piątek, 30 października 2015

Baśka


Mam wrażenie, że jesień, nawet gdy taka rozzłocona i słoneczna jest bardziej nostalgiczna niż inne pory roku.  Czas jakby nieco zwalnia, a i święta tego okresu, przynajmniej z założenia, powinny nieść refleksję.

Baśka była pierwszą osobą, która uświadomiła nam, że jesteśmy śmiertelni. 
Nie była jakoś szczególnie ładna, ale miała charakter i zawsze się wyróżniała. Niewysoka, z pięknymi, ciężkimi włosami w atramentowym kolorze. No i w przeciwieństwie do nas miała biust. Boże, jak my jej tego biustu zazdrościłyśmy. 
W naszym liceum nosiło się koszmarne mundurki, ale ona miała to gdzieś. Mundurek nosiła...w rękach. Ubierała się w świetnie skrojone sukienki i dopasowane sweterki. My w tych mundurkach robiliśmy tło dla Baśki. 
Chociaż byliśmy w klasie o profilu matematyczno-fizycznym robiliśmy cuda wianki. Ona tłumaczyła z angielskiego piosenki Beatlesów, Lechu z Krzyśkiem nie wychodzili z ciemni fotograficznej, ja prowadziłam kółko chemiczne, a razem z Anką prowadziłyśmy drużyny zuchowe....  Byliśmy tacy zachłanni, chcieliśmy spróbować wszystkiego.
Gdy cała nasza paczka była na etapie dwutygodniowych MIŁOŚCI ŻYCIA, ona przez trzy lata była dziewczyną Alka. Trzy, bo on był o rok starszy i wyjechał na studia do Poznania. 
Parą też byli jakąś inną. Tacy cholernie na serio, zawsze razem, bardziej dorośli niż my razem wzięci. 
Po maturze okazało się, że wszyscy się rozjeżdżamy. Baśka za Alkiem do Poznania, ja z Anką do Wrocławia... 
We Wrocławiu z naszej klasy było nas czworo, w tym Jurek studiujący na uczelni wojskowej. Zawsze gdy do nas wpadał, przynosił nieosiągalne dla nas czekoladki, które kupował w kantynie wojskowej.  To on nam powiedział, że Baśka nie żyje. Przyjechała z mężem i córeczką do rodziców, do naszego małego miasteczka. Wszyscy siedzieli w salonie, gdy dotarło do nich, że długo nie wychodzi z łazienki. Gdy tam weszli już nie żyła. Zmarła na atak serca.
Miała 22 lata! Zdążyła wyjść za mąż i urodzić dziecko. Żyła szybko, jakby wiedziała, że ma mało czasu. 
Teraz jest jedną z dwóch moich przyjaciółek, które zawsze mają tyle samo lat, choć mnie ich przybywa.

poniedziałek, 19 października 2015

Początek

Annie i Jakubowi dedykuję :)

