poniedziałek, 31 grudnia 2018

Gottland, Mariusz Szczygieł


Gottland, Mariusz Szczygieł
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016


Od pierwszego wydania w 2006 roku, ten zbiór reportaży, został przetłumaczony na kilkanaście języków i otrzymał lawinę nagród. 
Uświadomił mi jak mało wiem o historii współczesnej, nie mówiąc już o historii naszych południowych sąsiadów. 
Nie wiem, czy lektura książek Mariusza Szczygła zapoczątkowała moje zainteresowanie Czechami, czy było odwrotnie. Faktem jest, że w czasie wakacji w Kudowie, gdy od śmierci z nudów uratował nas stos zabranych książek i prac moich uczniów do sprawdzenia, studiowaliśmy historię Habsburgów i ... karierę Mariusza Szczygła. Konsekwencją był też wyjazd do Pragi, która zawsze była zbyt bliska, zbyt oczywista, gdy ustalaliśmy kolejne wyjazdy. 
Z Pragi wróciliśmy oczarowani, zazdrośni zawistnie, że ONI mają TO, co u nas zrównano z ziemią. Nie w głowie nam było poszukiwanie śladów Kafki, choć wróciłam w butach Baty. Ale wtedy jeszcze nie miałam pojęcia o czeskich korzeniach koncernu. 
GOTTLANDU nie ośmielę się recenzować. Wspomnę tylko, że mnie zachwycił. Nie potrafię też powiedzieć, który z reportaży zrobił na mnie większe wrażenie. Może ten o rodzinie Batów, o ich pokręconych losach? 
Zafascynowała mnie postać Jaroslavy Moserovej, a w kontekście tej historii, smutna konkluzja na temat "rewolucji pożerającej własne dzieci". Przygnębiająca refleksja, że cokolwiek robi się dla ludzi i w ich interesie, w końcu i tak wygrywają populiści. 
Próbowałam dociec jak bardzo losy opozycjonistów czeskich były różne od polskich. Z pewnością za mało wiem, żeby wysuwać jakieś wnioski, ale odnoszę wrażenie, że komunizm w Czechosłowacji był bardziej restrykcyjny. 
Większość książki przeczytałam dwa-trzy razy. Dzień przerwy powodował, że traciłam kontekst. Najlepiej byłoby ją przeczytać bez przerwy, ale się nie da. Za to przy postscriptach pobiłam rekord, bo czytałam je w kółko. 
Doskonale rozumiem różnicę między słowem pisanym a mówionym, nie dziwi mnie więc dyskomfort autora, związany z brakiem legato w trakcie czytania fragmentów na wieczorach autorskich. No i to dla mnie kolejny dowód perfekcjonizmu. 
Mariusz Szczygieł jest mistrzem słowa. 
Podoba mi się to, że przypisanie własnej myśli jednej z bohaterek, jak napisał autor, UWIERAŁO i zmusiło w kolejnych wydaniach ten fakt skorygować. Wyłapałam ten fragment, zanim doczytałam, że nie dawał spokoju!
Jestem pod wrażeniem pracy włożonej w zebranie materiału, ogromnej ilości korespondencji i rozmów by go zgromadzić.
Na Wikipedii w jednej z przytoczonych recenzji, Aleksander Kaczorowski stwierdził, że Gottland to „książka, za którą reporter „Gazety” powinien otrzymać honorowe obywatelstwo Republiki Czeskiej”, trudno się nie zgodzić.
Ta książka powinna być lekturą obowiązkową, trudno przecenić jej rolę edukacyjną, zarówno pod względem merytorycznym jak i językowym. 
I pomyśleć... przeczytałam ją 12 lat po premierze.

