wtorek, 13 grudnia 2016

1981

Były takie czasy, że w sklepach nic nie było. A jak było, to było na kartki, po znajomości, spod lady... Rodzice poprosili abym pojechała na wieś, do brata mamy i przywiozła od niego worek mąki. Pojechałam razem z Hanką, przyjaciółką. Był sobotni wieczór, wujka nie było i we trzy z ciotką, piłyśmy jakąś paskudną gorzałkę, prawdopodobnie własnej roboty. Spałyśmy z Hanką w jednym pokoju, a ona miała zwyczaj spać przy włączonym radiu. Wczesnym rankiem, w niedzielę 13 grudnia, obudził nas monotonny głos i powtarzająca się fraza, z której dotarło do mnie tylko, że jest wojna. 
Do naszego pokoju weszła zapłakana babcia, która powtarzała, że my nie wiemy jakie to straszne, bo wojny nie przeżyłyśmy. Trzeba było wracać szybko do domu i ogarnąć sytuację. Jak dwie debilki ciągnęłyśmy na dziecięcych saneczkach worek z kilkudziesięcioma kilogramami mąki, bo w K. dworzec kolejowy jest kilka kilometrów od wsi. Nawet żartowałyśmy, że jak wojna, to szmugiel żarcia ze wsi.
We Wrocławiu na dworcu głównym był chaos. Tłum błąkających się ludzi, odwołane pociągi. Pod dworcem kilkaset osób czekających na taksówki. Ulicą Świerczewskiego jechała kolumna wojskowych pojazdów. Hanka poszła do budki telefonicznej, zadzwonić po kogoś z samochodem. Jakiś facet wyśmiał jej optymizm, telefony nie działały. Byłyśmy tak przerażone, że pojęcia nie mam jak dostałyśmy się do domu. Mam to totalnie wymazane z pamięci. Wszyscy spędzaliśmy ten dzień przy radiu lub telewizorze, nasłuchując kolejnych komunikatów.
Szybko dowiedzieliśmy się, że zawieszono działalność wyższych uczelni. Były jakieś pogłoski o interwencji ZOMO w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarniczej, gdzie trwał strajk. Rozpędzono studentów i w ten sposób spacyfikowano strajki. Studentom kazano opuścić akademiki i zakwaterowano tam ZOMO. Wprowadzono godzinę milicyjną...
Słyszało się o aresztowaniach. 
Teraz po 35 latach tworzy się nową historię. Wymazuje się bohaterów i kreuje nowych. Znowu są ludzie, którzy uważają, że lepiej wiedzą co dla nas jest dobre. 
Zaczynam wierzyć, że moi rodacy mają jakiś gen autodestrukcji.

niedziela, 27 listopada 2016

Szklany klosz, Sylvia Plath


Szklany klosz, Sylvia Plath
przekład z angielskiego Mira Michałowska
Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa, 1975

Dziwne są powroty po latach do przeczytanych książek. Niemal zawsze co innego się w nich odnajduje. Pomyślałam właśnie, że gdy ja zaczynałam życie, Sylvia Plath podjęła decyzję o jego zakończeniu. Strasznie przygnębiające. 
Czasem o niej myślę i zastanawiam się kim byłaby teraz. Co osiągnęłaby, gdyby żyła dłużej. 

SZKLANY KLOSZ to jedyna powieść Plath, przy tym o charakterze autobiograficznym. Ukazuje inteligentną, młodą kobietę przez krótki fragment jej życia. Wystarczający jednak, by nie mieć wątpliwości, że jest niezwykle wrażliwa, spostrzegawcza, a w swych poglądach znacznie wyprzedza epokę. 
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że widziała ludzi jak przez aparat rentgenowski. Miała czujnik fałszu. 

Była bardzo ambitna i twórcza, zawsze wiedziała, że chce pisać. Wysyłała do gazet i wydawnictw opowiadania i utwory poetyckie. Zdobywała mnóstwo nagród, stypendia i wyróżnienia. Ukończyła prestiżowy Smith College. Lato 1952 roku spędziła w Nowym Jorku, zdobywając pierwszą nagrodę miesięcznika MADEMOISELLE. Zupełnie niezrozumiałe jest to, że opisana w powieści próba samobójcza, będąca skutkiem depresji, miałą miejsce zaraz po powrocie z Nowego Jorku. Sam staż w liczącym się czasopiśmie był nobilitacją, była zachwycona wielkomiejskim życiem, znanymi ludźmi, eleganckimi restauracjami...

Biografowie Sylvii Plath podkreślają, że nie była osobą chorą psychicznie, tylko co jakiś czas cierpiała na depresje. Ale to raczej problem semantyczny, bo różnica tkwi tylko w definiowaniu pojęć. Prawda jest taka, że trudno zmierzyć cierpienie, głębokość smutku, poczucie bezsensu istnienia. 

Od czasu do czasu, zarówno w SZKLANYM KLOSZU, jak i w relacjach dziewcząt ze stażu w MADEMOISELLE, wyłania się po prostu piękna dziewczyna, radosna i szczęśliwa. Lubiącą modne ciuchy, dobre jedzenie i facetów.  Tym bardziej zaskakuje stan w jakim wróciła do domu. To, że zupełnie odizolowała się od otoczenia, że cierpiała na bezsenność, że dotarła do momentu, w którym w sposób przemyślany, nie impulsywny, podjęła kolejną próbę samobójczą.
Abstrahując od stanów psychicznych bohaterki, w warstwie fabularnej, powieść ma charakter obyczajowy i świetnie opisuje przemiany zachodzące na początku lat pięćdziesiątych. Przede wszystkim w SZKLANYM KLOSZU widoczna jest zapowiedź rewolucji seksualnej i ruchów emancypacyjnych kobiet. Dlatego ze względu na warstwę obyczajową, powieść bywa porównywana do BUSZUJĄCEGO W ZBOŻU J.D. Salingera.  

