środa, 29 czerwca 2016

Żniwa zła, Robert Galbraith


Żniwa zła, Robert Galbraith
przekład Anna Gralak
Wydawnictwo Dolnośląskie,  2016


ŻNIWA ZŁA to trzecia część historii z udziałem Cormorana Strike'a i Robin Ellacott, autorstwa Roberta Galbraitha, czyli J. K. Rowling. Pierwsza powieść podobała mi się najbardziej, bo miała element nowości, charakterystyczny dla pierwszej części serii. Mam wrażenie, że z kolejnymi jest coraz gorzej. 
Po pierwsze tytuł jest tak pretensjonalny, że było mi wstyd wyciągać książkę w miejscach publicznych, co mam w zwyczaju, gdy czekam na umówione spotkanie, czy samotnie piję kawę. 
Po drugie, występuje tu takie nagromadzenie ludzi o wszelkich odchyleniach od normy, że świat autorki jawi się jak jedna wielka klinika psychiatryczna. Może coś w tym jest.
Po trzecie, autorka wręcz epatuje przemocą i brutalnością. Mordercy nie wystarczy, że zabił, musi ofiarę poćwiartować i tygodniami przechowywać w lodówce.
Po czwarte, narracja jest stanowczo zbyt rozwlekła. 
No i, w tych ewidentnie dwuwątkowych powieściach, wątki są nierówne. Ten kryminalny jest znacznie słabszy od tego "romansowego", dotyczącego relacji między detektywem a jego asystentką. 
Wybrałam tę powieść ze stosu czekających na przeczytanie książek, bo potrzebowałam czegoś lekkiego, odmóżdżającego i ten kryminał świetnie spełnił swoją rolę. Mimo wszystkich niedoskonałości. Szczególnie, że musiałam odreagować poprzednią powieść, Ścieżki północy Roberta Flanagana.
Chyba też czytam tę serię przez sympatię do głównych bohaterów. Trochę moim zdaniem nietypowych, choć może czytam zbyt mało kryminałów, by być w tej sprawie autorytetem. Bo już to, że śledztwa prowadzi para, wydaje mi się dość charakterystyczne dla gatunku, w którym każdy może znaleźć coś potrzebnego. Chcesz psychopatycznego mordercę, proszę bardzo. Wolisz poczytać o tym, że szef czuje miętę przez rumianek do swojej będącej w związku pracownicy... nie ma sprawy. 
Dodam jeszcze, że autorka mi "podpadła", bo gdzieś rzuciła od niechcenia, jako przykład dopustu bożego, wynajmowanie mieszkania na przedmieściu u jakiejś WEGANKI, co mi mocno zajechało  ministrem Waszczykowskim, tym od rowerzystów, wegetarian i energii odnawialnej. 
Podsumowując, do przeczytania, ale nie liczyłabym na szokujące wrażenia. 

niedziela, 19 czerwca 2016

Ścieżki północy, Richard Flanagan


Ścieżki północy, Richard Flanagan
przełożył Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015

