotworowi od ponad dwudziestu lat! Czy potrzebuję lepszego dowodu?
Nie jest wszystko jedno, czy właściwie się odżywiamy, czy faszerujemy się suplementami. Po pierwsze suplementy nie są w równym stopniu przyswajalne co te same substancje pochodzenia naturalnego. Po drugie nie informuje się opinii publicznej o tym, że suplementy nie są takimi samymi farmaceutykami jak leki: nie przechodzą wszystkim badań, nie są zatwierdzone jako leki, nie mają takiego samego nadzoru przy produkcji!! Nadzór przy produkcji suplementów jest tylko taki jak przy produkcji żywności, chodzi o spełnienie norm sanitarnych. Oszczędzając na badaniach, można finansować promocję i ładować niewyobrażalne pieniądze w reklamę. Ludzie to kupią. 
Dzisiaj chciałabym przypomnieć o jednej z niezwykłych roślin strączkowych, o fasoli mung.
Po pierwsze fasola mung nie jest fasolą, ale to przecież szczegół. Zawiera całą listę cennych składników: białko, błonnik, wapń, żelazo, magnez, fosfor, potas, sód, cynk, miedź, mangan, selen, witaminę C, tiaminę B1, ryboflawinę B2, niacynę B3, kwas pantotenowy B5, witaminę B6, kwas foliowy B9, witaminę K, witaminę A, witaminę E. 
Badania wykazały, że spożywanie mung może obniżać ciśnienie, poziom cukru, cholesterolu i niektórych tłuszczów (trójglicerydów) we krwi. Ma również działanie przeciwzapalne, posiada zdolność usuwania toksyn z organizmu i korzystnie wpływa na wątrobę i woreczek żółciowy. Bywa stosowana w leczeniu zatruć pokarmowych, zatruć ołowiem, pestycydami, czyraków i udarów słonecznych, zapalenia spojówek i obrzęków, szczególnie kończyn dolnych. Zainteresowanych zapraszam do zajrzenia tutaj. Jest tu znacznie więcej informacji na temat wartości odżywczych roślin strączkowych. 
Polecam tylko jeden ze sposobów na wykorzystanie mung, proste w przygotowaniu i naprawdę smaczne kotlety. I wcale nie trzeba być wege, żeby jeść takie rzeczy :)
Kotlety z fasoli mung:  
- opłukałam nasiona i zalałam wodą na noc, rano dużo szybciej się ugotowały;
- ugotowałam, ostudziłam i zblendowałam; zostawiłam niewielką ilość wody z gotowania, tym sposobem "uratowałam" część składników odżywczych przed wylaniem;
- oddzielnie ugotowałam filiżankę kaszy jaglanej, która rewelacyjnie zlepia wegańskie potrawy, zastępując jajka na przykład;
- wymieszałam wszystko starannie z dodatkiem soli, drobno pokrojonej cebuli, przeciśniętego przez praskę czosnku, ziół: majeranku, tymianku, bazylii, pieprzu;
- panierowałam w otrębach, by były ciut chrupiące;
- smażyłam na oleju ryżowym, który jest materiałem na odrębny artykuł;

Proste, smaczne, zdrowe. Spróbuj.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Czerwona soczewica z kuskus, cebulą i orzeszkami pinii


Nie podejrzewałam, że mnie zainspiruje p. Robert Makłowicz, bo myślałam, że w jego kuchni dominuje mięso. A tu proszę, taka miła niespodzianka.
Ta potrawa miała nawet jakąś egzotyczną nazwę, której nie pamiętam i pochodzi z ZIEMI ŚWIĘTEJ. To raczej jako ciekawostka.
Zaletami potrawy jest duża zawartość żelaza, bez wątpienia smak i niesamowita łatwość przygotowania. Jakieś pół godziny na przygotowanie zdrowego, smacznego obiadu!
Do rzeczy.
Bazą jest czerwona soczewica z kuskus: smażymy drobno posiekaną cebulę na niewielkiej ilości oleju, dodajemy łyżeczkę mielonego kminku (kminu rzymskiego, czarnuszki), a następnie dodajemy opłukaną soczewicę. Całość zalewany niewielką ilością wody i gotujemy około 15 minut.  Nie musimy się przejmować ewentualnym nadmiarem wody, bo i tak docelowo dodamy kuskus, który musi ją wchłonąć. Całość solimy do smaku.
Na drugiej patelni smażymy cebulę, tym razem pokrojoną w krążki.
Moja sałatka to mieszanka sałat, kilka liści szpinaku, pomidorki koktajlowe i oliwki. Wszystko przyprawione świeżo mielonym pieprzem, solą, sokiem z połowy cytryny i dwiema łyżkami oleju: lnianego i pistacjowego.
Na soczewicy kładziemy przesmażoną cebulę, tę pokrojoną w krążki i wszystko posypujemy pysznymi, uprażonymi orzeszkami pinii.
Bon appetit!