Samobójstwo jest niewyobrażalnym dramatem. Przerażające jest to, że można tak cierpieć, że chce się to definitywnie zakończyć. Przeraża mnie nieodwracalność czynu, brak instynktu samozachowawczego i ogrom nieszczęścia. 
Trudno mi oceniać wartość literacką utworu. Jest przede wszystkim zdominowany przez dramat Sylvii Plath. Czytając, cały czas szukałam odpowiedzi i jej nie znalazłam. A przekaz jest niezwykle prosty, podobnie język. Nie wiem czy to bardziej zasługa tłumacza, czy styl Plath.

I tak bardzo mi żal jej nieprzeżytego życia.



czwartek, 24 listopada 2016

Breaking Bad

Znalezione obrazy dla zapytania breaking bad logo


Właściwie nie oglądam telewizji, a co dopiero seriali. W moim środowisku to wręcz powód do dumy. Mimo to, od ponad roku dwie osoby namawiały mnie do obejrzenia BREAKING BAD. Jedna robiąc sobie żarty, że zamiast pracować za śmieszne pieniądze, mogłabym zacząć robić kasę. I to jaką! W końcu jestem chemikiem. Nie zaczęłam jednak produkować metaamfetaminy, ale obejrzałam serial i uwierzyć nie mogę, że tak długo z tym zwlekałam. 
Serial był emitowany w latach 2008-2013, zdobył niewiarygodnie dużo nagród i pod wieloma względami jest fenomenem. Reżyserowało go 25 reżyserów, scenarzystów było 10, a grali w nim właściwie wyłącznie nieznani aktorzy. Dzieło jest na tyle niezwykłe, że trudno będzie nakręcić coś lepszego. Spotkałam się nawet z opinią, że twórczość telewizyjna powinna się dzielić na czas przed i po BREAKING BAD. 
Zostajemy świadkami dwóch lat życia pięćdziesięcioletniego faceta, w typie raczej dupy wołowej. Niby świetny chemik, ale pracuje za kiepskie pieniądze jako nauczyciel w szkole średniej. Kiedyś był współzałożycielem firmy, która obecnie warta jest fortunę, ale on został spławiony symboliczną odprawą. Żona jest w zaawansowanej ciąży, nastoletni syn wciąż wymaga opieki, bo ma dziecięce porażenie mózgowe, a on dorabia w myjni samochodowej. Nie byłoby dramatu, gdyby nie fakt, że w dniu swoich urodzin, dowiaduje się, że ma raka płuc w fazie nieoperacyjnej. 
Aby zabezpieczyć rodzinę po swojej śmierci, decyduje się na produkcję narkotyków, a spółkę proponuje dawnemu uczniowi, który teraz jest dilerem.
Kupują zdezelowanego kampera i zaczyna się dziać. Żeby było zabawniej, jego szwagier jest agentem DEA, agencji rządowej zajmującej się zwalczaniem produkcji i handlu narkotykami. 

Na czym polega niezwykłość serialu...
Występuje tu sporo postaci, a każda niemal jest zbudowana tak, że mogłaby stanowić materiał na oddzielną historię. Dowodem niech będzie to, że dokręcono trzy sezony BETTER CALL SAUL, historii opartej na losach adwokata występującego w BREAKING BAD. Wiem, że na trzech sezonach się nie skończy, obejrzałam wszystkie części i uważam, że jest na świetnym poziomie, nie ustępującym poprzedniemu serialowi.
Niesamowite jest to, że przy tak licznej ekipie reżyserów i scenarzystów, udało się utrzymać ten sam poziom i absolutną spójność dzieła. 
Jak wspomniałam, postaci są wielowymiarowe, niejednoznaczne, realistyczne choć często nieco przejaskrawione. Tłumaczę to jednak tym, że tak zwanemu masowemu odbiorcy czasem trzeba coś pokazać paluchem. W niczym nie umniejsza to poziomu filmu.
Postaci pierwszoplanowe zostały tak wykreowane, że stanowią studium natury ludzkiej. Pokazują, że nie ma ludzi wyłącznie złych, ani wyłącznie dobrych. Sytuacja potrafi wydobyć z człowieka potwora, może ewentualnie z niemal każdego człowieka. Okazuje się, że gdy przekroczy się pewien próg, można popełnić każde przestępstwo. W kilkudziesięciu odcinkach jesteśmy świadkami ewolucji, jakiej ulegają bohaterowie. Na oczach widzów, stopniowo zachodzą zmiany, które przeistaczają uroczych ludzi z sąsiedztwa w bezwzględnych przestępców. Każda kolejna przemiana, każdy kolejny krok jest konsekwencją tego, co już miało miejsce.
I to co na mnie zrobiło ogromne wrażenie, to związki przyczynowo skutkowe zdarzeń. Pozornie niemożliwe, staje się jedynym możliwym. W sumie, jak w życiu.
O złożoności postaci, o tym, że twórcy nie poszli po najmniejszej linii oporu, świadczą relacje Waltera White'a, głównego bohatera, z uczniem i wspólnikiem, Jessem Pinkmanem. Ich relacje są tak skomplikowane, tak złożone i wieloaspektowe, że trudne do zdefiniowania. Są z pewnością największymi antagonistami i jednocześnie przyjaciółmi, wspólnikami i wrogami. Każdy uratował drugiemu życie i próbował go zabić. 
Po obejrzeniu pięciu sezonów BREAKING BAD, obejrzałam trzy sezony BETTER CALL SAUL, bo nie umiałam się rozstać z serialem. Teraz czekam na kolejny, zapowiedziany sezon.
Historia, sposób jej opowiedzenia, bardzo dużo mówi o naturze ludzkiej, choć może nie napawa zbytnio optymizmem.
Więc jeśli jeszcze ktoś nie widział, naprawdę polecam. 
 

wtorek, 1 listopada 2016

Mężczyźni bez kobiet, Haruki Murakami


Mężczyźni bez kobiet, Haruki Murakami
przekład z japońskiego Anna Zielińska-Elliott
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA, Warszawa, 2015