środa, 19 grudnia 2018

Śmierć Komandora. Metafora się zmienia T. 2., Haruki Murakami


Śmierć Komandora. Metafora się zmienia T. 2., Haruki Murakami
Przekład z japońskiego Anna Zielińska-Elliott
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, 2018

1. Zacznę od zabawnej sytuacji. Zanim napisałam kilka przemyśleń po przeczytaniu pierwszego tomu, skontaktowała się ze mną pani z firmy, która tak pisze o sobie:

Komunikujemy projekty
i produkty kulturalne. 
Tworzymy strategie budowy 
wizerunku firm oraz samorządów 
w oparciu o zaangażowanie 
w kulturę i sztukę. 
Realizujemy kompleksowo 
działania promocyjne.

Zaproponowano mi przesłanie obu tomów w zamian za napisanie recenzji. Wspomniano, że książka jest naprawdę dobra.
Odpisałam, że dziękuję, że książki już kupiłam, mam, a nawet jeden tom już zdążyłam przeczytać. Dodałam, że gdyby mimo to, chciała mi je podarować, to je przygarnę i sprezentuję komuś. 
Po tym kontakt się urwał. 
Dla jasności, gdybym chciała wyłudzić darmowe egzemplarze, milczałabym jak zaklęta, że je sama kupiłam. Lecz nasuwa mi się uparcie refleksja. Jeżeli tej pani nie stać było na odpowiedź, choćby ze stwierdzeniem, że sorry, ale tak to my nie rozdajemy książek, to ja mam zastrzeżenia do kultury osób zajmujących się promocją kultury.

2. Kilka razy pisałam, że nie nazwałabym tego co robię, recenzowaniem. Staram się nie wypowiadać na temat warsztatu pisarskiego, bo po prostu nie jestem kompetentna. To co robię, bardziej nazwałabym pamiętnikiem książek. Notuję myśli, bo każda książka zmusiła mnie do refleksji, często dalekich od jej tematu. 
Dlatego też buntowałam się (i buntuję) przeciwko analizom typu "co autor miał na myśli". Może nic nie miał, może myślał, jeszcze kilka stron, jeszcze jeden rozdział i będzie kasa!
Nie ukrywam jednak, że chętnie dowiedziałabym się, bezpośrednio u źródła, co było celem, co oznaczają pewne rzeczy, dlaczego bohatera obdarzył takimi a nie innymi cechami, co oznacza to czy tamto. Choćby po to, by skonfrontować moje rozumienie dzieła z koncepcją autora. 

3. W tej powieści znalazłam wszystko co lubię u Murakamiego: cienką linię między tym co prawdziwe i iluzoryczne, intrygującą fabułę, bliskiego mi mentalnie bohatera, z którego światopoglądem potrafię się utożsamić, racjonalizm przemieszany z elementami magicznymi. 
Rozbawiło mnie stwierdzenie o złu czającym się w podwójnych metaforach, o tym, że potrafią być niebezpieczne. Zastanowiło mnie stwierdzenie, że może ludzie majętni jednak kupują również czas, bo czy nie tak można podejść do zabiegów przedłużających młodość, sprawność (ale może zbyt dosłownie interpretuję to stwierdzenie).
Kilka razy zastanawiałam się, jak ktoś o wrażliwości Murakamiego podchodzi do tego co Japończycy zrobili w Nankinie. Ten temat już kilka razy wracał w jego twórczości a dla mnie wiedza o ludobójstwie w Nankinie jest traumatyczna.
To co wraca w twórczości pisarza to podkreślanie znaczenia ludzi, z którymi się spotykamy, w kształtowaniu nas samych. Postrzeganie pewnych wydarzeń w kategorii punktów zwrotnych, pozornych epizodów, które okazują się kluczowe w dalszych losach. Stąd oczywiste stwierdzenie, że nic w życiu nie dzieje się niepotrzebnie, jeśli tylko potrafimy wyciągać wnioski. 

Po skończeniu tej powieści nie mogłam oderwać oczu od ostatnich stron. Muszę szybko znaleźć nową książkę, by nie tęsknić za postaciami schodzącymi z obrazów, za doliną w okolicach Odawary, za małą Marie, która martwi się, że nie rosną jej piersi i facetem, dla którego nie ma znaczenia kto jest biologicznym ojcem dziecka, które kocha.  

Nie wiem jak można żyć nie czytając Murakamiego :):):)
Polecam!

