poniedziałek, 17 lipca 2017

Strasznie głośno, niesamowicie blisko, Jonathan Safran Foer


Strasznie głośno, niesamowicie blisko, Jonathan Safran Foer
przełożył Zbigniew Batko
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007

"Szkoda, że trzeba całego życia, żeby się nauczyć, jak żyć, Oskarze."

Ktoś powiedział, że nie jest to powieść o zamachu na WTC 11 września 2001 roku, tylko o każdym dniu po nim. I jest to chyba najkrótsze streszczenie tej książki.  
Historia opowiedziana z perspektywy dziewięcioletniego chłopca, jest tylko pretekstem do przedstawienia wielu historii o tym, w jak różny sposób ludzie próbują uporać się z dramatem, ze stratą najbliższych i mimo traumy, żyć dalej, bo "Życie jest bardziej przerażające niż śmierć."To stwierdzenie pada w powieści kilka razy.

Bohaterem powieści i narratorem jest Oskar, chłopiec, który sam o sobie mówi, że jest wynalazcą, muzykiem, frankofilem, pacyfistą, jubilerem, kolekcjonerem, aktorem szekspirowskim i ateistą.
A jest również, a może przede wszystkim zagubionym dzieckiem, które nie może pogodzić się z bezsensowną śmiercią swego ojca. Bezsensowną choćby dlatego, że ludzie, którzy go zabili (co podkreśla), nawet go nie znali.

Konstrukcja fabuły jest tak pomyślana, że włączenie kolejnych opowieści staje się naturalne. Otóż Oskar szperając w garderobie ojca, strąca stojący na półce wazon, kupiony dla żony na zbliżającą się rocznicę ślubu. Nota bene, 14 września. Z wazonu wypada kluczyk w kopercie z napisem BLACK.
Chcąc się czegoś dowiedzieć o ojcu, za którym tęskni, przez prawie 8 miesięcy odwiedza w różnych częściach NY ludzi o tym nazwisku. Zatem pojawia się w powieści zagadka, która wyjaśniona zostaje niemal na ostatnich stronach. Kim jest tajemniczy Black, co łączy go z ojcem, od czego jest kluczyk. A każda z odwiedzanych osób lub rodzin opowiada swoją historię. 

Szczerze mówiąc, zagadek jest więcej, bo jest też drugi wątek powieści. Dziadkowie Oskara pochodzą z Niemiec, z Drezna. 13 i 14 lutego 1945 roku, lotnictwo amerykańskie i brytyjskie dokonało dywanowych nalotów na Drezno, w których zostało zniszczone około 40 km kw. miasta. Użyto między innymi bomb zapalających i jak się szacuje zginęło około 25 tysięcy ludzi.
Ta tragedia ma swe konsekwencje w całym życiu dziadków Oskara.
Warto podkreślić, że fakt iż narratorem jest dziewięciolatek nie powoduje, że powieść jest infantylna. Chłopiec jest szalenie inteligentny, zadaje mnóstwo pytań, które zmuszają do przemyśleń. Przy tym jest bardzo spostrzegawczy i znacznie doroślejszy niż wskazuje jego wiek.
Ta powieść przez ilość zadawanych pytań, wątpliwości, zmusza do poszukiwań.

J. S. Foer, rocznik 1977, jest autorem kilku powieści, z których dwie zostały zekranizowane, jest laureatem prestiżowych nagród.
Pisze w sposób emocjonalny do tego stopnia, że niektórzy krytycy zarzucają mu granie na emocjach, nadużywanie, manipulowanie emocjami.
Powiedzmy, że jest to opinia subiektywna, do której się nie odniosę. Chciałabym tylko podkreślić, że nie trzeba o uczuciach pisać, by były one obecne w powieści. A od emocji się w niej gotuje.
Praktycznie w każdych relacjach. Oskara z rodzicami, z dziadkami, z odwiedzanymi ludźmi.

Nagromadzenie emocji jest tu tak duże, że z jednej strony nie mogłam się od niej oderwać, gdy zaczynałam czytać i zmusić się do czytania, gdy od niej odchodziłam. Trudno było mi pozostać obojętną w stosunku do tej historii. 
Zadziwiające, że książka bardzo podobnie została odebrana przez osobę, która mi ją rekomendowała.

Znalazłam w niej też kilka interesujących cytatów. Na przykład ten, będący przemyśleniami jednego z mieszkańców Drezna, który przeżył bombardowania z 1945 roku: "Kiedy wydawało mi się, że umieram pod mostem Loschwitz, miałem w głowie jedną uporczywą myśl: <Nie przestawaj myśleć.> Dopóki myślałem byłem żywy. Ale teraz jestem żywy i myślenie mnie zabija...."

A wracając jeszcze do autora, jego ostatnia powieść, HERE I AM, została przez krytykę literacką zaliczona do książek, które absolutnie należy przeczytać.