sobota, 11 kwietnia 2015

Obserwator, Charlotte Link



Obserwator, Charlotte Link
tłumaczenie Anna Makowiecka-Siudut
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2012
czyta Marta Grzywacz

OBSERWATOR to trzeci kryminał autorstwa Charlotte Link, który wpadł mi w ręce. I kolejny audiobook. Pierwsze co chciałabym powiedzieć, to proszę nie czytać zbyt wielu utworów tego samego autora. W moim wypadku nie działa to na korzyść pisarza. LISIA DOLINA podobała mi się bardzo, PRZERWANE MILCZENIE trochę mniej, a OBSERWATORA mogłabym nie czytać bez żalu. Nawet sprawdziłam, która to pozycja w dorobku pisarki i niestety trzecia od końca. Gdyby to jeszcze był debiut! Odnosi się wrażenie, że autorka wyczerpała wszystkie pomysły i streściła jakiś durny amerykański film klasy B. Stereotyp goni stereotyp. Żałuję, że nie mogę powołać się na najistotniejszy, bo "spaliłabym" historię. Miejscami jest ckliwie, miejscami słodko aż mdli. Dialogi koszmarne. Ale finał to już totalne przegięcie. Nie mogłam uwierzyć w coś tak idiotycznego. 
Do tego trochę pomieszały się autorce realia. Jak pragnę zdrowia, od dziesięciu lat śnieg w Londynie nie leżał dłużej niż dzień-dwa, a tu zaspy, pół Anglii pod zwałami śniegu. Jasne, to można odpuścić. 
Drugi niuansik, połowa angielskich dzieciaków wg autorki trenuje piłkę ręczną. Zaprzyjaźniony spec od sportów wszelakich stwierdził, że w ojczyźnie autorki, w Niemczech, zgoda, ale nie w Wielkiej Brytanii. 
Jedyny plus mojego kontaktu z dziełem, to to, że gdy mi je czytano, jakoś odwracało to moją uwagę
od faktu, że ze zmęczenia potykam się o własne nogi. Reasumując, niekoniecznie.

niedziela, 5 kwietnia 2015

Wołanie kukułki, Robert Galbraith



Wołanie kukułki, Robert Galbraith
tłumaczenie Anna Gralak
Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2013
czyta Maciej Stuhr