Z nieprzeczytanych książek Murakamiego miałam do wyboru dwa tomy opowiadań lub trzytomową powieść. Wybrałam opowiadania, choć za nimi nie przepadam. Pogubiłam się nieco w chronologii i przestałam się zastanawiać w jakim kierunku zmierza jego twórczość i czy jest lepsza czy gorsza. 
Mimo wielu wspólnych cech jego pisarstwa, to co pisze jest tak różne i w formie i w treści, że aż zadziwiające.   
Ale do rzeczy. Jest to zbiór siedmiu opowiadań, z których niemal każde mogłoby być bazą do większej powieści. W kilku przypadkach wręcz czułam niedosyt, rozczarowanie, że to już wszystko, że nie będzie ciągu dalszego. A może kiedyś będzie? Tak jak w poprzednich opowiadaniach, o których pisałam. Opowiadanie PTAK NAKRĘCACZ I WTORKOWE KOBIETY, rozrosło się do wielkiej powieści, jednej z ważniejszych w jego twórczości.
Tu, siedmiu mężczyzn w różnym wieku opowiada o jednej ważnej kobiecie w swoim życiu. O jednym, z jakiegoś powodu, niezwykłym związku. Na przykład aktor, który opowiada o zmarłej żonie, dziewczynie będącej jego kierowcą. Jest młody chłopiec, który do tego stopnia nie potrafi zdefiniować swoich uczuć do dziewczyny, że namawia przyjaciela by się z nią spotykał. Albo lekarz, który nigdy nie był w dłuższym, poważniejszym związku. Zwykle spotykał się w tym samym czasie z kilkoma kobietami, które też nie były wolne. Aż spotkał taką, która nie była ani najładniejsza, ani najbardziej interesująca, ale dla której można było umrzeć z miłości. Melodramatyczne? Ckliwe? Ależ skądże! Murakami nie pisze Harlequinów.  
Świat mężczyzn z powieści Murakamiego bywa zaskakujący, wzruszający, niekiedy nieprawdopodobny. Bo czy standardem jest takie uczucie do kobiety, które akceptuje jej zdrady, aby tylko była szczęśliwa? Czy normą jest taka tęsknota za utraconą, zmarłą żoną, że można się zaprzyjaźnić z jej kochankiem, po to tylko, by z nim o niej rozmawiać? Może takie historie zdarzają się tylko w literaturze? 
Elementem wspólnym wszystkich opowiadań jest narrator, który nieśpiesznie, w niemal pozbawiony emocji sposób, opisuje te niezwykłe związki. Mówi o powszechnej potrzebie miłości, bliskości, samotności i tęsknocie za kimś ważnym, a utraconym. 
I jeszcze jeden wspólny mianownik tych historii. Wszystkie, żeby nie wiem jakich huraganów uczuć dotyczyły, kiedyś się kończą. Bywa, że zostawiają jakiś kolec, gdzieś w zakamarkach mózgu, który od czasu do czasu poruszony, powoduje, że emocje na chwilę wracają. Jak echo. 

Dlatego czytam Murakamiego i wierzę, że doczeka się swego Nobla. 

wtorek, 11 października 2016

Tysiąc wspaniałych słońc, Khaled Hosseini




Tysiąc wspaniałych słońc, Khaled Hosseini
przekład z angielskiego Anna Jęczmyk
Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz sc, Warszawa 2014

"-Naucz się tego, i to dobrze córko. Tak jak igła kompasu zawsze pokazuje północ, tak oskarżycielski palec mężczyzny zawsze znajdzie kobietę. Zawsze. Pamiętaj o tym Mariam. "

Ten cytat wcale nie dotyczy sytuacji kobiet w krajach islamskich. Wystarczy przeczytać statystyki sądowe. Większość ofiar gwałtu nie zgłasza przestępstwa, bo sposób w jaki są przesłuchiwane sugeruje ich winę. Były nie tam gdzie powinny, były prowokacyjnie ubrane, zachowywały się niestosownie. No i sądy są wyjątkowo łagodne dla sprawców przestępstw seksualnych. 
Nie policzę ile razy zabierałam się, żeby napisać kilka słów o tej powieści. Wszystko wydawało mi się zbyt banalne wobec tego co się dzieje wokół. I jak tu pisać o potwornościach wojny w jakimś dalekim Afganistanie, gdy na ulicach mojego kraju kobiety walczą o prawo do decydowania o swoim życiu.
Zbyt dużo się dzieje ważnych rzeczy, by móc się skupić na literaturze, choćby najlepszej.
Mam wrażenie, że jest coś destrukcyjnego w ludziach. Że gdy zaczyna im się zbyt fajnie żyć, trzeba wszystko spieprzyć.
Dochodzi do tego aspekt religii, a starałam się dotąd bardzo unikać wypowiadania się na ten temat, by nikogo nie urazić. Wmawia się nam, że są religie lepsze i gorsze. A ja mam wrażenie, że w każdej chodzi tylko o władzę i pieniądze. Choć, szczerze, to jedno i to samo.
  
Historia ludzkości to historia wojen, rewolucji i walk o co się tylko da. Świat jest światem mężczyzn. Kobiety są by rodzić kolejne pokolenia walczących, bywają nagrodą i trofeum. Paradoksalnie, mówiąc o ochronie kobiet, stosuje się wobec nich przemoc. Ogranicza się ich edukację, każe zakrywać ciało, nie pozwala samodzielnie opuszczać domu. Ojciec pilnuje córki, a później jej mąż, syn... Za problemy z seksualnością mężczyzn karane są kobiety. 
Ta piękna powieść opowiada o losach dwóch kobiet, które zostały poślubione przez tego samego mężczyznę. O przemocy, wojnie, miłości i nadziei jednocześnie. O sile przyjaźni i niepoprawnym ludzkim optymizmie. 
Mówiąc o sytuacji w Afganistanie, padają przygnębiające słowa, które wcale nie dotyczą tylko tego skrawka ziemi zapomnianego przez boga.
Ktoś mówi, że wobec wroga zewnętrznego, wszyscy potrafią się zjednoczyć i wspólnie walczyć, ale gdy tego wroga brakuje, natychmiast zaczynają walczyć między sobą. 
Przygnębiające i boję się, że w dużym stopniu dotyczy również miejsca, w którym żyję.   
Podsumowując, jest to powieść, która pozostaje w głowie, stanowi ogromny materiał do refleksji, napisana tak, że nie można się od niej oderwać. Niezwykła. Lektura obowiązkowa.