Obejrzałam też ekranizację tej powieści, choć robię to niezwykle rzadko. Jeszcze rzadziej, w mojej opinii, film jest w stanie dorównać książce. A tu mnie zaskoczono. Świetna rola małego Thomasa Horna jako Oskara, to jedno, ale zobaczyć Sandrę Bullock i Toma Hanksa w rolach drugoplanowych, bezcenne. Do tego Max von Sydow, którego uwielbiam, świetna Viola Davis i John Goodman.

Polecam i film, i książę, wyjątkowo. 



czwartek, 13 lipca 2017

Kotlina Kłodzka


Widok na mury obronne Zamku Leśna Skała

Dni spędzone w Kotlinie Kłodzkiej, były tak intensywne, że po powrocie mieliśmy wrażenie znacznie dłuższego pobytu.
Wróciliśmy oczarowani i z postanowieniem, że koniecznie trzeba tam pojechać na dłużej.
Przede wszystkim, Kotlina stwarza tak różne możliwości spędzenia czasu, że jest to miejsce niemal dla każdego. Można połazić po niezwykle malowniczych trasach turystycznych, zwiedzić ogromną ilość zamków, twierdz, pałaców, muzeów...
Można spędzić czas nad wodą, w parkach zdrojowych, skorzystać z wypożyczalni rowerów, jeśli nie ma się własnych, a są świetne trasy rowerowe.
Same zabytki są też o tak różnym charakterze, że pewnie każdy znajdzie coś co go interesuje.
Fascynujące jest również to, że na obszarze, który jest całkiem do ogarnięcia, zagęszczenie miejsc i obiektów do odwiedzenia jest ogromne. Wszystko w promieniu kilkunastu lub kilkudziesięciu kilometrów.


Bazylika w Wambierzycach


Zamek Leśna Skała w Szczytnej

Wprawdzie samego zamku nie można zwiedzić, bo znajduje się tu dom pomocy społecznej, ale otoczenie, panorama i trasa na zamek powodują, że warto tu zajrzeć.





Duszniki Zdrój znalazły się na trasie naszego wyjazdu, między innymi dlatego, że chciałam odwiedzić miejsce, w którym byłam w czasach liceum na zimowisku. Bardzo, bardzo dawno temu...
Malowniczo położone miasteczko z ładnym parkiem zdrojowym nie rozczarowało mnie.
Jest klimatyczne, czyste, barwne i oferuje mnóstwo atrakcji.








Stacja meteorologiczna w parku zdrojowym w Dusznikach Zdrój




To zdjęcie nie jest najlepszej jakości, ale dużo mówi o dynamice pogody w górach, nawet tak niewysokich jak te w okolicach Dusznik.

Koniecznie chciałam odwiedzić Schronisko Pod Muflonem, w którym kiedyś mieszkałam przez całe dwa tygodnie. Pamiętałam wspólną łazienkę z lodowatą wodą, młodnik iglasty za schroniskiem i zagrodę z kilkoma muflonami.
Las iglasty jest teraz taki jakby rósł od początku świata, po muflonach nie ma śladu, a reszta jakby czas się zatrzymał. Pomyślałam sobie, że są miejsca z przeszłości, których nie powinno się odwiedzać ponownie. Przynajmniej zostałyby ładne wspomnienia. Schronisko jest zniszczone, niedofinansowane choć tętni życiem. Zastaliśmy w nim naprawdę dużo ludzi.


Kudowa Zdrój, to chyba jedno z najpiękniejszych miejsc w Kotlinie Kłodzkiej!
Organizowany jest tu Festiwal Moniuszkowski i mnóstwo w wystroju miasta do muzyki nawiązuje, na przykład PARK MUZYCZNY z instrumentami, czy płotki w pięciolinie z nutami.
Kudowa ma charakter i klimat.








Ławeczka Ogrodnika, która mnie zachwyciła, również dlatego, że nie przedstawia bardzo znanej osoby.




Twierdza SREBRNA GÓRA to ewidentnie nie moja bajka. Wybraliśmy się tam, bo znaleźliśmy świetnie zrobioną reklamę obiektu, do tego z bardzo dobrymi zdjęciami. I się nacięliśmy. 
Po pierwsze nie można tam wjechać samochodem, bo na trasie jeździ traktor ciągnący wagoniki i zrobiony na coś dziwnego, do tego robiący mnóstwo hałasu. Trasa do twierdzy jest dość wredna, bo stroma a panowie z parkingów oszukują, mówiąc, że można się tam dostać w 15 minut. Widziałam bardzo młodych ludzi, którzy wyglądali jak przed wylewem, po przejściu tej trasy w prawie trzydziestostopniowym upale. 
Wejściówka 17 złotych od osoby, parking 7 zł, po to by w pyle i kurzu pobłąkać się po twierdzy, która mimo ciekawej historii jakoś mnie nie zachwyciła. 
Do tego te pamiątki do kupienia: drewniane mieczyki, szabelki i proce. Za dodatkową opłatą można sobie postrzelać, pojęcia nie mam po co.