środa, 12 grudnia 2018

Śmierć pięknych saren, Ota Pavel


Śmierć pięknych saren, Ota Pavel
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1978

O zbiorze tych opowiadań przypomniał mi Mariusz Szczygieł w jakimś poście na instagramie. Czytałam je tak dawno, że zupełnie ich nie pamiętałam, więc właściwie odkryłam je na nowo. 
Ten liczący niespełna 200 stron zbiór, to apoteoza życia. Wbrew wszystkiemu i wszystkim. Wbrew wojnie, chorobom i śmierci.  
Dość długo je czytałam, bo ciągle musiałam czegoś doszukać. Poznałam historię rodziny, doczytałam o miejscach opisywanych w opowiadaniach. O wsi Lidice, którą wymordowano w czasie wojny, o zamkach wokół Pragi, o historii Czech... 
Ciągle wracała refleksja, że tak blisko, jest tak piękny kraj, o którym tak mało wiem! 
Fascynacja Pavla opisywanymi miejscami okazała się zaraźliwa.

Ota Pavel (właściwie Otto Popper) był synem żydowskiego komiwojażera i Czeszki. Mieszkali w Pradze, a urodził się tego samego dnia co ja, 2 lipca, tylko kilkadziesiąt lat wcześniej.  
Jego opowiadania to niezwykła mieszanina humoru, nostalgii i dramatu. Napisane z niezwykłą lekkością i sugestywnie. 
Czytałam te piękne opowiadania, raz zanosząc się śmiechem, raz ze ściśniętym gardłem. Autor z taką czułością mówił rodzicach, braciach, żonie, nawet o gospodarzu, do którego jeździli przed wojną na wakacje...
Choć nie rozumiem do końca jak można mówić (pisać) o pobycie krewnych w obozach koncentracyjnych w taki pogodzony sposób...
Autor był też dziennikarzem sportowym. W czasie pobytu na olimpiadzie w Insbrucku zobaczył , jak twierdził, diabła, po czym zdiagnozowano u niego ciężką chorobę psychiczną.  
Te autobiograficzne opowiadania zostały napisane już w trakcie choroby, między jej nawrotami, gdy walczył z myślami samobójczymi. Gdy czuł się uwięziony w szpitalu i tęsknił za wolnością. I jak powiedział w ostatnich słowach epilogu, spisując te wspomnienia, to one pomagały mu żyć. 

Wkrótce po napisaniu epilogu zmarł na atak serca, mając zaledwie 43 lata.


Moje wydanie tej książki pochodzi ze starego cyklu, wydawanego przez Państwowy Instytut Wydawniczy od 1968 roku. W serii WSPÓŁCZESNA PROZA  ŚWIATOWA można było spotkać takich autorów jak Umberto Eco, G.G. Marquez, Vladimir Nabokov, John Updike, Isaac B. Singer, Susan Sontag, Kurt Vonnegut, Gunter Grass...
I jak na te siermiężne czasy, seria byłą całkiem przyzwoicie wydawana.

wtorek, 4 grudnia 2018

Śmierć Komandora. Pojawia się idea T. 1., Haruki Murakami



Śmierć Komandora. Pojawia się idea t. 1., Haruki Murakami
Przełożyła z japońskiego Anna Zielińska-Elliott
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2018

ŚMIERĆ KOMANDORA jest powieścią na tyle typową dla Murakamiego, by zachwyciła jego fanów i wystarczająco INNĄ, by powiało świeżością, by nie móc zarzucić autorowi, że w kolejnych powieściach ogrywa stałe wątki.
Oczywiście, są elementy wspólne wszystkim jego powieściom: bohaterzy to zwykli ludzie, przeciętni pod każdym względem. Ani zbyt mądrzy, ani przystojni, ani utalentowani.... Niezbyt też osadzeni w patriarchalnej kulturze japońskiej. To oni często zajmują się domem, gdy kobiety robią karierę zawodową. Nawet nie zawsze pracują, często są utrzymywani przez kobiety. 
Nie bardzo odnajdują się w stałych związkach, przyjaźnie też raczej takie dość powierzchowne. Ale znają się na literaturze, markowych alkoholach i słuchają muzyki klasycznej lub jazzu. 
Chyba we wszystkich powieściach Murakamiego, zostaje zatarta granica między tym co realne a surrealistyczne. Między jawą a snem. 