PS: widziałam ostatnio zdjęcia dzieci syryjskich; pokaleczonych maluchów żyjących wśród gruzów, z bezmiarem smutku w oczach; ktoś zrobił zdjęcie fotografce, której łzy ciekły po twarzy, gdy robiła te zdjęcia; widziałam też minutowy film z jakiejś uroczystości w kościele, gdy kapłan podchodzący do ołtarza ciągnął dziesięciometrowy tren w kolorze purpury; i pomyślałam, że ten świat jest do niczego i kolejny raz powtórzę za pastorem Pascalem, że "doświadczenie uczy nas dostrzegać olbrzymią różnicę między dobrocią a pobożnością".

środa, 24 sierpnia 2016

Zniknięcie słonia, Haruki Murakami


Zniknięcie słonia, Haruki Murakami
przekład z japońskiego Anna Zielińska-Elliott
Warszawskie Wydawnictwo Literacki Muza SA, Warszawa 2012


Chyba na portalu Lubimy Czytać ktoś (żałuję, że nie pamiętam autora) napisał, że  lubi czytać Murakamiego nawet gdy pisze o niczym. To moja ulubiona opinia i mogłabym się pod nią podpisać.
Ten zbiór opowiadań jest tak typowy dla autora, że trudno mi napisać coś, czego już wcześniej o jego twórczości nie pisałam. 
W Polsce te opowiadania zostały wydane dziewiętnaście lat po wydaniu japońskim.
Jedno z opowiadań, PTAK NAKRĘCACZ I WTORKOWE KOBIETY rozrosło się później do wielkiej powieści, KRONIKI PTAKA NAKRĘCACZA. Powieści, która w jednym z wątków nawiązuje do najciemniejszych kart w historii Japonii. 
Wszystkie opowiadania zawierają jakiś element absurdu, słonie mogą być produkowane w fabryce, ze strzeżonego i całą dobę monitorowanego pomieszczenia może zniknąć słoń wraz z opiekunem. Można dokonać napadu na fast food w ataku szaleńczego głodu. Wszystkie opowiadania sugerują, że na życie ludzkie składają się przypadkowe zdarzenia i często podejmowane pod wpływem impulsu decyzje. U Murakamiego znaczenia nabierają pozornie błahe epizody, czy spotkania przypadkowych ludzi. 
Jest mi bardzo bliskie takie postrzeganie życia, bo faktem jest, że z czasem nie pamięta się jego jako ciągu przyczynowo-skutkowego. We wspomnieniach pozostają tylko wybrane obrazy, pojedyncze historie.  
Czy czyta się powieść Murakamiego, czy opowiadania, otrzymujemy podobny styl narracji, leniwy, bez gwałtownych zwrotów akcji i zaskakujących wydarzeń. 
Jego bohater też jest dość typowy. Nie jest zbyt błyskotliwy, przeciwnie, często to totalny nieudacznik. Ale niemal zawsze miłośnik muzyki klasycznej lub jazzu, pijący tę samą whisky, nie radzący sobie w relacjach z kobietami, lubiący gotować, obowiązkowo prasujący swoje koszule i dbający o higienę. Często ma kota, ale nie pamiętam, żeby kiedykolwiek miał psa. Szczerze mówiąc, dopiero czytając Murakamiego spotkałam się z tym, że najistotniejszą czynnością dnia może być gotowanie makaronu. Jego bohaterowie mają fizjologiczne potrzeby i bardzo starannie się myją. 
W wielu utworach bohater tak samo się nazywa, jakby ciągle dopowiadane były kolejne epizody z życia tej samej postaci.
O ile krytyka od lat Murakamim się zachwyca, to wśród czytelników Murakami budzi często skrajne emocje. Ja należę do tej części populacji, która go niemal bezkrytycznie kocha, więc dla mnie może pisać cokolwiek. Zawsze znajdę to, co jest mi w danej chwili potrzebne. 
I to jest moim zdaniem jeden z dowodów geniuszu pisarza, że każdy interpretując jego dzieła inaczej, co innego w nich znajduje. 



środa, 17 sierpnia 2016

Goslar, Dolna Saksonia



Byliśmy w górach Harzu trzydzieści lat temu, a od kilkunastu, regularnie powtarzaliśmy, że fajnie byłoby tam zajrzeć i zobaczyć co się zmieniło. Myśleliśmy o Wernigerode i Ilsenburgu, ale nie znaleźliśmy w tych miasteczkach satysfakcjonującego nas zakwaterowania. Przypadek sprawił, że znaleźliśmy w Goslar, w którym wtedy nie byliśmy. Dlaczego? Bo po wojnie znalazło się w brytyjskiej strefie okupacyjnej i było już w RFN. A "nasz" Harz był w NRD. 
Goslar nas zaskoczyło i oczarowało. Posiada bardzo dużą, średniowieczną starówkę, która w latach dziewięćdziesiątych została wpisana na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. 
Starówka jest pięknie utrzymana i zamieszkana. Skąpana w zieleni i z przepływającym strumieniem wygląda niezwykle. Można godzinami włóczyć się labiryntem uliczek i wciąż spotykać nowe, czarujące zakątki.
Mam nadzieję, że zdjęcia choć odrobinę oddadzą klimat tego niezwykłego miejsca.
Do tego w promieniu pięćdziesięciu kilometrów miasteczek z licznymi atrakcjami jest mnóstwo i czasu może zabraknąć na zobaczenie wszystkiego. 
Turystów można tu spotkać z całej Europy, a gdzieś wyczytałam, że jest to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w Niemczech. Przy tym nie ma tu męczącego tłumu, długiego oczekiwania na wolny stolik w restauracji. 
No i mikroklimat! Powietrze jest tu niesamowite a dowodem na to są liczne sanatoria chorób płuc. 
No i jeszcze jeden atut. Ceny apartamentów są bardzo atrakcyjne w stosunku do wielu innych równie atrakcyjnych miejsc w Europie. My dokonaliśmy rezerwacji za pośrednictwem Booking.com i trafiliśmy rewelacyjnie.
Dodać należy, że podróżuje się po całym rejonie komfortowo, bo jest cała sieć autostrad, więc żadnych korków. 














