poniedziałek, 11 stycznia 2016

Słodkie maleństwa

Jestem matką, choć chyba nie w typie MATKI POLKI. Dzieci mam zaledwie dwie sztuki, gotować się nauczyłam (nieco) gdy przeszłam na wegetarianizm i z niekończącym się zdziwieniem czytałam, że ważne nie tylko co wrzucasz do kotła, ale w jakiej kolejności. Eksperymenty ze słodkościami, natomiast, sprowadzają się głównie do zmiany cukierni, w której coś kupuję z okazji świąt lub nielicznych wizyt domowych. A dzieci krewnych i znajomych lubię bardzo, szczególnie, że zdążyły dorosnąć i rzadko je widuję. No właśnie ...
Umówiłam się z przyjaciółką na późny obiad/wczesną kolację w naprawdę fajnym miejscu. Tak fajnym, że tylko rezerwacja stolika dawała szansę na miejsce. Przy sąsiednim siedziała piątka dorosłych i dwójka dzieci w wieku 6-8 lat. Choć mówiąc, że dzieci siedziały, jest dużą  przesadą. Uprawiały wspinaczkę po przepastnych kanapach, nieustannie chodząc po plecach dorosłych. Dorośli nie reagowali. Gdy my z przyjaciółką zajęłyśmy nasz stolik, dzieci wyraźnie zmieniły zainteresowanie ze swoich dorosłych na nas. Sofa, na której siedziała moja przyjaciółka miała tę zaletę, że była praktycznie pusta. Jedno z dzieci pokonało dwa oparcia kanap zestawionych plecami i łapiąc z trudem równowagę usiadło koło mojej towarzyszki. Nasza rozmowa zamarła w pół słowa. Drugie w tym czasie stało z wlepionymi węgielkami oczu przypatrując się mnie, jakby czekając na reakcję. Właściciele pociech nie zauważyli, że jedno zostało naszym gościem, gdy drugie jeszcze się waha. 
Gdy cichutko wróciłyśmy do rozmowy, maluch, który siedział z nami zachowywał się jak na meczu tenisowym, zwracając wzrok raz w moją stronę, raz w stronę mojej rozmówczyni. 
W tym czasie drugie zaczęło się gramolić przez te dwa oparcia i to tak niefortunnie, że praktycznie wylądowało na plecach mojej przyjaciółki, a następnie na jej pięknej torbie.
Szlag trafił właściwie naszą kolację, bo walczyłyśmy o ratowanie dobytku. Wlepione oczka cenzorów też nie zachęcały do swobodnej rozmowy. Zmienić stolika nie mogłyśmy, bo nie było jednego wolnego. Pozostała interwencja u kelnerów. Zrobiłam to w pełnej konspiracji, w drodze do toalety, żeby nie wyjść na sucz, która nie lubi dzieci. Okazało się szybko, że sąsiedni stolik miał o wiele atrakcyjniejszy rachunek niż my i na zwrócenie uwagi na zachowanie dzieci nie mogłyśmy liczyć. Przepraszano nas niemo i rozkładano ręce. 
Przypomniała mi się scena z mojego ulubionego serialu, jedynego, który obejrzałam w całości i do tego kilka razy, SEX IN THE CITY. Scena, w której jedna z bohaterek wylądowała z porcją spaghetti na głowie. W tym kontekście obie miałyśmy dużo szczęścia. 
Pozostaję jednak z kilkoma pytaniami. Czy powinno się ciągnąć dzieci do restauracji a potem zostawiać znudzone samym sobie? Czy ewentualnie jak już je zabieramy, to może wykorzystać sposobność do nauczenia właściwych zachowań? Kto powinien zwrócić rodzicom uwagę? Personel liczący na wysoki napiwek, czy goście, którym zepsuto wieczór? Czy fakt, że nie byłyśmy zadowolone z towarzystwa dzieci świadczy, że z nami coś jest nie tak, bo dzieci to skarb i najwyższe dobro i och i ach?
A może najpierw trzeba wychować dorosłych, żeby miał kto wychować dzieci? Dużo tych pytań...