W tej powieści zwraca uwagę liniowa narracja, która pozwala płynnie, z łatwością podążać za wątkiem. Bywam zmęczona (umęczona) mnogością planów w powieści, zbyt licznymi postaciami pierwszo- i drugoplanowymi, do tego stopnia, że przez pierwsze kilkadziesiąt stron walczę by dotrwać i połapać się o co w tym wszystkim chodzi. 
Tu bohaterowie drugiego planu są nieliczni, zredukowani do niezbędnego minimum.
I najważniejsza różnica polega na tym, że jest to (przynajmniej do końca 1. tomu), najbardziej realistyczna powieść Murakamiego. Oczywiście, MUSI być element surrealistyczny, stąd personifikacja IDEI nie dziwi.

Powiedzmy, że historia zaczyna się z chwilą, gdy rozpada się małżeństwo głównego bohatera. Mężczyzna, utrzymujący się z malowania portretów na zamówienie, jest do tego stopnia zaskoczony sytuacją, że pakuje kilka niezbędnych rzeczy i starym autem wyrusza w podróż (alegoria życia?). Podróżuje przez kilka miesięcy, a gdy postanawia się zatrzymać, przyjaciel wynajmuje mu dom w górach. W tym domu mieszkał znany i uznany malarz, ojciec przyjaciela. 
Nasz bohater próbuje na nowo sklecić życie. Zaczyna uczyć malarstwa na kursach w pobliskim mieście, spotyka się z dwiema kobietami, nie maluje, słucha muzyki...
Intryguje go dom po przeciwnej stronie doliny. Duża posiadłość, której biel jest widoczna z daleka. A w pobliżu domu, w którym mieszka jest mała szintoistyczna kapliczka...

W miejsce jednej rozwiązanej zagadki, pojawia się kilka nowych. Wciąż przybywa tajemnic, zachodzą dziwne zjawiska, wraca zwielokrotniona wena...

Jakoś samorzutnie nasuwa mi się wniosek, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, że czasem dzieje się z pozoru coś złego, by mogło się wydarzyć lepsze.
Boję się jednak, że to przedwczesne wnioski, biorąc pod uwagę, że ostatni, 32. rozdział pierwszego tomu to obszerny fragment " Buntu w Treblince" Samuela Willenberga.

Nie zmienia faktu... lektura obowiązkowa!


Ten wyższy stosik na zdjęciu powyżej, to przeczytane książki Murakamiego, te po lewej, czekają na swą kolej. Wśród nich brakuje tylko drugiego tomu ŚMIERCI KOMANDORA i zbioru opowiadań WSZYSTKIE BOŻE DZIECI TAŃCZĄ, do którego nie mam szczęścia. Zawsze gdy chcę kupić, nie jest dostępny w wersji papierowej. Są wśród nich lepsze i gorsze. Nie zachwyciła mnie powieść PO ZMIERZCHU, a nigdy nie zapomnę wrażenia z początku NORWEGIAN WOOD. 
Chyba należałoby się zgodzić z cytatem z C. R. Zafona: „Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to, co już masz w sobie” (Julian Carax w „Cieniu wiatru”). Może dlatego tak różnie odbieramy te same dzieła? Może dlatego co innego odnajdujemy w książkach za każdym czytaniem?

niedziela, 25 listopada 2018

Widokówka z Kolonii (Köln)