Ilsenburg, piękny staw w środku miasteczka, a w stawie kilkudziesięciocentymetrowe ryby i bardzo czysta woda.


Niżej kilka zdjęć z Wernigerode. Wielkie zamczysko, które jest jednym z lepiej zachowanych muzeów wnętrz.









I jeszcze kilka migawek z Goslar.






wtorek, 2 sierpnia 2016

Trzy ważne filmy (bardzo subiektywnie)

Każdy z nas jest wypadkową niezliczonej ilości czynników, które decydują kim w konsekwencji jesteśmy. Choć filmów, książek, ludzi, zdarzeń....ważnych dla mnie jest znacznie więcej, chciałabym polecić trzy bardzo stare filmy, które (uważam) miały na mnie duży wpływ. Każdy jest o czymś innym i ważny jest z innego powodu. 
Są totalnie z innych bajek. Należą do innych gatunków filmowych. Jeden jest ekranizacją powieści, drugi dramatu, który bił rekordy popularności, trzeci jest melodramatem i to takim, który mógłby definiować gatunek.

Wiosenna bujność traw (Splendor in the Grass, 1961) reżyseria Elia Kazan, scenariusz William Inge, w rolach głównych Natalie Wood i Warren Beatty.
Dlaczego ten film? Bo jest o wielkim uczuciu. Takim, o którym marzy każdy (?), choć nie każdy potrafi się przyznać. O uczuciu zwalającym z nóg, porażającym, po którym nic nie jest takie samo. Takim, o którym się czyta w wielkich powieściach i zdarza się raz na tysiąc lat.
Wszystko jest w czasach przed rewolucją seksualną, w czasach gdy istniało pojęcie mezaliansów i można było zwariować z miłości.
Jeśli nie wiesz o czym piszę, lub uważasz, że przesadzam, to nie wiesz nic o miłości.
Oglądałam ten film kilka razy i choć nie jestem egzaltowaną małolatą, zawsze mam kluchę w gardle, gdy Natalie odwiedza Warrena po wyjściu z kliniki psychiatrycznej i zastaje go w ZUPEŁNIE INNEJ SYTUACJI. Nie, nie zdradzę treści. Obejrzyj, proszę.

Za rok o tej samej porze (Same Time, Next Year, 1978) reżyseria Robert Mulligan, scenariusz Bernard Slade, w rolach głównych Ellen Burstyn i Alan Alda.

To chyba najtańszy film świata. Dwoje aktorów i tylko zmieniające się kostiumy, fryzury, scenografia. Ale w jaki rewelacyjny sposób! To niesamowite jak strój przypisany jest do czasu, jak dużo o nim mówi. 
Film jest adaptacją sztuki teatralnej i opowiada historię pary, która poznała się w 1951 roku w sanatorium, gdy oboje byli już w związkach. Postanawiają spotykać się raz w roku, w tym samym miejscu i spędzić razem weekend. Zostajemy świadkami kilku takich spotkań. Widzimy jak zmieniają się ci ludzie, jak ewoluują ich poglądy. Tematem ich rozmów są zmiany obyczajowe i polityczne. Bywa, że ostro się ścierają. Dialogi są świetne. Dramaturg mówi tak wiele przy udziale tak niewielkiej ilości środków! Genialne!
Przy okazji jest to opowieść (dla mnie) o tym, że można się przyjaźnić mimo upływu czasu i bycia w udanych związkach, że jest mnóstwo rodzajów miłości, o sztuce kompromisu, o trudnej sztuce dokonywania mądrych wyborów... i wielu innych rzeczach. I tak każdy znajdzie w tym coś innego, więc nie będę podpowiadać.

Opowieść podręcznej (The Handmaid's Tale, 1990) film nakręcono na podstawie książki Margaret Atwood (1984), scenariusz napisał Harold Pinter, reżyserował Volker Schlondorff. Film zgromadził naprawdę dobrą obsadę: Natasha Richardson, Robert Duvall, Faye Dunaway, Aidan Quinn, Elizabeth McGovern...

Ten film ma chyba najbardziej złożoną fabułę z tu wymienionych. Na obszarze obecnych Stanów Zjednoczonych, w bliżej nieokreślonej przyszłości powstaje państwo religijne, stworzone przez organizację o charakterze rasistowsko-nacjonalistycznym. Władzę przejęli wojskowi, którzy zmuszają do przestrzegania prawa opartego ściśle na Starym Testamencie. Ludzie żyją w obozach, oddzielnie kobiety i mężczyźni. Dyktatura wojskowa surowo egzekwuje narzucone prawo. Nieliczni, którzy nie mają zamiaru się podporządkować, skazani są na banicję i żyją gdzieś w niedostępnych górach, właściwie na granicy cywilizacji.
Można by powiedzieć, że jest to czysta fikcja, nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością. Niekoniecznie. Uważam, że współcześnie jest bardziej aktualna, niż w czasach w których powstała. W wielu częściach świata nasilają się ruchy religijne o charakterze fundamentalistycznym i nie ma dla mnie znaczenia, czy jest to islam czy katolicyzm. Wiem, że religia powinna być prywatną sprawą każdego człowieka, że żadna religia nie uzasadnia przemocy i powinien być rozdział państwa od religii. Do czego prowadzi sytuacja odwrotna, opowiada ten film.
Nie to jest jednak dla mnie w nim najważniejsze. Mówi się tu o tym, że bez względu na surowość prawa, prawo jest dla społeczeństwa, dla rządzonych. Nie dotyczy rządzących. Jest w tym filmie taka scena, w której komendant, osoba postawiona wysoko w hierarchii, zabiera podręczną (główną bohaterkę) do nocnego klubu. Gdzie kobiety towarzyszące mężczyznom ubrane są w seksowne stroje, mało co przykrywające, gdzie pije się alkohol, dużo alkoholu, gdzie zatrudnione są prostytutki, są narkotyki... Dodam dla jasności, że wszystko to oficjalnie jest zabronione, kobiety, tzw podręczne na co dzień chodzą w czymś co raczej przypomina habit. 
Takie miejsca dostępne są dla tych u władzy, o ich istnieniu wie niewielka grupa ludzi, tych uprawnionych do bywania w nich. Dla zwykłych ludzi za najmniejsze odstępstwo od narzuconych zasad są surowe kary.
Czyli jest to o hipokryzji władzy. O tym, że co innego się głosi, a według innych zasad się żyje. Czyli nic nowego pod słońcem.