Aby nie było zbyt pięknie, mam też kilka uwag krytycznych.
Zastanowiła mnie pewna sprzeczność. Mnóstwo ludzi, w każdym wieku uprawiało jakiś rodzaj aktywności fizycznej: nordic walking, biegi, rowery... Natomiast można pomarzyć, aby w restauracjach znaleźć coś zdrowego do jedzenia. Wegetariańskiego i wegańskiego w szczególności. Wszędzie króluje golonka, flaki i mięcho. Jak udało nam się zamówić pierogi, to pływały w tłuszczu, roślinnym, ale zawsze tłuszczu. I nie ma znaczenia standard restauracji. 
Rozmawialiśmy z człowiekiem, który przyjechał z dwójką kilkulatków i miał autentyczny problem gdzie i czym je karmić. Szczerze mówiąc, jeśli mam szukać apartamentu z aneksem kuchennym, by gotować coś jadalnego, to po licho mam gdzieś wyjeżdżać?

  

poniedziałek, 10 lipca 2017

Parada absurdów, albo czujnik fałszu

"To, że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia." Jonathan Carroll

Nie przestałam pisać, tylko przestałam publikować. Czasem się dziwię, że wciąż tyle osób tu zagląda. A mój problem polega na tym, że nie mogę się oprzeć przekonaniu, że wszystko jest bzdurą wobec tego co się dzieje.

- Przygotowuję uczniów z profilu biologiczno- chemicznego do matury z chemii, którą trzeba napisać na ponad 80%, aby móc studiować medycynę. Zastanawiam się, czy powinnam przeprowadzać wywiad i wypytać o zamiar podpisania "klauzuli sumienia". Bo jeśli taki ktoś, zamiast leczyć ma "nawracać", to po cholerę mój trud? Może powinien zostać ogrodnikiem, fryzjerem, krawcem? Będąc takim krawcem na przykład, mógłby wpływać ewentualnie na głębokość dekoltu lub długość spódniczki w zgodzie ze swoim sumieniem, a nie decydować o czyimś życiu?

- Zwiedzając Wambierzyce w Kotlinie Kłodzkiej, znalazłam na miejskiej tablicy ogłoszeń szczątki plakatu, który informował o koncercie pod tytułem "Przystanek niepodległość". 
Zastanawiają mnie dwie rzeczy. Pod czyim zaborem jest Ziemia Kłodzka, że walczy o niepodległość i fakt, że tego typu imprezę współfinansują państwowe firmy, takie jak NBP, TVP, TV Republika, Polskie Radio oraz fundacje PZU, PKO i inne.
Obawiam się, że za społeczne pieniądze robi się ludziom wodę z mózgu i chyba czas się bać! (kawałki plakatu poniżej, można powiększyć)




-Pewna młoda mama, na instagramie, pod zdjęciem uroczego dzieciaka, napisała jak to jest wdzięczna mężowi, że przekonał ją do pozostania w domu i zajęcia się dzieckiem rezygnując z pracy zawodowej. 
Jak widzę tego typu tekst, mam nieodparte wrażenie, że autorka musi często to sobie powtarzać, żeby nie przestać w to wierzyć. Ewentualnie, cynicznie pisze to, co wie, że się dobrze sprzeda. Bo czy nie jest DOBRZE POSTRZEGANE być MATKA POLKĄ?

- Gdziekolwiek się obrócę, spotykam informacje, że coś wyremontowano, odbudowano, odnowiono... z unijnych środków. Dotyczy to dróg, obiektów zabytkowych, muzeów... Czy nie jest szczytem hipokryzji brać pieniądze z Unii i być jej przeciwnikiem? 

- Oprowadzający po Twierdzy SREBRNA GÓRA, sympatyczny skądinąd przewodnik, opowiedział historię jakiegoś żołnierza, który został operowany i w konsekwencji tej operacji "przestał być mężczyzną", co miało być eufemizmem mówiącym o kastracji. 
Gdyby to powiedziała kobieta, stwierdziłabym: seksizm. Ale jeśli dorosły mężczyzna sprowadza BYCIE MĘŻCZYZNĄ do posiadania penisa, to obawiam się, że coś jest nie tak z myśleniem. A może się mylę?

- Ostentacja, to słowo, które wraca do mnie jak bumerang. I zjawisko, którego nie znoszę, nie rozumiem i trudno mi zaakceptować. Przejawem ostentacji jest noszenie tak zwanej odzieży patriotycznej, demonstracyjne obnoszenie się z religijnością, umieszczanie symboli religijnych na każdym miejscu, podkreślanie na każdym kroku JA-POLAK, JA-KATOLIK. 
Myślę wręcz, że ludzie mają z tym duży problem. Byłam w kilku miejscach na świecie i nigdzie nie spotkałam tak "natarczywego" epatowania tzw religijnością i tzw patriotyzmem (z akcentem na tzw). Na wszystkich zameczkach, dworkach, pałacykach flagi lub orły. To wszystko ewentualnie przemieszane z symbolami religijnymi.
A ja uważam, że to jest tak, jak z tą młodą mamą wyżej, ludzie nie mający problemów z własną tożsamością, nie muszą niczego dowodzić.
A niech przypomnę jeszcze, że patriota płaci podatki, pracuje a nie wyciąga kasę z socjala, nie skopie kosza na śmieci, nie wytłucze lampy ulicznej i nie pozostawi sterty śmieci na miejscu biwakowania.
To tyle.


poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Nocny film, Marisha Pessl


Nocny film, Marisha Pessl
Przekład z angielskiego Rafał Lisowski
Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz S.C., Warszawa 2016

22 marca 2017 r.
Po TETRALOGII Eleny Ferrante trudno jest mi się zabrać za kolejną powieść. Zdecydowałam się na Marishę Pessl, bo uwielbiam Wybrane zagadnienia z fizyki katastrof. I tu nastąpiła konfuzja.
Od Tetralogii nie mogłam się oderwać. A do tej książki chyba trzeba mnie przybić gwoździem. Nosi mnie. Przeczytałam już niemal wszystko na necie, w tym kilkanaście opinii na Lubimy Czytać. Skrajne opinie zamiast mnie zaintrygować, jakoś mnie zniechęcają.
Nie przekonuje mnie ta cała historia z "podziemnym obiegiem" filmów Cordovy.
25 marca 2017 r.
Po trzech dniach jestem na 111 str. Jak tak dalej pójdzie, to będę tę powieść czytać do końca roku.
Muszę się do czegoś przyznać. Bardzo uważnie słucham ludzi, czytam, oglądam. Bywa, że jestem pozytywnie do czegoś/kogoś nastawiona, aż jakiś gest, jakieś słowo, mimika, powodują, że wkrada się FAŁSZ.
Znalazłam na 105 str. taki fragment opisujący relacje między dwójką nastolatków:
"Łatwo to sobie było wyobrazić, dwoje pięknych nieznajomych odnajduje się w głuszy dorastania, dwie orchidee kwitnące na pustyni." Miałam ochotę zacząć krzyczeć. Ratunku! Grafomania!
A ja byłam zafascynowana językiem WYBRANYCH ZAGADNIEŃ...
Do tego to myśl faceta. Który facet posługuje się takim językiem?
27 marca 2017 r.
Język, który był atutem, gdy mówiła nim szesnastoletnia BLUE z WYBRANYCH ZAGADNIEŃ... jest totalnym nieporozumieniem, gdy mówi nim dojrzały mężczyzna. Razi.
Otwarta torebka damska wygląda jak "wypatroszony rekin". "Dziecko wciąż płakało, ale gdy znaleźliśmy się dalej od domu, wiatr łagodził ten dźwięk niczym balsam, wplatał go w zimny dreszcz nocy".
02 kwietnia 2017 r.
Szczęśliwie dotarłam do 1/3 książki. Jestem na 252 stronie!
Trochę mnie wciągnęło. Nie porwało, ale zaintrygowało. Muszę przyznać, że Marisha Pessl umie budować napięcie. W kilku miejscach czytałam walcząc ze snem, nie mogąc się oderwać. 
Jednak kreacja postaci nie jest mocną stroną powieści. Bohaterowi są płascy, papierowi, przerysowani, nie budzą żadnych emocji.
10 kwietnia 2017 r.
Jestem na 356 stronie. Sto stron w tydzień! Trochę dlatego, że za dużo pracuję. 
Na stronie 293. znalazłam zabawny opis SKLEPU Z AKCESORIAMI Z DZIEDZINY CZAROWNICTWA I KULTU BOGINI. Sklep nosi nazwę ZAKLĘCIA i tak został opisany:
"Sklep zaaranżowano w taki sposób, jakby Chrystus, Budda, Mahomet, Wisznu-plus paru przypadkowych pogan-wspólnie urządzili wyprzedaż garażową." 
Później jest jeszcze lepiej: "Najwyraźniej wielu nowojorczyków dało sobie spokój z psychoterapeutami oraz jogą i stwierdziło: <A co mi tam, spróbuję magii.>, bo w sklepie był tłum."
12 kwietnia 2017 r.
Trudno odmówić Marishy Pessl inteligentnych i zabawnych komentarzy. Tu jest o poziomie dziennikarstwa internetowego: "Teraz twoja konkurencja to ubrany w piżamę czternastolatek o nicku Ninja-prawdy-12, dla którego weryfikacja faktów polega na tym, żeby wejść na Twittera i przejrzeć konto opisywanej osoby, Bój się."
14 kwietnia 2017 r.
Powieść jest zadziwiająco nierówna. Trafne i mądre spostrzeżenia wymieszane są z ogromną porcją banału. 
Są tu wszystkie gatunki, jakby utwór miał zadanie zaspokoić oczekiwania każdego czytelnika. Trochę kryminału, trochę horroru, romansidła, magii, dramatu... czego tu nie ma!?
17 kwietnia 2017 r.
Ponad 750 stron powieści budzącej tak mieszane uczucia to za dużo. Pomogły mi święta w górach, brak zasięgu w telefonie i deszcze ze śniegiem tłukący w okna. Skończyłam czytać. 
Nie czuję się jakoś bardzo zawiedziona. Czytałam znacznie gorsze rzeczy. To nie mój gatunek literacki, nie moja tematyka. 
Czas na powrót do cywilizacji, do pracy i jak najdalej od magii, opętań i takich tam.
No i czeka na mnie wciąż nie malejący stos książek, które jak zwykle łatwiej kupić, niż znaleźć czas na ich przeczytanie. 

A tak na marginesie... za Stephenem Kingiem nie przepadam, ale bardzo lubię Davida Lyncha. Widziałam chyba większość jego filmów i porównywanie Nocnego filmu do jego twórczości jest mocno na wyrost.  






czwartek, 23 marca 2017

Sąsiedzi


Od tygodni szukam rozwiązania pewnego problemu i nic mądrego nie przychodzi mi do głowy.
Otóż mam problem z sąsiadami. Dodam, a to kluczowa informacja, że pracuję w domu i do tego naprawdę dużo, siłą rzeczy spędzam w nim sporo czasu.
Wracając do sąsiadów... Pal licho, że jedni palą na klatce i można się zjarać marihuaną przechodząc przez własny przedpokój.
Mogę przejść do porządku dziennego nad waleniem kotletów o ósmej rano w niedzielę. Swoją drogą, nie można by ich utłuc ze dwie godziny później?
Pogodziłam się z faktem, że sąsiad z naprzeciwka ma donośny głos, szczególnie gdy zaprowadza ład patriarchalny w swojej rodzinie. 
Rzeczywistym problemem są sąsiedzi za ścianą mojej sypialni. 
Pojęcia nie mam kto tam mieszka, poza tym, że jest ich kilkoro płci obojga. 
Rano, gdy wstaję do pracy, jest cudownie cichutko. Absolutnie żadnych odgłosów. Ciche są wieczory, gdzieś do około 22. Gdy około 23. ląduję w sypialni, za ścianą życie toczy się pełną parą. Gwar głosów, śmiechy, szczebiot kilkuletniego dziecka, a wszytko to nałożone na odgłosy telewizora. Trwa to wszystko do pierwszej, pierwszej trzydzieści. Następnie trochę przycicha i do około trzeciej słychać modulowane buczenie. Jakby gra komputerowa, wyścigi samochodowe czy coś. Temu buczeniu towarzyszą głosy kilku osób, zapewne coś komentujące. 
Najpierw przyszło mi do głowy, że za ścianą mieszkają WAMPIRY. Tłumaczyłoby to ich nocne ożywienie i cudowną ciszę dzienną. 
Później przeważył racjonalizm i stwierdziłam, że żadne tam wampiry, a jeśli już to raczej takie zasiłkowo-socjalne, niż pijące krew. Bo, że nie pracuje towarzystwo jest raczej oczywiste. Kto pracujący, albo chodzący do szkoły może grać do 3 nad ranem?
I tak sobie pomyślałam, że może wystąpię do nich z petycją? Bo jeśli mają nadal prowadzić swój tryb życia, móc spać do późna i udzielać się towarzysko każdej nocy, to ktoś musi pracować i płacić podatki. Więc może od czasu do czasu pozwoliliby mi się wyspać, żebym mogła wywiązać się wobec urzędu skarbowego i ZUS-u, bo te 500+ i inne na drzewach nie rosną. 

piątek, 17 marca 2017

Historia ucieczki, Historia zaginionej dziewczynki, Elena Ferrante

Historia ucieczki, Historia zaginionej dziewczynki, Elena Ferrante
przekład z języka włoskiego Lucyna Rodziewicz-Doktór
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2016
Książki zawierają informację, że przekład był możliwy dzięki pomocy finansowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Włoskiej



Przeczytałam cztery niezwykłe tomy i już tęsknię za bohaterami tej powieści. 
Trudno będzie zapomnieć tę historię. Czytając, spędziłam ponad pięćdziesiąt lat z mieszkańcami DZIELNICY. Ludzie rodzili się i umierali, kochali i nienawidzili. Dorastali, płodzili dzieci, przeżywali małe i wielkie dramaty. 
Byłam świadkiem jak dzieci stawały się dorosłe, jak różne były ich sposoby na wyrwanie się z ubóstwa. Z jaką determinacją starały się uniknąć losu rodziców.
Tetralogia jest również studium skomplikowanych relacji rodziców z dziećmi, kobiet z mężczyznami, przyjaźni, dorastania, dojrzewania...
Głównym, spinającym wszystko wątkiem jest historia niezwykłej przyjaźni narratorki z Liną, którą znała od dziecka. Ich relacja momentami graniczy z nienawiścią, bywa toksyczna, uzależniająca, ale jest osią życia. Motywuje do działania, do rozwoju. Jest czymś najcenniejszym i największą zagadką. Przyjaciółki sobie pomagają, wzajemnie się inspirują, wspierają finansowo i jednocześnie na całe lata znikają sobie z oczu, ograniczają kontakt do telefonów, lub  wręcz się unikają. Kochają tego samego mężczyznę, mają tych samych przyjaciół i wrogów. 