Historia, którą chcę opowiedzieć, w pewnym sensie zaczęła się wczesnym popołudniem na początku lata, gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych. Kolejny raz się przeprowadzaliśmy i wynosiliśmy ostatnie rzeczy z dużego, słonecznego pokoju. Został tylko regał biblioteczny, który był tak ciężki, że nie przesuwaliśmy go nawet do malowania. Czekaliśmy na ekipę od przeprowadzek. Gdy rozsunęli dwie części regału, oprócz kurzu i pajęczyn, jak suchy liść wypadła kolorowa widokówka z Kolonii. Widokówka, której lata temu szukałam przewracając dom do góry nogami!!
Od dawnej przyjaciółki z czasów studiów, W. z którą kontakt się urwał w niezrozumiały sposób. Autorki ulubionej puenty tego co się działo wówczas w moim życiu. Powiedziała, że moje życie to materiał na kiepski melodramat. 
Domyślam się, że kartka znalazła się w tym miejscu za sprawą mojego synka, widać tak miało być.
Ale od początku...
W. pochodziła z rodziny polskich repatriantów z dawnej Jugosławii, którzy po II wojnie osiedleni zostali w południowo-zachodniej Polsce. Miała bardzo skomplikowane relacje z rodzicami. Ojcem, który był prawosławny i matką muzułmanką. Rodzice rygorystycznie wychowywali dzieci, a ona do tego była jedyną córką. Miała starszego i młodszego brata. Chłopcom wolno było bez porównania więcej.
Gdy się poznałyśmy byłam na trzecim roku studiów, ona zaczynała. Przypadek zrządził, że zamieszkałyśmy razem. Była, jak to określała Maria Czubaszek, "nienachalnej urody". Przyciężkawa, za ostro się malowała, źle ubrana ...
Na naszej uczelni studiował też jej starszy brat, który jak się później okazało, donosił rodzicom o poczynaniach siostry. 
W czasach licealnych W. podkochiwała się w starszym o kilka lat sąsiedzie, facecie mieszkającym w innej klatce jej bloku.
W tym okresie, ona była dla niego raczej niewidzialna. Gdy ona uczyła się w liceum, on zdążył się i ożenić, i rozwieść. I wtedy ją dostrzegł.
Zaczął się burzliwy romans, ukradkowe spotkania za miastem, udawanie przy ludziach, że nic ich nie łączy... Dla jej rodziców związek córki z rozwodnikiem nie wchodził w rachubę. Jakikolwiek związek. 
Ratunkiem dla nich stał się jej wyjazd do Wrocławia na studia. W dużym mieście łatwiej być anonimowym (pod warunkiem, że nie ma się starszego brata).
R. przyjeżdżał pociągiem, albo samochodem, z którym był kłopot, bo musiał parkować kilka ulic dalej, by brat W. go nie zauważył. Ukrywali się, nie otwierali drzwi, często wyjeżdżali na weekend.

Trwało to kilka lat. W międzyczasie skończyłam studia i wyjechałam z Wrocławia. Spotkaliśmy się jeszcze po moim wyjeździe, bo raz czy dwa przyjechali do nas. Później była jeszcze jakaś rozmowa telefoniczna po jej skończeniu studiów. Mówiła, że jest na stażu, że z nudów uczy się pisać na maszynie, że nic nie ma w pracy do zrobienia i pracuje za jakieś śmieszne pieniądze. Mówiła też, że ma strasznie utrudniony kontakt z R. bo jest bardzo pilnowana przez rodziców i braci.  
Później kontakt się urwał. 
Szukałam jej na portalach społecznościowych, ale z dziewczynami jest problem, zmieniają nazwiska. Szukałam jej pod panieńskim nazwiskiem i pod jego nazwiskiem, szukałam też jego. Bezskutecznie. Rozpłynęli się. 

Po kilku latach, będąc w Opolu, spotkałam jej koleżankę z roku, która powiedziała mi, że pewnego lata, gdy rodzice wyjechali na wakacje z młodszym bratem, ona spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i wyjechała za granicę. Nawet nie rozwiązała umowy o pracę. Po prostu pewnego dnia wyjechała, korzystając z okazji, że nie było rodziców. Czekała na odpowiedni moment, miała przygotowany paszport, odkładała pieniądze. 
Byłam święcie przekonana, że wyjechała z R. 