PS: w scenie z nocnego klubu, w ścieżce dźwiękowej jest nieziemska piosenka Patsy Cline, CRAZY. Jedna z najbardziej ekspresyjnych piosenek jakie znam. 

środa, 29 czerwca 2016

Żniwa zła, Robert Galbraith


Żniwa zła, Robert Galbraith
przekład Anna Gralak
Wydawnictwo Dolnośląskie,  2016


ŻNIWA ZŁA to trzecia część historii z udziałem Cormorana Strike'a i Robin Ellacott, autorstwa Roberta Galbraitha, czyli J. K. Rowling. Pierwsza powieść podobała mi się najbardziej, bo miała element nowości, charakterystyczny dla pierwszej części serii. Mam wrażenie, że z kolejnymi jest coraz gorzej. 
Po pierwsze tytuł jest tak pretensjonalny, że było mi wstyd wyciągać książkę w miejscach publicznych, co mam w zwyczaju, gdy czekam na umówione spotkanie, czy samotnie piję kawę. 
Po drugie, występuje tu takie nagromadzenie ludzi o wszelkich odchyleniach od normy, że świat autorki jawi się jak jedna wielka klinika psychiatryczna. Może coś w tym jest.
Po trzecie, autorka wręcz epatuje przemocą i brutalnością. Mordercy nie wystarczy, że zabił, musi ofiarę poćwiartować i tygodniami przechowywać w lodówce.
Po czwarte, narracja jest stanowczo zbyt rozwlekła. 
No i, w tych ewidentnie dwuwątkowych powieściach, wątki są nierówne. Ten kryminalny jest znacznie słabszy od tego "romansowego", dotyczącego relacji między detektywem a jego asystentką. 
Wybrałam tę powieść ze stosu czekających na przeczytanie książek, bo potrzebowałam czegoś lekkiego, odmóżdżającego i ten kryminał świetnie spełnił swoją rolę. Mimo wszystkich niedoskonałości. Szczególnie, że musiałam odreagować poprzednią powieść, Ścieżki północy Roberta Flanagana.
Chyba też czytam tę serię przez sympatię do głównych bohaterów. Trochę moim zdaniem nietypowych, choć może czytam zbyt mało kryminałów, by być w tej sprawie autorytetem. Bo już to, że śledztwa prowadzi para, wydaje mi się dość charakterystyczne dla gatunku, w którym każdy może znaleźć coś potrzebnego. Chcesz psychopatycznego mordercę, proszę bardzo. Wolisz poczytać o tym, że szef czuje miętę przez rumianek do swojej będącej w związku pracownicy... nie ma sprawy. 
Dodam jeszcze, że autorka mi "podpadła", bo gdzieś rzuciła od niechcenia, jako przykład dopustu bożego, wynajmowanie mieszkania na przedmieściu u jakiejś WEGANKI, co mi mocno zajechało  ministrem Waszczykowskim, tym od rowerzystów, wegetarian i energii odnawialnej. 
Podsumowując, do przeczytania, ale nie liczyłabym na szokujące wrażenia. 

niedziela, 19 czerwca 2016

Ścieżki północy, Richard Flanagan


Ścieżki północy, Richard Flanagan
przełożył Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015