Równie fascynujące w tej powieści jest to, że nic tu nie jest jednoznacznie dobre, lub wyłącznie godne potępienia. Zmienia się perspektywa czasowa i zmienia się ocena ludzi i zdarzeń. 

Szukałam najlepszego określenia dla tego typu narracji i jedyne co mi przyszło do głowy, to że jest łagodna. W sensie, nie agresywna. Bardziej dziennikarska, opisująca fakty, zdarzenia, ale ich nie oceniająca. Ocena pozostaje w gestii czytelnika. 
Zachowana jest chronologię wydarzeń, dzięki czemu można się skupić na naprawdę istotnych aspektach powieści, zamiast dochodzić, w którym miejscu jesteśmy czasowo. Cudowna lekkość narracji to również brak zbędnych opisów, nadmiaru słów, absolutna precyzja przekazu. 
Te setki stron każdego tomu, czyta się jak opowieści przyjaciela. Bywają całe lata zamknięte w kilku słowach, bo przecież żadne życie nie jest tak intensywne, by trzeba je było opowiadać dzień po dniu. 
Choć postaci są scharakteryzowane lakonicznie i tak odnosi się wrażenie, że się je zna od zawsze. Ludzie, których tu znajdujemy są zarówno dobrzy jak źli, mądrzy i głupi, interesowni i wspaniałomyślni. 
Narratorka i główna bohaterka też nie kreuje się na ideał. Popełnia błędy, mnóstwo błędów i nie boi się do tego przyznać. 

I choć mam świadomość, że powieść nie jest oparta na faktach, chciałabym znaleźć wytłumaczenie zaginięcia dziecka czy intrygującego zakończenia.
Muszę jeszcze przemyśleć tyle wątków! I jak tu sięgnąć po kolejną książkę ze stosu?


niedziela, 19 lutego 2017

Genialna przyjaciółka, Historia nowego nazwiska, Elena Ferrante



Genialna przyjaciółka/Historia nowego nazwiska, Elena Ferrante
przekład z języka włoskiego Lucyna Rodziewicz-Doktór
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2016
Książki zawierają informację, że przekład był możliwy dzięki pomocy finansowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Włoskiej

Dwie, wymienione tu powieści są częścią czterotomowego cyklu, o którym jest dość głośno z kilku powodów. Po pierwsze, nikt nie wie kim jest Elena Ferrante, choć teorii jest kilka. Po drugie, tetralogia jest monumentalnym dziełem, które mimo usiłowań nie bardzo daje się zaszufladkować. Była już porównywana do W POSZUKIWANIU STRACONEGO CZASU Marcela Prousta lub MOJEJ WALKI Karla Ovego Knausgarda. Przez krytykę literacką oceniana znakomicie, różnie przez czytelników. 
Zdecydowanie jestem w gronie tych zachwyconych. Powieść jest tak wielowarstwowa, wielowątkowa, że spotkałam już opracowania, w których wymienia się całe ich listy. 
Jest jednocześnie powieścią obyczajową, polityczną, feministyczną, historyczną, filozoficzną...
Wszystko zależy od stopnia wczytania się i tego, czego w niej  szukamy. A muszę powiedzieć czyta się znakomicie. Nie mogłam się od niej oderwać! I choć spotkałam się z zarzutami, że język jest banalny, zbyt prosty, to zdania nie podzielam. Prostota języka, nawet jeśli jest faktem, nie może być wadą. Często jestem umęczona zbyt kwiecistym językiem, stosowaniem kalk, gotowych zwrotów, przewidywalnością sformułowań, męczącymi, nieistotnymi opisami. 
W kilku miejscach zostałam oczarowana sformułowaniami. Na przykład porównując dwóch chłopaków, prostego robotnika z biednych przedmieść Neapolu i absolwenta uniwersytetu z inteligenckiej rodziny, stwierdza: "Od Antonia dzieliły go całe biblioteki, a mimo to byli tak do siebie podobni." 
Powieść napisana jest w formie autobiografii i pierwsze dwa tomy to około dwudziestu lat życia narratorki. Ale to również dwadzieścia lat Neapolu i Włoch. To okres z jednej strony ogromnych przemian obyczajowych a z drugiej uporczywe trwanie w tradycyjnym modelu rodziny, który sankcjonował przemoc fizyczną, inne podejście do wychowania córek i synów. Ferrante otwarcie wini kobiety-matki, za to, że godząc się na stosowanie przemocy przez mężów, formułują jasny przekaz do synów, że jest to czymś naturalnym, oczywistym i akceptowanym.
Nie mam zwyczaju streszczać fabuły, więc wspomnę tylko, że narratorce, głównej bohaterce udaje się wyrwać ze środowiska, kończy studia na uniwersytecie jako jedyna z rodziny, ba, z dzielnicy. I stwierdza: "Mój ojciec skończył piątą klasę szkoły podstawowej, moja matka zatrzymała się na drugiej, o ile wiedziałam, nikt z przodków nie potrafił poprawnie czytać i pisać. Ja dokonałam cudu."
A przy tym wszystkim pozostaje wciąż ocean kompleksów, bo sposób zachowania, wyrażania się, ubierania, gestykulacji, jedzenia...to wszystko co dla jednych było wyssane z mlekiem matki, dla niej musiało być wyuczone, wyćwiczone. Tak, by zerwać z przypisaniem do warstwy społecznej, z której tak usilnie chciała się wyrwać.