Widokówka z Köln nie zawierała dużo treści. Informowała o zamieszkaniu w Niemczech, że do Polski nie wróci, że nie ma kontaktu z rodzicami i prosiła o potwierdzenie, że ją dostałam, bo nie jest pewna adresu i czy nadal pod nim mieszkam.
Lakoniczna treść wynikała z tego, że nie była pewna, czy ją dostanę.

Nie zdążyłam odpisać, kartka zaginęła na prawie 10 lat. Gdy na nią odpowiedziałam, albo nie chciała odpisać, albo już nie mieszkała w tym miejscu.  

Po kilku kolejnych latach, przez jakichś wspólnych znajomych czy może Naszą Klasę, nawiązałyśmy ponownie kontakt. 
Rozmawiałyśmy ponad dwie godziny przez telefon. W sumie było prawie jak dawniej. Dowiedziałam się, że wyjechała do Niemiec sama, bez R., że R. nie żyje, bo po ich rozstaniu zaczął dużo pić. Po prostu się zapił. Ona związana jest z mężczyzną, który jest na rencie, bo ma nawracającą chorobę nowotworową, ale obecnie w fazie remisji. Mają jedno dziecko. Obiecałyśmy sobie, że jak się już odnalazłyśmy po tylu latach, to nie stracimy kontaktu...

Z perspektywy czasu, po przemyśleniu i wielokrotnym rozbieraniu tej rozmowy na czynniki pierwsze, stwierdzam, że moja radość z rozmowy była niewspółmiernie większa niż jej. Pewnie to spowodowało, że żadna z nas nie zadzwoniła ponownie.
To była nasza ostatnia rozmowa.

Wciąż sobie powtarzam, że trzeba się pogodzić z faktem, że wszystko kiedyś się kończy, że stajemy się po latach innymi ludźmi, a inne czasy potrzebują innych ludzi w naszym życiu.

A oni zawsze w mojej świadomości będą mieli po dwadzieścia lat, jak na starej fotografii.
(O matko, jakie kiczowate i sentymentalne zakończenie!)

sobota, 24 listopada 2018

Londyn, lato 2018


Lato w mieście, w tym roku, miało w sobie coś apokaliptycznego. Od kilku miesięcy nie padał deszcz, parki przypominały pustynniejącą sawannę, hektary suchych na wiór trawników, a w sadzawkach i fontannach glony mnożyły się w szaleńczym tempie...
W niektórych regionach zakazano podlewania ogrodów, żeby oszczędzać wodę. Nawet w Królewskich Ogrodach Botanicznych w Kew było nieco przygnębiająco, bo chyba podlewano jedynie klomby a trawniki schły smętnie.
Mimo suszy parki tętniły życiem, bo były ucieczką przed żarem miasta. 
Lubię londyńskie parki. Szkoda, że nie wszyscy zdają sobie sprawę z ich roli. Nie tylko są źródłem tlenu, ale pełnią ważne funkcje społeczne. Zawsze można spotkać jakiegoś znajomego, poczytać, napić się kawy, pobawić z dzieckiem. 
W parkach, niekiedy, są organizowane imprezy plenerowe, tak jak w tym roku w Walpole Park Ealing. Festiwal jazzowy cieszył się tak ogromnym zainteresowaniem, że ustawiały się kilkusetmetrowe kolejki po bilety. 

Więc tęskniąc za brzdącem, który jest na zdjęciach poniżej, za latem i Londynem, pod koniec szarego i zimnego listopada publikuję parę kolorowych migawek z lipca.



Walpole Park Ealing



The  The Royal Botanic Gardens, Kew


















Lipiec 2018 r.

piątek, 23 listopada 2018

Nie ma, Mariusz Szczygieł


Nie ma, Mariusz Szczygieł
Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2018

Radia słucham tylko w samochodzie i akurat jadąc do Pragi, którą tak lubi autor, słuchałam audycji, w której Mariusz Szczygieł rozmawiał o swojej nowej książce NIE MA. Zabawne, że wracając wysłuchałam jej ponownie, czyli mogłabym powiedzieć, że ta książka zmusiła mnie do jej kupienia.