Pomyśleć tylko... książka powstawała przez dwanaście lat i miała sześć wersji zakończenia!
Mój egzemplarz jest naszpikowany fiszkami z ważnymi, moim zdaniem, cytatami, a ja się zastanawiam czy jest sens je załączać. 
Jest to z pewnością książka, która zostanie w mojej głowie na zawsze, jedna z najważniejszych i najpiękniejszych historii. Po raz pierwszy chyba się zgadzam z tym co napisano na okładce książki, mam na myśli opinie ją reklamujące. 
O wojnie w Azji Południowo-Wschodniej napisano mnóstwo książek i nakręcono wiele filmów. Przychodzi mi na szybko do głowy KRÓL SZCZURÓW, MOST NA RZECE KWAI, CIENKA CZERWONA LINIA... Ta powieść jest inna. Wielowątkowa i pokazująca, że jest wiele prawd i wiele uzasadnień dla dobra i zła. Pokazuje również, że konfrontacja z Japończykami to było zderzenie dwóch kultur o zupełnie innej mentalności. Kodeks Bushidō, którym kierowali się Japończycy, był niezrozumiały, a może raczej trudny do zaakceptowania, dla ludzi wywodzących się z kultury europejskiej. I to niewyobrażalne okrucieństwo, którego doświadczyli więźniowie Japończyków: wiwisekcje, kilkugodzinne katowanie, aż ofiara przestawała przypominać człowieka, zmuszanie do pracy ludzi, którzy byli chodzącymi trupami... Powieść w niezwykle realistyczny sposób opisuje warunki przetrzymywania jeńców w japońskich obozach. A dodać należy, że miejscem przetrzymywania była tropikalna puszcza, dochodzą więc choroby tropikalne: czerwonka, cholera, beri-beri...
Więźniowie mieli swoje sposoby na przetrwanie. Gdy jeszcze mieli siły, wystawiali sztuki, grali, śpiewali... Po latach jeden z japońskich oprawców powiedział, że chyba nie było Australijczykom tak źle w obozie, skoro śpiewali.        
Bohater powieści jest oficerem i lekarzem. Wstrząsające są opisy jego walki o ratowanie żołnierzy. Operowanie bez światła, stosowanie wygotowanych jelit zwierzęcych jako nici chirurgicznych, bez znieczulenia, bez środków przeciwbakteryjnych. Operowanie, gdy nie było już kawałka kończyny, którą można by jeszcze amputować ratując życie, bo gangrena pochłonęła wszystko. Ludzie wykrwawiali się na namiastce stołu operacyjnego, a śmierć była wyzwoleniem. 
Współcześni historycy nie potrafią nawet podać liczby osób, które straciły życie przy budowie kolei birmańskiej. 
Tak to zostało podsumowane w powieści: "Po kilku miesiącach od zakończenia wojny zaczął się koniec Linii.Tajowie ją opuścili, Anglicy rozebrali, a resztki wyciągnęli i rozebrali tubylcy...Tam gdzie królowała śmierć, powróciło życie...zaczęły kiełkować nasiona, pośród ludzkich czaszek, kości udowych i połamanych stylisk od kilofów...Człowiek to tylko jedna z form istnienia..." I to wszystko na darmo. Tysiące bezsensownie przerwanych istnień. Bo jak w innym miejscu pisze autor, nie pozostało z tego wysiłku nic, nawet państwo, w którym to wszystko się działo. 
A po wojnie ukarani zostali najmniej winni. Na przykład strażnicy koreańscy, którzy w jakimś sensie sami byli ofiarami. A przez Japończyków traktowani jak podludzie. Zbrodniarze albo mieli środki by się ukryć, albo byli zbyt cenni dla aliantów, bo zmienił się WRÓG. Bo w międzyczasie Japonia z wroga stała się sojusznikiem. Wiedza zdobyta w doświadczeniach mogła być wykorzystywana w walce z Rosjanami. W tym broń biologiczna testowana na amerykańskich i australijskich jeńcach. 
W powieści jeden z ukrywających się komendantów obozu, zastanawia się dlaczego to on jest na liście poszukiwanych, skoro tylko robił to, co do niego należało. Dlaczego nie pociąga się do odpowiedzialności cesarza? Hipokryzja i polityka. 
Trudno też się nie zgodzić z Flanaganem, że historia wiele wypacza. Bo czy Napoleon nie był zbrodniarzem? Czy faraonowie zmuszający do niewolniczej pracy przy budowie piramid nie byli zbrodniarzami? Kto o tym pamięta? Większość i tak zachwyca monumentalny charakter budowli, a los tysięcy ofiar? No cóż, to przy okazji.
Powieść nie jest tylko o wojnie, choć wywarła wpływ na ofiary i katów. Jedni z tego wyciągnęli wnioski, inni niczego się nie nauczyli, niczego nie zrozumieli. Tych co przeżyli połączyła silna więź. Jest tu taka piękna scena. Jeden z żołnierzy marzył, że gdy wróci do domu, pójdzie do takiej restauracji rybnej, w której bywał przed wojną z żoną. Tam w akwarium pływały ryby, które można sobie było wybrać do przyrządzenia. Któregoś razu doszedł do wniosku, że te ryby są jak oni w tym obozie, więc po wojnie je wypuści. Kupi wszystkie i wyniesie do oceanu. Nie przeżył, zrobili to ci, którym się udało. Po jakimś wieczorze w barze. 
Ta powieść jest też o miłości, o życiu i śmierci. O tym, że gdy ma się szczęście, to u schyłku życia można doświadczyć ZROZUMIENIA. Gdy ma się szczęście. 
Jest też tu o ogromnej roli przypadku.
Wszystko napisane w taki sposób, że wrzyna się w głowę, że się tej książki nie czyta, lecz przeżywa. 
Ogromne wrażenie zrobiły na mnie nawet nie same opisy zdarzeń, ale wybiegające w przyszłość komentarze.
"Za osiemnaście miesięcy-sześć więcej, niż dawali jej lekarze-zostanie pochowana na podmiejskim cmentarzu, na niczym niewyróżniającym się placu pośród całych akrów podobnie niewyróżniających się grobów. Nikt nigdy więcej już jej nie zobaczy, po pewnym czasie zatrą się wspomnienia jej siostrzenic, a wtedy, zresztą tak jak i one same znikną. Jedyne co pozostanie, lśniące w długiej nocy ziemi, to ten naszyjnik z perłą, w którym, o co poprosiła już wcześniej, miała zostać pochowana."
Bo czy to nie jest najsmutniejsze w umieraniu, że żadne emocje, żadne wielkie uczucia i uczynki, nie przetrwają próby czasu? Że tak długo istniejemy, jak długo ktoś o nas pamięta?
Albo historia trąbki...Jeden z bohaterów strzegł jej przez cały pobyt w obozie, bo była jedyną cenną rzeczą jaką posiadał. Ona wzywała do zbiórek i na niej grał na pogrzebach przyjaciół i kolegów. Miał ją przez resztę życia, a dożył prawie setki. I ta trąbka została sprzedana za pięć dolarów na wyprzedaży garażowej przez jego córkę, dla której nic nie znaczyła. Ot, pogięta stara trąbka. 
Tę książkę trzeba przeczytać. 

sobota, 4 czerwca 2016

Dom sióstr, Charlotte Link



Dom sióstr, Charlotte Link
przekład Ryszard Wojnakowski
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2015, wydanie III

Najdziwniejszy kryminał jaki czytałam. Do któregoś momentu zastanawiałam się czego dotyczy TAJEMNICA, później już tylko chłonęłam opowieść. A czyta się duszkiem. Ponad sześćset stron i nie ma się wrażenia rozciągania historii, niepotrzebnych wątków, nadmiaru słów. 
Zaczyna się od przyjazdu niemieckiego małżeństwa do domu na pustkowiu, gdzieś w Yorkshire. Małżeństwo się sypie i ten wyjazd ma być próbą ratowania związku. Zbliża się boże narodzenie, jest więc zima. Dom wynajmuje im starsza kobieta, która szuka dodatkowych środków na utrzymanie domostwa. Ledwo docierają do celu, zostają w nim uwięzieni przez ekstrema pogodowe. Ogromne opady śniegu odcinają ich od świata bez prądu, jedzenia, łączności. Poszukując opału i czegoś do jedzenia, znajdują manuskrypt, w którym ktoś opisał historię rodziny. Kilkaset stron, w których opisano wydarzenia od początku XX wieku do roku osiemdziesiątego. Dwie wojny światowe, sufrażystki, przemiany obyczajowe są tylko tłem do opowiedzenia historii dwóch rodzin, w tym związku pary, która nie umiała ani być ze sobą, ani bez siebie. Romans? Trochę tak, ale taki bez roztkliwiania się. Nie melodramat. Nawet przeciwnie, opowiedziany jakoś tak... konkretnie, głównie przez fakty. Momentami wręcz skrótowo. Kilka czy kilkanaście lat potrafi być streszczone w dwóch zdaniach. Ale ta historia ma klimat. Może przez to, że jej bohaterowie są tak świetnie sportretowani?