Na koniec mała uwaga dotycząca technicznej strony wydania. Z pewnością zaletą jest, że książki są szyte, szczególnie przy pięciuset, sześciuset stronach w tomie. 
Jednak, uważam, że zrobiono krzywdę tetralogii wydając ją w konwencji "babskiego czytadła". To zupełnie nie koresponduje z zawartością merytoryczną! Co ciekawe, widziałam kilka różnych wydań w londyńskich księgarniach i żadne nie wyłamało się pod względem graficznym. 
A ja znalazłam jeszcze jedną ciekawostkę. Od kilku lat na jednej z półek stoi książka z dokładnie tą samą okładką, tylko nieco inaczej wykadrowaną. Żeby było ciekawiej, to książki są wydane przez inne wydawnictwa i Świat Książki nie podał nazwiska autora okładki. Zrozumieć nie mogę, jak mając takie tradycje edytorskie, tak mocarne środowisko plastyczne, można robić takie rzeczy. Dowód poniżej.
Podsumowując, jestem zachwycona powieścią, od jakiegoś czasu marzyłam o książce, od której nie będzie można się oderwać.
A Monice i Kubie dziękuję za prezent :) 






czwartek, 19 stycznia 2017

Polska odwraca oczy, Justyna Kopińska


Polska odwraca oczy, Justyna Kopińska
Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2016

Justyna Kopińska jest wielokrotnie nagradzaną dziennikarką i autorką dwóch książek. Krótka notka biograficzna tutaj.
Książka POLSKA ODWRACA OCZY to cykl reportaży o głośnych wydarzeniach ostatnich lat, takich jak kontrowersyjne wyjście na wolność na mocy amnestii zabójcy czterech chłopców, czy historia lekarki, ordynator oddziału psychiatrycznego, która wraz z częścią personelu znęcała się nad pacjentami (ODDZIAŁ CHORYCH ZE STRACHU).
Nie jest to lekka lektura, wprost przeciwnie. Raczej depresyjna, dla ludzi o silnych nerwach. Pozostawiająca czytelnika z lawiną pytań, również tych o sens takich publikacji. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma sensu poruszać takiej tematyki, raczej jakie są/będą skutki nagłośnienia tych wydarzeń.
Chciałoby się zadać pytanie gdzie jest PAŃSTWO, co jest nie tak z ludźmi, prawem, etyką, myśleniem... Kto za to odpowiada? Czy uczestnicy wydarzeń poniosą konsekwencje lub dlaczego ich nie ponieśli.
Lektura nie napawa optymizmem, a to kilka przykładów.

SPOKOJNY SEN ANNY
To o Trynkiewiczu, który na mocy amnestii opuścił więzienie, w którym odbywał karę za zamordowanie czterech chłopców. Psycholożka spotykająca się z Trynkiewiczem, poznaje z nim swoją koleżankę, a ta wychodzi za niego za mąż. Totalny odjazd. Dowód, że myślenie jest w regresie. Wywiad z tą kobietą, jest wstrząsający. A szczególnie fragment, w którym ona mówi, że mąż chce po wyjściu na wolność odwiedzić las, gdzieś pod Piotrkowem Trybunalskim, bo tak kocha to miejsce. W tym lesie, prawie trzydzieści lat temu zakopał zwłoki czterech chłopców!

ODDZIAŁ CHORYCH ZE STRACHU
To opowieść o psychopatycznej ordynator oddziały psychiatrycznego, która wraz z częścią personelu znęcała się nad dzieciakami. I jedno wstrząsające zdanie, że możliwość wykorzystywania seksualnego pensjonariuszy oddziałów psychiatrycznych, jest BONUSEM za ciężką pracę.
I choć wszyscy o tym wiedzą, zwyrodnialcy są bezkarni, z cholerną panią psychiatrą na czele.

NIEŚMIERTELNOŚĆ CHRABĄSZCZY
O takiej miłości, bez której życie nie ma sensu.
Może jedyne pozytywne opowiadanie w tym zestawieniu...gdyby nie finał.

TEN TRUP SIĘ NIE LICZY
O pracy policji, o pogardzie dla człowieka, dla sprawiedliwości, bo liczą się statystyki....