Pomyśleć tylko... książka powstawała przez dwanaście lat i miała sześć wersji zakończenia!
Mój egzemplarz jest naszpikowany fiszkami z ważnymi, moim zdaniem, cytatami, a ja się zastanawiam czy jest sens je załączać. 
Jest to z pewnością książka, która zostanie w mojej głowie na zawsze, jedna z najważniejszych i najpiękniejszych historii. Po raz pierwszy chyba się zgadzam z tym co napisano na okładce książki, mam na myśli opinie ją reklamujące. 
O wojnie w Azji Południowo-Wschodniej napisano mnóstwo książek i nakręcono wiele filmów. Przychodzi mi na szybko do głowy KRÓL SZCZURÓW, MOST NA RZECE KWAI, CIENKA CZERWONA LINIA... Ta powieść jest inna. Wielowątkowa i pokazująca, że jest wiele prawd i wiele uzasadnień dla dobra i zła. Pokazuje również, że konfrontacja z Japończykami to było zderzenie dwóch kultur o zupełnie innej mentalności. Kodeks Bushidō, którym kierowali się Japończycy, był niezrozumiały, a może raczej trudny do zaakceptowania, dla ludzi wywodzących się z kultury europejskiej. I to niewyobrażalne okrucieństwo, którego doświadczyli więźniowie Japończyków: wiwisekcje, kilkugodzinne katowanie, aż ofiara przestawała przypominać człowieka, zmuszanie do pracy ludzi, którzy byli chodzącymi trupami... Powieść w niezwykle realistyczny sposób opisuje warunki przetrzymywania jeńców w japońskich obozach. A dodać należy, że miejscem przetrzymywania była tropikalna puszcza, dochodzą więc choroby tropikalne: czerwonka, cholera, beri-beri...
Więźniowie mieli swoje sposoby na przetrwanie. Gdy jeszcze mieli siły, wystawiali sztuki, grali, śpiewali... Po latach jeden z japońskich oprawców powiedział, że chyba nie było Australijczykom tak źle w obozie, skoro śpiewali.        
Bohater powieści jest oficerem i lekarzem. Wstrząsające są opisy jego walki o ratowanie żołnierzy. Operowanie bez światła, stosowanie wygotowanych jelit zwierzęcych jako nici chirurgicznych, bez znieczulenia, bez środków przeciwbakteryjnych. Operowanie, gdy nie było już kawałka kończyny, którą można by jeszcze amputować ratując życie, bo gangrena pochłonęła wszystko. Ludzie wykrwawiali się na namiastce stołu operacyjnego, a śmierć była wyzwoleniem. 
Współcześni historycy nie potrafią nawet podać liczby osób, które straciły życie przy budowie kolei birmańskiej. 
Tak to zostało podsumowane w powieści: "Po kilku miesiącach od zakończenia wojny zaczął się koniec Linii.Tajowie ją opuścili, Anglicy rozebrali, a resztki wyciągnęli i rozebrali tubylcy...Tam gdzie królowała śmierć, powróciło życie...zaczęły kiełkować nasiona, pośród ludzkich czaszek, kości udowych i połamanych stylisk od kilofów...Człowiek to tylko jedna z form istnienia..." I to wszystko na darmo. Tysiące bezsensownie przerwanych istnień. Bo jak w innym miejscu pisze autor, nie pozostało z tego wysiłku nic, nawet państwo, w którym to wszystko się działo. 
A po wojnie ukarani zostali najmniej winni. Na przykład strażnicy koreańscy, którzy w jakimś sensie sami byli ofiarami. A przez Japończyków traktowani jak podludzie. Zbrodniarze albo mieli środki by się ukryć, albo byli zbyt cenni dla aliantów, bo zmienił się WRÓG. Bo w międzyczasie Japonia z wroga stała się sojusznikiem. Wiedza zdobyta w doświadczeniach mogła być wykorzystywana w walce z Rosjanami. W tym broń biologiczna testowana na amerykańskich i australijskich jeńcach. 
W powieści jeden z ukrywających się komendantów obozu, zastanawia się dlaczego to on jest na liście poszukiwanych, skoro tylko robił to, co do niego należało. Dlaczego nie pociąga się do odpowiedzialności cesarza? Hipokryzja i polityka. 
Trudno też się nie zgodzić z Flanaganem, że historia wiele wypacza. Bo czy Napoleon nie był zbrodniarzem? Czy faraonowie zmuszający do niewolniczej pracy przy budowie piramid nie byli zbrodniarzami? Kto o tym pamięta? Większość i tak zachwyca monumentalny charakter budowli, a los tysięcy ofiar? No cóż, to przy okazji.
Powieść nie jest tylko o wojnie, choć wywarła wpływ na ofiary i katów. Jedni z tego wyciągnęli wnioski, inni niczego się nie nauczyli, niczego nie zrozumieli. Tych co przeżyli połączyła silna więź. Jest tu taka piękna scena. Jeden z żołnierzy marzył, że gdy wróci do domu, pójdzie do takiej restauracji rybnej, w której bywał przed wojną z żoną. Tam w akwarium pływały ryby, które można sobie było wybrać do przyrządzenia. Któregoś razu doszedł do wniosku, że te ryby są jak oni w tym obozie, więc po wojnie je wypuści. Kupi wszystkie i wyniesie do oceanu. Nie przeżył, zrobili to ci, którym się udało. Po jakimś wieczorze w barze. 
Ta powieść jest też o miłości, o życiu i śmierci. O tym, że gdy ma się szczęście, to u schyłku życia można doświadczyć ZROZUMIENIA. Gdy ma się szczęście. 
Jest też tu o ogromnej roli przypadku.
Wszystko napisane w taki sposób, że wrzyna się w głowę, że się tej książki nie czyta, lecz przeżywa. 
Ogromne wrażenie zrobiły na mnie nawet nie same opisy zdarzeń, ale wybiegające w przyszłość komentarze.
"Za osiemnaście miesięcy-sześć więcej, niż dawali jej lekarze-zostanie pochowana na podmiejskim cmentarzu, na niczym niewyróżniającym się placu pośród całych akrów podobnie niewyróżniających się grobów. Nikt nigdy więcej już jej nie zobaczy, po pewnym czasie zatrą się wspomnienia jej siostrzenic, a wtedy, zresztą tak jak i one same znikną. Jedyne co pozostanie, lśniące w długiej nocy ziemi, to ten naszyjnik z perłą, w którym, o co poprosiła już wcześniej, miała zostać pochowana."
Bo czy to nie jest najsmutniejsze w umieraniu, że żadne emocje, żadne wielkie uczucia i uczynki, nie przetrwają próby czasu? Że tak długo istniejemy, jak długo ktoś o nas pamięta?
Albo historia trąbki...Jeden z bohaterów strzegł jej przez cały pobyt w obozie, bo była jedyną cenną rzeczą jaką posiadał. Ona wzywała do zbiórek i na niej grał na pogrzebach przyjaciół i kolegów. Miał ją przez resztę życia, a dożył prawie setki. I ta trąbka została sprzedana za pięć dolarów na wyprzedaży garażowej przez jego córkę, dla której nic nie znaczyła. Ot, pogięta stara trąbka. 
Tę książkę trzeba przeczytać. 

