wtorek, 2 sierpnia 2016

Trzy ważne filmy (bardzo subiektywnie)

Każdy z nas jest wypadkową niezliczonej ilości czynników, które decydują kim w konsekwencji jesteśmy. Choć filmów, książek, ludzi, zdarzeń....ważnych dla mnie jest znacznie więcej, chciałabym polecić trzy bardzo stare filmy, które (uważam) miały na mnie duży wpływ. Każdy jest o czymś innym i ważny jest z innego powodu. 
Są totalnie z innych bajek. Należą do innych gatunków filmowych. Jeden jest ekranizacją powieści, drugi dramatu, który bił rekordy popularności, trzeci jest melodramatem i to takim, który mógłby definiować gatunek.

Wiosenna bujność traw (Splendor in the Grass, 1961) reżyseria Elia Kazan, scenariusz William Inge, w rolach głównych Natalie Wood i Warren Beatty.
Dlaczego ten film? Bo jest o wielkim uczuciu. Takim, o którym marzy każdy (?), choć nie każdy potrafi się przyznać. O uczuciu zwalającym z nóg, porażającym, po którym nic nie jest takie samo. Takim, o którym się czyta w wielkich powieściach i zdarza się raz na tysiąc lat.
Wszystko jest w czasach przed rewolucją seksualną, w czasach gdy istniało pojęcie mezaliansów i można było zwariować z miłości.
Jeśli nie wiesz o czym piszę, lub uważasz, że przesadzam, to nie wiesz nic o miłości.
Oglądałam ten film kilka razy i choć nie jestem egzaltowaną małolatą, zawsze mam kluchę w gardle, gdy Natalie odwiedza Warrena po wyjściu z kliniki psychiatrycznej i zastaje go w ZUPEŁNIE INNEJ SYTUACJI. Nie, nie zdradzę treści. Obejrzyj, proszę.

Za rok o tej samej porze (Same Time, Next Year, 1978) reżyseria Robert Mulligan, scenariusz Bernard Slade, w rolach głównych Ellen Burstyn i Alan Alda.

To chyba najtańszy film świata. Dwoje aktorów i tylko zmieniające się kostiumy, fryzury, scenografia. Ale w jaki rewelacyjny sposób! To niesamowite jak strój przypisany jest do czasu, jak dużo o nim mówi. 
Film jest adaptacją sztuki teatralnej i opowiada historię pary, która poznała się w 1951 roku w sanatorium, gdy oboje byli już w związkach. Postanawiają spotykać się raz w roku, w tym samym miejscu i spędzić razem weekend. Zostajemy świadkami kilku takich spotkań. Widzimy jak zmieniają się ci ludzie, jak ewoluują ich poglądy. Tematem ich rozmów są zmiany obyczajowe i polityczne. Bywa, że ostro się ścierają. Dialogi są świetne. Dramaturg mówi tak wiele przy udziale tak niewielkiej ilości środków! Genialne!
Przy okazji jest to opowieść (dla mnie) o tym, że można się przyjaźnić mimo upływu czasu i bycia w udanych związkach, że jest mnóstwo rodzajów miłości, o sztuce kompromisu, o trudnej sztuce dokonywania mądrych wyborów... i wielu innych rzeczach. I tak każdy znajdzie w tym coś innego, więc nie będę podpowiadać.

Opowieść podręcznej (The Handmaid's Tale, 1990) film nakręcono na podstawie książki Margaret Atwood (1984), scenariusz napisał Harold Pinter, reżyserował Volker Schlondorff. Film zgromadził naprawdę dobrą obsadę: Natasha Richardson, Robert Duvall, Faye Dunaway, Aidan Quinn, Elizabeth McGovern...

Ten film ma chyba najbardziej złożoną fabułę z tu wymienionych. Na obszarze obecnych Stanów Zjednoczonych, w bliżej nieokreślonej przyszłości powstaje państwo religijne, stworzone przez organizację o charakterze rasistowsko-nacjonalistycznym. Władzę przejęli wojskowi, którzy zmuszają do przestrzegania prawa opartego ściśle na Starym Testamencie. Ludzie żyją w obozach, oddzielnie kobiety i mężczyźni. Dyktatura wojskowa surowo egzekwuje narzucone prawo. Nieliczni, którzy nie mają zamiaru się podporządkować, skazani są na banicję i żyją gdzieś w niedostępnych górach, właściwie na granicy cywilizacji.
Można by powiedzieć, że jest to czysta fikcja, nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością. Niekoniecznie. Uważam, że współcześnie jest bardziej aktualna, niż w czasach w których powstała. W wielu częściach świata nasilają się ruchy religijne o charakterze fundamentalistycznym i nie ma dla mnie znaczenia, czy jest to islam czy katolicyzm. Wiem, że religia powinna być prywatną sprawą każdego człowieka, że żadna religia nie uzasadnia przemocy i powinien być rozdział państwa od religii. Do czego prowadzi sytuacja odwrotna, opowiada ten film.
Nie to jest jednak dla mnie w nim najważniejsze. Mówi się tu o tym, że bez względu na surowość prawa, prawo jest dla społeczeństwa, dla rządzonych. Nie dotyczy rządzących. Jest w tym filmie taka scena, w której komendant, osoba postawiona wysoko w hierarchii, zabiera podręczną (główną bohaterkę) do nocnego klubu. Gdzie kobiety towarzyszące mężczyznom ubrane są w seksowne stroje, mało co przykrywające, gdzie pije się alkohol, dużo alkoholu, gdzie zatrudnione są prostytutki, są narkotyki... Dodam dla jasności, że wszystko to oficjalnie jest zabronione, kobiety, tzw podręczne na co dzień chodzą w czymś co raczej przypomina habit. 
Takie miejsca dostępne są dla tych u władzy, o ich istnieniu wie niewielka grupa ludzi, tych uprawnionych do bywania w nich. Dla zwykłych ludzi za najmniejsze odstępstwo od narzuconych zasad są surowe kary.
Czyli jest to o hipokryzji władzy. O tym, że co innego się głosi, a według innych zasad się żyje. Czyli nic nowego pod słońcem.

PS: w scenie z nocnego klubu, w ścieżce dźwiękowej jest nieziemska piosenka Patsy Cline, CRAZY. Jedna z najbardziej ekspresyjnych piosenek jakie znam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz