wtorek, 13 grudnia 2016

1981

Były takie czasy, że w sklepach nic nie było. A jak było, to było na kartki, po znajomości, spod lady... Rodzice poprosili abym pojechała na wieś, do brata mamy i przywiozła od niego worek mąki. Pojechałam razem z Hanką, przyjaciółką. Był sobotni wieczór, wujka nie było i we trzy z ciotką, piłyśmy jakąś paskudną gorzałkę, prawdopodobnie własnej roboty. Spałyśmy z Hanką w jednym pokoju, a ona miała zwyczaj spać przy włączonym radiu. Wczesnym rankiem, w niedzielę 13 grudnia, obudził nas monotonny głos i powtarzająca się fraza, z której dotarło do mnie tylko, że jest wojna. 
Do naszego pokoju weszła zapłakana babcia, która powtarzała, że my nie wiemy jakie to straszne, bo wojny nie przeżyłyśmy. Trzeba było wracać szybko do domu i ogarnąć sytuację. Jak dwie debilki ciągnęłyśmy na dziecięcych saneczkach worek z kilkudziesięcioma kilogramami mąki, bo w K. dworzec kolejowy jest kilka kilometrów od wsi. Nawet żartowałyśmy, że jak wojna, to szmugiel żarcia ze wsi.
We Wrocławiu na dworcu głównym był chaos. Tłum błąkających się ludzi, odwołane pociągi. Pod dworcem kilkaset osób czekających na taksówki. Ulicą Świerczewskiego jechała kolumna wojskowych pojazdów. Hanka poszła do budki telefonicznej, zadzwonić po kogoś z samochodem. Jakiś facet wyśmiał jej optymizm, telefony nie działały. Byłyśmy tak przerażone, że pojęcia nie mam jak dostałyśmy się do domu. Mam to totalnie wymazane z pamięci. Wszyscy spędzaliśmy ten dzień przy radiu lub telewizorze, nasłuchując kolejnych komunikatów.
Szybko dowiedzieliśmy się, że zawieszono działalność wyższych uczelni. Były jakieś pogłoski o interwencji ZOMO w Wyższej Oficerskiej Szkole Pożarniczej, gdzie trwał strajk. Rozpędzono studentów i w ten sposób spacyfikowano strajki. Studentom kazano opuścić akademiki i zakwaterowano tam ZOMO. Wprowadzono godzinę milicyjną...
Słyszało się o aresztowaniach. 
Teraz po 35 latach tworzy się nową historię. Wymazuje się bohaterów i kreuje nowych. Znowu są ludzie, którzy uważają, że lepiej wiedzą co dla nas jest dobre. 
Zaczynam wierzyć, że moi rodacy mają jakiś gen autodestrukcji.

3 komentarze:

  1. Bardzo podoba mi się ten wpis. Takie pokazanie tego dnia z zupełnie innej perspektywy, bardzo osobistej. Tak opowiedziane zagadnienia z podręczników same wchodzą do głowy, dają wyobrażenie tego co się działo "od środka". Z resztą - zawsze lubiłam Pani opowieści i dygresje. Myślałam nad nimi wracając do domu, szczególnie kojarzą mi się z zimową porą, kiedy na zewnątrz było już ciemno i zimno. Przyjemnie było przeczytać to wspomnienie. Pozdrawiam, D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, to bardzo miłe, że tak to pamiętasz; cieszę się, że wciąż tu zaglądasz...pozdrawiam

      Usuń
  2. Tak w sklepach nic nie było, a ludzie byli ze sobą bardziej zżyci, zorganizowani, towarzyscy, a teraz... A teraz jest wszystko... na pewno więcej wrogości i podziałów, to smutne i ciągle w tym kraju powtarza się ta sama historia.

    OdpowiedzUsuń