Jest to bardzo dobra historia i świetnie napisana. Taka prawdziwa, w sensie nie wymyślona na siłę. Ludzie są tu też tacy z krwi i kości, dobrzy i źli, mądrzy i głupi. Jak w życiu. 
A gdzie tu wątek kryminalny? Szczerze, to mogło go w ogóle nie być. Ale w tej historii są niewyjaśnione zaginięcia, niejasne motywy, które w finale się wyjaśniają. 
Może Charlotte Link MUSI pisać kryminały? Ta powieść nie musiała nim być.
Jest to moja czwarta powieść tej autorki i po lekturze lubię ją jeszcze bardziej, choć nie wszystko co czytałam oceniam równie dobrze.

PS: KTOŚ anonimowo zostawił mi na blogu komentarz polecając tę powieść, dziękuję.        

czwartek, 26 maja 2016

Pałac w Mosznej, Śląsk Opolski




Pałac w Mosznej częściej nazywany jest zamkiem, nawet na swojej własnej, oficjalnej stronie. To błąd, bo zamek to obiekt, budowla o charakterze obronnym. 
W błąd wprowadza również sam pałac, bo wygląda na bardzo stary, a ma trochę ponad 100 lat. Nie ma to moim zdaniem większego znaczenia, bo jest perełką Śląska Opolskiego. Jedną z wielu, ale jednak. Jedno ze skrzydeł jest neogotyckie, drugie neorenesansowe, a są też elementy barokowe w odbudowanej po pożarze części. Nie będę opowiadać historii tego miejsca, bo zrobiono to szczegółowo i profesjonalnie, ale chciałabym opowiedzieć dlaczego warto tu przyjechać.

Atrakcje:
- sam pałac ze swoją architekturą; 
- około 100 ha parku, a w nim niezliczona ilość tras spacerowych, ze stawami połączonymi kanałami; z wieloma mosteczkami, dziesiątkami ławeczek, polanek, zatoczek...bajka;
- park jest na wpół zdziczały, ale to ma swój urok; 
- mnóstwo starodrzewu;
- niesamowita roślinność, w tym azalie i rododendrony, które w maju kwitną, a wygląda to i pachnie nieziemsko;
- mnóstwo tras rowerowych i do joggingu;
- sąsiedztwo stadniny koni, która organizuje obozy jeździeckie, szkółkę i wypożycza konie na przejażdżki.

Miejsce można odwiedzić na kilka godzin lub kilka dni. Przyznam, że dłużej nie ma co tu robić. W obiekcie jest też spa, sala bilardowa i sauna. Nie mogę ich ocenić, bo nie korzystałam. 
Można zamieszkać w pałacu, co ma swój urok ale... 
Fajnie, że można wybrać pokoje o różnych standardach, można je obejrzeć tutaj: strona pałacu w Mosznej i dokonać świadomego wyboru. Pokoje są ogromne, czyste choć skromnie urządzone. Oryginalne wyposażenie zostało rozkradzione po wojnie, więc to taka trochę namiastka. Mnie nie przeszkadzała. Rozczarowała mnie łazienka, bo choć czyściutka (priorytet) to wyposażona za grosze i pamiętająca cara Mikołuszkę. No i nieadekwatna do ceny noclegu.
Mimo to, nie żałuję, nieczęsto można pomieszkać w tak klimatycznym miejscu. Załączam zdjęcia na dowód. 









Wspomniałam o ciekawej architekturze pałacu... Krużganki, wieżyczki, balkony...wszystko to sprawia, że wygląda jak z bajki. Jest tu również malutka oranżeria a raczej ogród zimowy. I fontanny, na zewnątrz i wewnątrz. 













Na obrzeżach parku znajduje się malutki cmentarzyk, na którym pochowani są ostatni właściciele pałacu. Piękne, nostalgiczne miejsce. Miałam okazję widzieć je skąpane w słońcu, otoczone kwitnącymi krzewami.  



 

Na koniec kilka uwag: 
- mimo mnóstwa wody w okolicy, w tym roku przynajmniej nie ma komarów;
- w cenie noclegu są śniadania, które w prawdzie są standardem, ale tu są bardzo przyzwoite, świeże, dobrej jakości;
- czysto jest i w samym pałacu i w jego otoczeniu (park);
- nie mogę polecić restauracji, zamówiliśmy zupę krem z zielonego groszku, a dostaliśmy paciagę z łyżką rozmoczonych grzanek, jakby nie można było ich podać oddzielnie; coś co figurowało w menu jako warzywa z piekarnika bodajże, sprawiało wrażenie resztek z obiadu; jakaś marchewka, kilka strączków fasoli, jakiś ziemniak, jakiś grzyb...wszystko w wodnistym czymś, a naczynie wielkości kociej miseczki; za 2 porcje zapłaciliśmy około 90 zł, które wolałabym zgubić; o kuchni wegetariańskiej/wegańskiej nie mają tu pojęcia;
- odradzałabym zwiedzanie pałacu w czasie długich weekendów, bo ilość ludzi jest tak ogromna, że aż męcząca;
- kolejną uciążliwością są ślubne sesje zdjęciowe; chyba wszystkie młode pary z okolicy muszą mieć zdjęcie w pałacu! widziałam pary, które błąkały się po parku od rana do wieczora, pannę młodą położono w białej sukni na schodach, a niektóre ujęcia sugerowałyby raczej film erotyczny; młodej pary nie widziałam tylko na drzewie i w fontannie; pal licho te sesje, gdyby nie to, że zamykano na czas zdjęć jakiś obszar i na przykład, żeby się dostać do wewnątrz, trzeba było obchodzić cały obiekt; 
- ale jak już wszystkie wycieczki wrócą do miejsc zakwaterowania a nowożeńcy padną po trudach ślubnej sesji zdjęciowej, i zostaje zachód słońca, śpiew ptaków i kumkanie żab ... to chciałoby się tam zamieszkać.