Lektura zbiegła mi się też w czasie z nowym filmem Marka Koterskiego, 7 UCZUĆ a zaskakująco bliskie wydają mi się te dwa utwory.
Po pierwsze, oba zwróciły moją uwagę na pozornie oczywiste stwierdzenia, że życie składa się głównie z NIE MA, bo jeśli JEST to na krótko, czasem lub trochę.
A 7 UCZUĆ poraziło mnie spostrzeżeniem, że słów do wyrażania uczuć negatywnych jest bez porównania więcej niż tych pozytywnych. Sprawdziłam, przemyślałam, zgadzam się. 

Historie opisane w NIE MA, są bardzo różne i dramatyzmu żadnej nie można porównać ze wstrząsającą historią ŚLICZNY I POSŁUSZNY. Ten felieton znam zresztą z DUŻEGO FORMATU Gazety Wyborczej. Nie będę go omawiać, powiem tylko, że tej historii nie da się zapomnieć. 

Ale nie każda historia jest równie dramatyczna, choć z większości bije przeogromny smutek przemijania: życia, czasów świetności, potęgi dyktatorów, mód, wielkich uczuć...

Jak w GWIEŹDZIE WSZYSTKICH WILLI, domu w Pradze, w którym każdy detal był przemyślany i dla niego zaprojektowany, często w jednym egzemplarzu przez Adolfa Loosa. Architekta tak despotycznego, że właściciel musiał negocjować z nim leżankę w gabinecie, która niekoniecznie była zgodna z koncepcją projektanta.
Dom, którego burzliwe losy nierozerwalnie związane są z historią tej części Europy, który zaskakuje wielu zwiedzających tym, że jest tak mało atrakcyjny, szczególnie z zewnątrz. I jak pisze autor: "Przez żyły tego domu nie płynie krew", czyli nie działa kanalizacja, a w konsekwencji "Willa stała się swoim własnym muzeum." 
Nie wiem, dlaczego akurat ta historia zrobiła na mnie takie wrażenie...

Podobnie jak historia albańskiego rzeźbiarza czy historia pewnego telefonu na front we wschodniej Ukrainie. 
Totalnie irracjonalna, będąca dla mnie symbolem naszych czasów. Absurdalnych, bezrozumnych, opisanych w reportażu ŻOŁNIERZ. Człowiek po powrocie z wojny, na spotkaniu autorskim opowiada, że żołnierze głównie grają na wojnie w wojnę. W gry zainstalowane na telefonach komórkowych, albo rozmawiają przez telefony, które dzwonią bez końca. Ludzie nie ogarniają powagi sytuacji, jakby nie odróżniali gier od życia w realu, bo jak traktować telefon żony, do której wpadła z wizytą koleżanka, a ona nie mogła znaleźć widelczyków do fondue?
Dzwoniła do męża na front z pytaniem gdzie je znaleźć, w domu, w którym była ona. I o co zapytali ludzie na spotkaniu z żołnierzem? Czy znalazła! 
No i z czego cieszą się żołnierze na froncie...że ci po drugiej stronie wciąż strzelają, bo jak strzelają, to znaczy, że żyją, czyli ich nie zabili.

Każdy felieton to małe studium wielkich ludzkich dramatów, z którego wylewa się nostalgia i smutek wynikające z faktu, że nic nie jest tak ważne by było wieczne. 
To już moja własna konkluzja.




środa, 7 listopada 2018

Śmierć przewodnika rzecznego, Richard Flanagan


Śmierć przewodnika rzecznego, Richard Flanagan
Przełożył Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

Według Wikipedii, ŚMIERĆ PRZEWODNIKA RZECZNEGO to pierwsza powieść Richarda Flanagana, z roku 1994. Polskie wydanie miało miejsce dopiero w ubiegłym roku.
Dla mnie to trzecia powieść autora, w kolejce czeka czwarta, PRAGNIENIE.