Robert Galbraith to pseudonim J. K. Rowling, autorki cyklu o Harrym Potterze i pewnie tylko ja o tym nie wiedziałam. Jeżeli Harry Potter podbił cały świat i doczekał się swojej subkultury, to autorka musi być genialna. Żałuję, że z racji wieku, moja znajomość z uroczym czarodziejem ograniczyła się do jednej książki i dwóch, może trzech ekranizacji. 
WOŁANIE KUKUŁKI jest ewidentnie adresowane do dorosłego czytelnika. Nawet jeśli nie powtórzy sukcesu Harry'ego Pottera, to ma prawo spotkać się z przychylnym odbiorem. 
Choć temat trochę taki sobie. Znana modelka, pewnej zimowej nocy wypada z okna własnego, bardzo luksusowego mieszkania. Przyjaciele, rodzina i policja nie zajmują się sprawą, uznając, że popełniła samobójstwo. Tym bardziej, że miała problemy psychiczne, zdiagnozowaną depresję i była pod opieką psychiatry. Do tego była czarnoskórym dzieckiem adoptowanym przez białych Brytyjczyków i od jakiegoś czasu poszukiwała biologicznej rodziny. Trzy miesiące od jej tragicznej śmierci, adopcyjny brat, przekonany, że to było morderstwo, zleca wyjaśnienie sprawy prywatnemu detektywowi. 
Fabuła powieści nie jest ani szczególnie nowatorska, ani szaleńczo porywająca, choć naprawdę dobrze się ją czyta. Niewątpliwym atutem tego kryminału jest postać prywatnego detektywa, Cormorana Strike'a i jego asystentki, przysłanej przez agencję pracy tymczasowej, TYMCZASOWE ROZWIĄZANIA. Och, chciałabym zobaczyć tę parę! Niemal dwumetrowy facet, były żołnierz, trochę zaniedbany, pomieszkujący we własnym biurze, bo akurat rozstał się z dziewczyną. Cały jego dobytek mieści się w kilku kartonowych pudłach, spakowanych przez byłą narzeczoną. Do tego jest pozamałżeńskim dzieckiem znanego rockmena i byłej groupies. Nękają go listy z pogróżkami, ktoś ściga go za długi, a klienci nie stoją w kolejce po jego pomoc. Facet ma jednak totalny dystans do życia, z pewnością nie jest materialistą i ma cudowne poczucie humoru. 
Jego tymczasowa asystentka, dziewczyna z burzą miedzianych włosów, grzeczna dziewczynka, świeżo zaręczona i przeprowadzona z prowincji jest jeszcze ciekawszym typem niż jej szef. Błyskotliwie inteligentna, perfekcjonistka w każdym calu. Razem tworzą naprawdę ciekawą parę. Ich wspólne śledztwo, obracanie się w światku modelek, wizażystek, fotografów i gwiazdeczek popkultury jest nieustannym pretekstem do zabawnych epizodów, komentarzy i zwrotów akcji. 
A do tego, ja dostałam tę powieść w formie audiobooka czytanego przez Macieja Stuhra, mistrzostwo świata, naprawdę!! 

Zanim zasnę, S.J. Watson


Zanim zasnę, S.J. Watson
tłumaczenie Ewa Penksyk-Kluczkowska
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2014
czyta Joanna Jeżewska

Wyobraź sobie takie przebudzenie, po którym nie wiesz gdzie jesteś, nie wiesz kim jest człowiek leżący obok ciebie w łóżku. Nie wiesz nawet kim ty jesteś. Nie rozpoznajesz twarzy w lustrze. Przebłyski świadomości każą wierzyć, że powinnaś być młodsza o jakieś dwadzieścia lat. Po chwili facet, z którym spałaś, informuje cię, że jest twoim mężem, że straciłaś pamięć w wyniku wypadku. Fotografie wokół lustra w łazience mają pomóc zorientować się w sytuacji. Strzępki życia. Wiesz tylko tyle, ile ci mówi ktoś, kto twierdzi, że jest twoim mężem. Intuicja podpowiada, że nie powinnaś mu ufać bezgranicznie.
Gdy on wychodzi do pracy, dzwoni telefon. Ktoś, kto podaje się za lekarza, każe szukać w garderobie dziennika. Ponoć od tygodnia zapisujesz w nim, to co udało ci się ustalić. Zapis w dzienniku także każe nie ufać mężowi. Czasem pojawiają się w głowie obrazy. Miałaś bliską przyjaciółkę. Był inny mężczyzna. Miałaś syna. Co jest nie tak z twoim mężem? Dlaczego ukrywasz przed nim dziennik, spotkania z lekarzem, telefony do przyjaciółki? Koszmar. Codziennie odkrywasz jakiś fragment swojego życia, próbujesz ustalić kim jesteś. A pamiętać będziesz wszystko tak długo, aż zaśniesz. Po przebudzeniu nie pamiętasz NIC. Problemem jest również to, że z każdym dniem, trzeba przeczytać więcej, aby odtworzyć ustalenia z dni poprzednich. Tyle jeśli chodzi o fabułę.
Chyba nieźle ją oceniono, skoro trzy lata po pierwszym wydaniu na ekrany wszedł film w bardzo dobrej obsadzie: Nicole Kidman jako Christine Lucas, Colin Firth jako Ben Lucas, Mark Strong jako dr Nash i Anne-Marie Duff jako Claire.
Już słyszę te zarzuty, że ten temat już był. Pewnie, że był. Choćby w 50 PIERWSZYCH RANDEK z Drew Barrymore.
Nie zmienia to faktu, że w ZANIM ZASNĘ otrzymujemy dynamiczną, wiarygodną historię, którą świetnie się czyta. Trzymającą w napięciu i z nieoczywistym zakończeniem.
Na całą resztę musimy zapracować sami. Na refleksje na przykład. Na stwierdzenie, że jesteśmy złożeni z tego co przeżyliśmy. Że bez przeszłości, przeżyć, związków nic tak na prawdę nie znaczymy. Jesteśmy jak puste naczynie, jakkolwiek banalnie to brzmi.
No i warto śledzić pisarstwo Watsona, skoro debiut jest na takim poziomie.