Moje przyjście na świat dało w kość i mnie i mojej mamie. Nie odwróciłam się głową w dół, szyję miałam okręconą pępowiną i mama nieźle się namęczyła zanim się mnie pozbyła. Była silnie wykrwawiona, ważyła 47 kg i była jedną nogą na drugim świecie. A mój widok nie napawał jej optymizmem. Byłam sina, chuda i pomarszczona. Do tego ta zajęcza warga, jak się mamie wydawało. Pomyślała, że lepiej, żeby TO było chłopcem, bo brzydkim chłopcom łatwiej. Ta niby-zajęcza-warga okazała się tylko sklejoną skórą, której na chudym ciałku było zdecydowanie za dużo. 
Ta chudość ciągnęła się za mną długo. Dzieciaki się śmiały, że nogi w kolanach miałam grubsze niż w udach, co dało mi urocze przezwisko SZKIELET. 
Do tego przez całe dzieciństwo chodziłam ubrana inaczej niż reszta, bo dostawaliśmy paczki ze Stanów. Rodzina, żeby nie było, przysyłała nowe, z metkami, ale całkiem inne niż chodzili moi rówieśnicy. A ja tak bardzo chciałam być jak wszyscy! Jakby tego było mało, miałam kota, który chodził za mną jak pies, odprowadzał mnie kawałek do szkoły i zawsze czekał na mnie na takim dużym kamieniu przy końcu ulicy. Ale cofnijmy się trochę, bo się rozpędziłam.
Okoliczności mego przyjścia na świat, spowodowały, że groziło mi trwałe kalectwo w wyniku wrodzonego kręczu szyjnego (nieprawidłowe ułożenie płodu). Moja Mama, mając przeciwko całą rodzinę taty, zdecydowała poddać mnie operacji. Rodzina taty hołdowała zasadzie JAKIM MNIE PANIE BOŻE STWORZYŁEŚ, TAKIM MNIE MASZ. 
Obcięto mi włosy, zostawiając "pędzel" na czubku głowy, a po operacji wpakowano na 6 tygodni w gips. Szeroka opaska na głowie, szyja i cały tułów. Przestałam chodzić. Mama mnie nosiła na rękach, a mój mały braciszek dreptał sam. Do tego był czerwiec-lipiec, piękne, słoneczne lato. Pamiętam doskonale, jak Mama wybrała się z nami na poziomki, posadziła mnie opartą pod drzewem jak lalkę. Nie wiem czy zwyciężyło moje łakomstwo, czy upór, ale wstałam po poziomki i na własnych nogach wróciłam do domu. 
Po co zostawiono ten "pędzel", okazało się gdy zdjęto gips. Trzymając go, utrzymywano moją głowę w pionie, bo szyja się odzwyczaiła. 
Dzieciństwo to jeszcze choroby, które z bratem przeszliśmy wszystkie. Nie chorowaliśmy tylko na dżumę i cholerę. 
Gdy nie zdążyłam zachorować na świnkę we wczesnym dzieciństwie, dzięki bratu, przeszłam ją w jako szesnastolatka, co fatalnie odbiło się na pewnym moim zakochaniu. Ale to temat na zupełnie inną opowieść. To, że przeżyliśmy z bratem, jest wielką zasługą Mamy i tego, że TAK MIAŁO BYĆ. 
Wychowywaliśmy się w otoczeniu psów i kotów. Chodziliśmy po drzewach, płotach i zawsze na skróty, czyli ... przez płoty. To niewiarygodne, ale uwielbiałam płoty. Przechodziłam przez nie nawet jak na samej górze był drut kolczasty. Najgorsza droga do domu, była ta normalna. Na tych płotach zostawała niezliczona ilość fragmentów sukienek i spodni.
No i zawsze coś się na mnie goiło. Poobijane kostki, bo chodząc zdzierałam je do krwi, wiecznie podrapane nogi, zdarte kolana... Przed każdym wyjazdem na kolonie, Mama przetrzymywała nas tydzień, dwa w domu,  by upodobnić nas do tych bardziej cywilizowanych. 
Jak każde dziecko, energia mnie roznosiła. Była skakanka, gra w klasy, podchody, turnieje piłkarskie, gra w chowanego. Ale były i książki, które czytaliśmy z bratem gdy padało, zimą i po nocach. Przy świetle, a gdy je ograniczano (bo mamy się wyspać) to przy latarkach. A jak i te zabrano, to przy świecach. Czytałam wszystko co wpadło w ręce:  Jamesa F. Coopera, J. Verne'a, Jamesa O. Curwooda, Z. Nienackiego, A. Szklarskiego...
Takie zwyczajne dzieciństwo... Ale dzięki tej zwyczajności, myśląc o dzieciństwie, widzę słoneczny dzień.

