niedziela, 27 marca 2016

Zakonnice odchodzą po cichu, Marta Abramowicz



Zakonnice odchodzą po cichu, Marta Abramowicz
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016

Duża część moich rodaków nie odróżnia krytyki Kościoła jako instytucji, od krytyki religii. Czytałam ostatnio o niewyobrażalnym hejcie jaki spotkał pewnego zakonnika, jezuitę, który krytykował małą wiarę ludzi, którzy nie chcą, nie widzą powodu, nieść pomocy potrzebującym. On sam był zaskoczony skalą negatywnej reakcji, słownictwem jakim go obrażano. Czytałam, że podobnie potraktowano Autorkę ZAKONNIC.
Marta Abramowicz wykonała dużą pracę, o jeszcze większym znaczeniu. Przedstawiła w sposób obiektywny sytuację kobiet w żeńskich klasztorach w Polsce. Rozmawiała z zakonnicami, które klasztory opuściły. Paradoksalnie, te które odeszły są chyba bardziej niezwykłe, odważne, LUDZKIE, od tych które zostały. Musiały wykazać się ogromną odwagą, bo spotykały się często z ostracyzmem, potępieniem przez rodzinę i kościół. Odchodziły bez grosza, często wszystko co miały, to świecka odzież na sobie. 
Co ważne, ich odejście nie miało związku z kryzysem wiary. Odchodząc bardzo często pozostawały w bliskich związkach z organizacjami pomocowymi, również kościelnymi. Większość bohaterek reportażu, to osoby, o wielkiej wrażliwości. Ich rozczarowanie, a w konsekwencji odejście z klasztoru, spowodowane zostało tym jak są traktowane tam kobiety. Nie...właściwie nie. Nie tylko kobiety. Uniemożliwiano im często niesienie pomocy chorym, bezdomnym, po prostu potrzebującym. Uniemożliwiono wszelki rozwój, w tym edukację. 
Autorka przedstawiła starannie powody opuszczenia zgromadzeń. Nigdy nie były to łatwe decyzje. Bywało, że wbrew woli opuszczającej. 
Aby lepiej wyjaśnić sytuację w żeńskich klasztorach, Abramowicz zestawiła je z warunkami życia w klasztorach męskich. Między nimi jest przepaść. Pod każdym względem. Zakonnicy mężczyźni mogą się edukować, rozwijać. Mają dostęp do internetu, bibliotek, kontakt z ludźmi, własne pieniądze, interesującą pracę. I zupełnie inne relacje w samych zgromadzeniach klasztornych. Informację na ten temat otrzymujemy od samych zakonników.
Z sytuacji w żeńskich klasztorach zdają sobie sprawę zarówno hierarchowie kościelni jak i sami zakonnicy. Choć widzą konieczność zmian, sami zdają sobie sprawę z niewykonalności zadania. Z licznych powodów. Wielu ta sytuacja jest na rękę. Zakonnice są tanią siłą roboczą. Oddanymi służącymi na plebaniach, darmowymi pracownicami w swoich klasztorach, rzadziej katechetkami, pielęgniarkami, pracownicami w hospicjach. 
Powodem trudności w reformowaniu zgromadzeń jest również specyfika polskiego katolicyzmu. Specyfika polegająca między innymi na praktykowaniu religii, której się tak naprawdę nie zna. Polegającej na wybiorczym przyjmowaniu tego co się akceptuje, wygodnego, tradycyjnego... I jednoczesnym odrzucaniu tego co niewygodne, sprzeczne z własnymi przekonaniami. Ortodoksja przemieszana z pogańskimi, adaptowanymi do celów chrześcijańskich obrządkami. 
Jestem przekonana, że osoby wstępujące do klasztorów, to niezwykłe osoby. Cechuje je większa niż u innych religijność i chęć niesienia pomocy. Mam tylko wątpliwości, czy klasztory są odpowiednim miejscem, aby mogły się w tym zrealizować.
Choć jestem absolutnie przekonana o tym, że Marta Abramowicz wykonała kawał dobrej roboty, to jestem również przekonana, że niczego to nie zmieni. Tak jak jeden mądry i niezwykły papież Franciszek nie naprawi Kościoła. To bardzo przygnębiająca refleksja. 
A tak na marginesie... w czasach studenckich miałam dwie koleżanki, które spędziły cztery lata w szkole z  internatem (liceum) prowadzonej przez pewne zgromadzenie zakonne. Nie przytoczę które, na dowód moich dobrych intencji. Często opowiadały o stosunku sióstr do uczennic i o warunkach życia w internacie. Obie po skończeniu szkoły przestały praktykować i zerwały wszelkie związki z Kościołem. Smutne, prawda?
Przygnębiająca lektura, mimo to szczerze polecam do osobistych, głębokich przemyśleń.

niedziela, 13 marca 2016

E.E., Olga Tokarczuk


E.E., Olga Tokarczuk
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015

"...zawsze był pewien, że <wczoraj> brzmi tak samo jak <sto lat temu> i do tego samego się sprowadza: nie istnieje." 

Zacznę od banalnego stwierdzenia, że wszystkie książki są o miłości, o ludziach i o życiu. Mimo to każda jest inna, choćby dlatego, że opowiedziana przez kogoś innego. 
Ta skojarzyła mi się ze starą fotografią w kolorze sepii. Jakby ktoś patrzył na grupę osób i opowiedział kawałek ich historii. Mamy więc 1909 rok (1908?) we Wrocławiu. I kilkoro osób, które połączyło zainteresowanie spirytyzmem. Każda interesuje się kontaktem z duchami z innego powodu. Jest tu nastolatka wchodząca w okres dojrzewania i jej siostry bliźniaczki, którymi mało kto się w rodzinie interesuje. Jest starszy pan, lekarz rodziny, który próbuje zracjonalizować to całe towarzystwo. I student medycyny marzący o doktoracie z psychiatrii. W samym centrum stoi kobieta koło czterdziestki, wciąż interesująca (niegdyś ponoć piękna), która od czasu do czasu popłakuje w samotności, że jej rola została sprowadzona do rodzenia dzieci i rozpaczliwie pragnąca znowu znaleźć się w centrum zainteresowania. Obok kobiety stoi mężczyzna wyglądający na urzędnika. On podkochuje się w tej kobiecie i organizowane seanse spirytystyczne są świetnym pretekstem do spotkań, rozmów i przebywania w jej towarzystwie. To nie mąż. Mężem jest ta trochę rozmazana postać z tyłu. Fabrykant, wiecznie zapracowany i mylący imiona dzieci...
Cudownie prosta historia, opowiedziana chronologicznie, ładnym językiem i przez jednego narratora. Raczej rzadkość obecnie. 
W tej historii jest epizod wyjazdu całej rodziny na wakacje, który dla mnie był jak wędrówka w czasie. Bo wszystko co tam zostało opisane, to miejsca i klimat moich podwrocławskich wakacji, tylko kilkadziesiąt lat później. Te lasy ze starymi kanałami Odry, łąki kwitnące i pachnące latem, krystaliczne strumyki pojawiające się nie wiadomo skąd... Magia!
Jest też piękne, nostalgiczne zakończenie. 
Ponoć to jedna ze słabszych powieści Autorki. Jeśli to prawda, to tylko powód, żeby przeczytać pozostałe. 
Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, to gorąco polecam.