sobota, 4 czerwca 2016

Dom sióstr, Charlotte Link



Dom sióstr, Charlotte Link
przekład Ryszard Wojnakowski
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2015, wydanie III

Najdziwniejszy kryminał jaki czytałam. Do któregoś momentu zastanawiałam się czego dotyczy TAJEMNICA, później już tylko chłonęłam opowieść. A czyta się duszkiem. Ponad sześćset stron i nie ma się wrażenia rozciągania historii, niepotrzebnych wątków, nadmiaru słów. 
Zaczyna się od przyjazdu niemieckiego małżeństwa do domu na pustkowiu, gdzieś w Yorkshire. Małżeństwo się sypie i ten wyjazd ma być próbą ratowania związku. Zbliża się boże narodzenie, jest więc zima. Dom wynajmuje im starsza kobieta, która szuka dodatkowych środków na utrzymanie domostwa. Ledwo docierają do celu, zostają w nim uwięzieni przez ekstrema pogodowe. Ogromne opady śniegu odcinają ich od świata bez prądu, jedzenia, łączności. Poszukując opału i czegoś do jedzenia, znajdują manuskrypt, w którym ktoś opisał historię rodziny. Kilkaset stron, w których opisano wydarzenia od początku XX wieku do roku osiemdziesiątego. Dwie wojny światowe, sufrażystki, przemiany obyczajowe są tylko tłem do opowiedzenia historii dwóch rodzin, w tym związku pary, która nie umiała ani być ze sobą, ani bez siebie. Romans? Trochę tak, ale taki bez roztkliwiania się. Nie melodramat. Nawet przeciwnie, opowiedziany jakoś tak... konkretnie, głównie przez fakty. Momentami wręcz skrótowo. Kilka czy kilkanaście lat potrafi być streszczone w dwóch zdaniach. Ale ta historia ma klimat. Może przez to, że jej bohaterowie są tak świetnie sportretowani?

Jest to bardzo dobra historia i świetnie napisana. Taka prawdziwa, w sensie nie wymyślona na siłę. Ludzie są tu też tacy z krwi i kości, dobrzy i źli, mądrzy i głupi. Jak w życiu. 
A gdzie tu wątek kryminalny? Szczerze, to mogło go w ogóle nie być. Ale w tej historii są niewyjaśnione zaginięcia, niejasne motywy, które w finale się wyjaśniają. 
Może Charlotte Link MUSI pisać kryminały? Ta powieść nie musiała nim być.
Jest to moja czwarta powieść tej autorki i po lekturze lubię ją jeszcze bardziej, choć nie wszystko co czytałam oceniam równie dobrze.

PS: KTOŚ anonimowo zostawił mi na blogu komentarz polecając tę powieść, dziękuję.