PS: mam fazę na audiobooki, ale gdyby mi nie czytano, nie miałabym czasu na książki. A tak jestem w stanie pogodzić pracę z czytaniem. Nadal książka papierowa jest najważniejsza, a prywatna biblioteka jedynym co posiadam, z czego jestem dumna.

piątek, 3 kwietnia 2015

Poniedziałkowe dzieci, Patti Smith


Poniedziałkowe dzieci, Patti Smith
tłumaczenie Robert Sudół
Wydawnictwo Czarne Sp. z o.o., 2012
czyta Danuta Stenka

Gdzieś, kiedyś usłyszałam zdanie, że ci zbyt układni, zbyt grzeczni nie osiągają wiele. To buntownicy i osoby niepokorne robią kariery, stają się sławne. Ta historia jest tego dowodem. Patti Smith będąc nastolatką urodziła dziecko, które oddała do adopcji i opuściła rodzinny dom. Wyjechała do Nowego Jorku. Bywała bezdomna, głodna, pomieszkiwała w parkach i u przygodnych znajomych. Imała się różnych, dorywczych prac. Zawsze jednak wiedziała, że jest artystką i chce tworzyć. Choć dziedzina sztuki nie była oczywista. Na początku myślała, że będzie malować. Karierę zrobiła jako wokalistka, poetka i autorka tekstów. Po drodze grywała w teatrze, pracowała jako modelka.
"Poniedziałkowe dzieci" to autobiograficzna powieść skupiająca się na wątku przyjaźni z Robertem Mapplethorpem. I jak napisała sama Patti Smith, ta historia musiała poczekać na odpowiedni moment do jej napisania. Nie odnosi się jednak wrażenia, że autorka zdążyła się zdystansować do opisanych wydarzeń. Cały czas mam wrażenie, że nie ma właściwego sformułowania, określającego łączący ich związek. Byli kochankami i przyjaciółmi. Mogli na sobie polegać, wspierali się wzajemnie, dzielili jednym hot dogiem, na zmianę chodzili do galerii kupując jeden bilet, utrzymywali się, gdy drugie było bez środków do życia, wspólnie tułali się po opuszczonych, na wpół zrujnowanych domach. Nie oceniali się, nie krytykowali. Byli dla siebie pierwszymi recenzentami i motywowali się do pracy. Wierzyli, że mają coś do przekazania w sztuce i że mogą odnieść sukces.
Poznali się w latach sześćdziesiątych, gdy cały ich dobytek mieścił się w jednej torbie, ubierali się w sklepach armii zbawienia. Robert prostytuował się chcąc zarobić na czynsz. W tych czasach dużo się działo. W polityce, obyczajowości, sztuce. Znali i często pracowali z ludźmi, którzy coś znaczyli w tych czasach: Andym Warholem, Bobem Dylanem, Jimmym Hendrixem, Janic Joplin... Większość z nich eksperymentowała z narkotykami, nadużywała alkoholu. To również czasy rewolucji seksualnej i początki epidemii AIDS. Zaczynano otwarcie mówić o orientacjach seksualnych, choć ta otwartość i tolerancja była właściwa raczej tylko ich środowisku. Wielu z nich przedwcześnie odeszło po przedawkowaniu narkotyków. 
Mogę sobie wyobrazić,  jak bardzo musi brakować autorce Mapplethorpa. Taki związek jest jeden na miliony. Zwykłych zjadaczy chleba, może szokować ich styl życia. Chociaż...czy cokolwiek jeszcze ludzi szokuje? 
Będąc nudziarą, której jedna setna rzeczy opisywanych w tej historii, nie przyszłaby do głowy, muszę jeszcze raz powtórzyć konkluzję, że ci niegrzeczni robią kariery i stają się sławni, gdy ci grzeczni piszą nijakie blogi. O tych niegrzecznych, oczywiście.