niedziela, 11 października 2015

Ojciec

Rozmawiałam z nim dwa razy w życiu. Zawsze w przełomowym dla mnie momencie. Pierwszy raz,  gdy nad ranem przyjechałam do domu rodzinnego i po nocy w pociągu chciałam tylko usiąść i zapalić papierosa. Pierwszy raz przy nim. Uważał, że kobieta nie powinna palić, ale nie komentował, podał mi ogień. Nawet nie wiem co wtedy powiedział, ważne, że mnie wysłuchał.
Pamiętam kilka scen z jego udziałem. Bardzo wczesny ranek lipcowy, gdy odprowadził mamę i mnie z bratem na pociąg. Wyjeżdżaliśmy na wakacje do Międzyzdrojów. Stał na dworcu i machał na pożegnanie. To jedna z najsmutniejszych scen z mojego dzieciństwa. Nigdy nie wyjechaliśmy z nim na wakacje. Jego praca była ważniejsza. Przez całe lata nie korzystał z urlopów, wypłacano mu ekwiwalent. Za to my wyjeżdżaliśmy na całe wakacje: kolonie, obozy żeglarskie, za granice, do dziadków... 
Druga scena, gdy wracałam któregoś dnia matur, a on chodził na rogu ulicy, przy której mieszkaliśmy, tam i z powrotem, z nieodłącznym papierosem. Nigdy nie podejrzewałam, że martwi się o moją maturę, liceum skończyłam z drugą lokatą. Nie wiedział nawet na jaki kierunek będę zdawać, bo w międzyczasie zmieniło mi się kilka razy. On był na etapie trzeciego pomysłu od końca. 
Zawsze mi powtarzano, że byłam miłością jego życia. Często trudno było mi w to uwierzyć. Ale wiem, że osiwiał w jedną noc, gdy miałam trzy lata. Moje życie wisiało wtedy na włosku, byłam operowana przez nietrzeźwego chirurga, w całym mieście wyłączono prąd i trzeba było gdzieś w piwnicy przełączyć na alternatywne zasilanie. O moim życiu decydowały sekundy. 
Ponoć zawsze byłam do niego bardzo podobna. Dostawałam białej gorączki, gdy to słyszałam. 
Był bardzo energiczny, biegał, nie chodził. Nie potrafił mówić cicho, zawsze krzyczał. On do mnie, ja do niego. Byliśmy antagonistami z założenia. Nie zgadzałam się z nim dla zasady. Był uroczym zamordystą. Mieliśmy z bratem wracać na czas, mówić gdzie i z kim wychodzimy... Nigdy nie było odpowiedniego towarzystwa dla jego dwójki dzieci. Ale nie umiał niczego nam odmówić. Można było wyciągnąć od niego wszystko to, na co nie pozwalała mama. 
Oszalał na punkcie mojego syna. Był najlepszym dziadkiem na świecie. Pamiętam jak po podróży, niewyspany, z moim synkiem na plecach, godzinami brykał na kolanach. 
Każdego miesiąca jechał pięćset kilometrów, by spędzić kilka dni z wnukiem. Rowerek kupił zanim maluch umiał chodzić. 
Kochał życie, spotkania rodzinne, dobre jedzenie i alkohol. Zawsze był duszą towarzystwa. Słychać było tylko jego i jego donośny śmiech. 
Gdy po przejściu na emeryturę doznał wylewu i został częściowo sparaliżowany, ta wola walki i ukochanie życia pozwoliły mu wrócić do formy. Ćwiczył, przeszedł na dietę, przestał palić. Dzięki temu nie był całkowicie uzależniony od żony, bo umiał się sam ubrać, wymyć, ogolić... Ale to już nie był ten sam tata. 
Moje dzieci, tak jak ja kiedyś, jeździły do dziadków na wakacje. Do ślicznego miasteczka na Pomorzu Zachodnim, otoczonego lasami, z mnóstwem jezior i z czystym powietrzem. Chyba te wakacje były niezłe, skoro moja córka po latach powiedziała, że pamięta klimat z wakacji jak z powieści Dzieci z Bullerbyn
Nie miał łatwego życia. Jego ojciec zmarł, gdy on miał piętnaście lat. Został jedynym mężczyzną do opieki nad matką i dwiema siostrami. Myślę, że jednak był szczęśliwy. Umiał się cieszyć małymi rzeczami. Przez wiele lat odpoczywał hodując pszczoły. Robił piękne ule, malował na pastelowe kolory i opatrywał srebrzystymi cyferkami. Dzięki temu znam smak świeżego miodu z plastra wyjętego z ula. Ale też łapałam roje, które zawsze siadały na najwyższych drzewach, pomagałam robić ramki na miód...
Nie wiem dlaczego, ale od kilku dni nie przestaję o nim myśleć. Mam nadzieję, że gdziekolwiek jest mój TATA, jest mu dobrze i niczego mu nie brakuje. 

czwartek, 8 października 2015

Dwa życia Kiki Kain, M. A. Trzeciak



Dwa życia Kiki Kain, M. A. Trzeciak
Wydawnictwo NOVAE RES, Gdynia 2015

Dwóch mężczyzn o literackich ciągotach opowiada o jednej kobiecie. Są przyjaciółmi i znają się od zawsze. Obaj są w niej zakochani. Ona pomieszkuje raz z jednym, raz z drugim. Żadnego wydawałoby się nie wyróżnia. Obaj opowiadający inaczej widzą jej życie. W obu opowieściach historia zmierza do jakiegoś przełomu, o czym obaj opowiadający wciąż wspominają. Aż cała historia zaczyna się sypać. Następuje odrealnienie fabuły, bo nijak nie można z niej wybrnąć, a autorka nie chce sprecyzować zakończenia. Ma być tajemniczo i niejednoznacznie......
Nie czytuję tego typu powieści, choć nie mam jasno określonych preferencji. Przeczytałam, bo na wielu blogach ją chwalono. I choć wiem, że narażę się bardzo, powiem, że potwierdziło się to, o czym kilka razy wcześniej napisałam. Trzeba mieć CHARAKTER, żeby napisać niepochlebną opinię o książce, którą się DOSTAŁO. Dlatego, wybaczcie, ale nie ufam recenzjom. Jeszcze mniej zapewnieniom z okładek, że trzymane w rękach dzieło jest bestsellerem.
Jestem rozczarowana, szczególnie, że na Lubimy Czytać też dostała wysoką notę. 
Sam pomysł, choć nie jest oryginalny, zapowiadał się interesująco. Ale nie został wykorzystany. Powieść jest przegadana, płytka, postaci naszkicowane powierzchownie, szczególnie postać głównej bohaterki, wokół której zbudowana jest cała fabuła. Za dużo banałów i pseudofilozoficznego gadania. 
Pobiłam kolejny rekord w czytaniu, jakby nie było, niezbyt obszernej książeczki (233 str.).
Nudziłam się i męczyłam strasznie, a na dokładkę dostałam rozczarowujące zakończenie. Zastanawiam się, czy autorka nie miała na nie pomysłu, czy jest to zamysł celowy. 
Jakby tego było mało, książka jest źle wydana.
PS: zerknęłam na zdjęcie i przyznaję, że zestawienie tej powieści z dwiema pozostałymi, to wręcz profanacja. Ale miarą WIELKOŚCI jest często DYSTANS do błahostek, więc filozofowie w zaświatach pewnie mi wybaczą.