BEETHOVEN Z MURZASICHLA
O gehennie rodziców niepełnosprawnego dziecka. O nieziemsko trudnym dostępie do edukacji osób niepełnosprawnych, o niemożliwym przygotowaniu ich do samodzielnego życia. O tym, że można wyrządzić niewyobrażalne krzywdy bezkarnie, bo lekarza nikt nie rozlicza z konsekwencji błędnych decyzji, zaniechania leczenia, ignorancji...
Politycy deklarujący się jako obrońcy życia, demagodzy negujący prawa kobiet do podejmowania decyzji, zostawiają je zupełnie bez pomocy, bo przecież nie chodzi o to, by komuś pomóc. No może jedynie sobie, w osiągnięciu partykularnych celów. Kobieta w tym reportażu stwierdza, że w wielu rodzinach na Podhalu są dzieci w różnym stopniu niepełnosprawne intelektualnie. Mówi się tam, że to przez niedobór jodu...
Czy ktoś prowadzi badania na ten temat? Czy są jakieś statystyki dotyczące powodów tak częstych przypadków? Czy robi się COKOLWIEK by temu zapobiec, ograniczyć?
Czy zakłada się, że religijne PODHALE przyjmie wszystko z pokorą jako wolę bożą?

SĄD W NIEWOLI W ZDUŃSKIEJ WOLI
O Polsce powiatowej, gdzie obowiązują inne standardy. Gdzie nie obowiązuje prawo, rządzi korupcja, szantaż i zastraszenie. No i co? Nic. Wszystko w majestacie prawa, bo sprawdza się zasada, że jak kraść to miliony, aby było stać na dobrych adwokatów.
...

Nie będę streszczać wszystkich reportaży, ale podkreślę jeszcze raz, że są dla ludzi o mocnych nerwach.
Czytając miałam nieodparte wrażenie, że żyję w innym świecie. Jakby była inna Polska, do której szczęśliwym trafem nie mam dostępu. Świat równoległy, w którym zaciera się granica między chorym psychicznie a psychiatrą. Może nawet nie tyle, że zaciera się, ale bardziej chory jest lekarz, terapeuta, sanitariusz.
Gdyby wiedzę opierać na tej lekturze, to system penitencjarny jest w Polsce patologią. Strażnicy to zwyrodnialcy, handlarze narkotyków i może są na równi zdeprawowani co odbywający wyroki.
Do tego decyzje o zwolnieniach warunkowych podejmowane są na wariackich papierach, nikt niczego nie konsultuje z pedagogami, psychologami, bo i tak wszyscy mają wszystko w dupie. Nikt nie czuje się za nic odpowiedzialny. Nieważne, że socjopata wyjdzie na wolność i zgwałci, zamorduje ponownie.
Strażnik więzienny, który zastrzelił trzy osoby, dostał do ręki kałasznikowa i wylądował na wieżyczce strażniczej, bo nie nadawał się do innej pracy w więzieniu. Nawet do najprostszej pracy fizycznej.
Nieważne, że komisja wojskowa stwierdziła, że jest niezrównoważony i nie można mu dawać dostępu do materiałów wybuchowych i broni. Nie ma systemu, który łączyłby wiedzę o człowieku z jednego miejsca z innym.
Każda poruszona sfera życia to patologia. Podstawą zatrudnienia nie są kwalifikacje, lecz koneksje. Usprawiedliwieniem działalności przestępczej są niskie płace. Świetnie po prostu, bo w ten sposób można usprawiedliwić wszystko, największe skurwysyństwo.
Do tego jeszcze wątek kościelny, a właściwie zakonny. Na mocy konkordatu świeckie instytucje nie mogą skontrolować tego co się dzieje w placówkach wychowawczych prowadzonych przez zakonników. A opisane historie są szokujące.
Wspólny wniosek jest tak przygnębiający, że boję się go werbalizować. Bo jeśli nie można mieć zaufania do osoby duchownej, lekarza czy instytucji związanych z prawem, to do kogo można mieć?
Kolejna wspólna uwaga dotycząca wszystkich poruszanych wątków, to to, że ludzie są coraz głupsi, a myślenie staje się przywilejem nielicznych.
Zwracałam uwagę wielokrotnie, że wiele środowisk w tym kraju stara się być postrzeganych jako te broniące praw kobiet. Sugerują choćby, że napływ emigrantów spowoduje większe zagrożenie kobiet. Problem jednak tkwi w seksistowskim podejściu samych Polaków do kobiet i to tych, którzy chcą być postrzegani jako osoby religijne. Z klerem włącznie. Rząd ma problem z ustawą antyprzemocową, twierdząc, że w kraju nikt przemocy wobec kobiet nie stosuje. Zabiera się środki finansowe nielicznym instytucjom, które tej pomocy udzielają.
Zwracałam również kilka razy uwagę na niezwykłą wyrozumiałość wymiaru sprawiedliwości dla sprawców przemocy, gwałtów, również tych dokonanych z niezwykłym okrucieństwem. Kobiety są stygmatyzowane, przechodzą piekło przesłuchań, nikt nie otacza ich opieką psychologiczną. Pada częsty zarzut pod ich adresem, że sprowokowały, bo spódniczka była za krótka, dekolt za głęboki a makijaż za staranny.
Nie wiem czy powinnam polecać ten zbiór, skądinąd świetnie napisanych reportaży.
Może wprost przeciwnie, powinnam powiedzieć nie czytajcie, żyjcie w swoich małych światach i próbujcie widzieć to co chcecie zobaczyć.
Mnie pozostaje życzyć, by wasze światy nie otarły się nawet o te opisane tutaj.
Szczęśliwego nowego roku.