Nie mam zwyczaju streszczać przeczytanych książek, bo ważniejsze, ciekawsze wydaje mi się to jakie wrażenie dzieło wywiera na czytelniku, do jakich skłania refleksji, czego uczy.
Dla mnie interesujace okazało się nawet to, że są epizody słoweńskie, a Słowenią od dwóch lat jestem zafascynowana. Przy okazji doczytałam, że żona pisarza jest Słowenką, stąd i Radovljica i Triglav i kilka innych słoweńskich szczegółów.

Pisarstwo Flanagana odarte jest z blichtru. Tu nie ma niepotrzebnych słów, nie ma gładkich, dekoracyjnych historyjek. Jest trudna historia Australii, zarówno ta z perspektywy europejskich osadników, często skazańców lub ich potomków, jak i ta z punktu widzenia rdzennej ludności, Aborygenów.
Bohaterowie R. Flanagana zmagają się z losem, historią i przyrodą Australii.
Ciekawym pomysłem było skonstruowanie całej historii wokół powolnej śmierci przewodnika, który prowadzi wyprawy na pół dzikimi rzekami Tasmanii. Gdy zostaje uwięziony (zaklinowany) w przybierającym strumieniu górskim i zaczyna tonąć, czas przestaje istnieć w sposób w jaki go postrzegamy. Aljaz staje się świadkiem przeżyć i doświadczeń przodków, zarówno z linii matki jak i ojca. Zaczyna pojmować związki przyczynowo-skutkowe. 
Czas staje się pozaczasowy, bezwymiarowy, nieliniowy. 
I na koniec jeden cytat, który utkwił mi szczególnie w pamięci: Uderza  mnie myśl, że w śmierci jest o wiele mniej przemocy niż w życiu.
Polecam.



niedziela, 7 października 2018

Lewackie fanaberie, czyli wakacje w Kotlinie Kłodzkiej

Sierpień 2018 r.



Wymyśliliśmy sobie, licho wie dlaczego, dwutygodniowe wakacje w Kudowie. Za pośrednictwem Booking.com zarezerwowaliśmy apartament typu studio, z ładnym ogrodem, w sąsiedztwie parku zdrojowego. Zabrałam trochę pracy do podgonienia i kilka książek. Mieliśmy zamiar zwiedzać, długo spać, jadać poza domem i czytać.
Pierwsze zderzenie z rzeczywistością nastąpiło, gdy okazało się, że meble ogrodowe są okupowane przez sąsiadów, którzy do pierwszej w nocy gawędzili grillując i paląc fajki. Dym papierosowy zresztą również nas budził, ale nic nie przebije podpałki do grilla. Po dwóch dniach już wiedzieliśmy, że jeśli chcemy spędzić czas na zewnątrz, to musimy iść do parku zdrojowego. Ogród jako atut apartamentu przestał istnieć. 

Dzięki tym sąsiadom, mieliśmy jeszcze atrakcje pod koniec pobytu, bo do tego stopnia zdewastowali swój apartament, że właściciel odwołał rezerwacje i rozpoczął remont! Zza ściany słychać było wiertarki, młotki i pokrzykiwania ekipy remontowej.
Na marginesie, sąsiadami nie była grupa rozwydrzonych małolatów, lecz rodzina trzydziestoparolatków z kilkuletnią córką. 

JEDZENIE NA MIEŚCIE okazało się kolejną przygodą. Znalezienie czegoś wegetariańskiego lub wegańskiego graniczyło z cudem. Jeździliśmy ponad czterdzieści kilometrów do Kłodzka, by zrobić sensowne zakupy. Alternatywą dla zbyt oddalonego Kłodzka okazał się czeski Nahod ze swoim Lidlem, który ma sporo opcji wegańskich. Lidl w Kudowie był dopiero w trakcie otwierania. Za to w życiu nie widziałam tak ogromnych steków i innych porcji mięcha jak te, serwowane w kilku restauracjach, które sprawdzaliśmy. 
Jeśli chce się zjeść coś wegetariańskiego pozostają pierogi i pizza. Wegańskiego jedzenia nie znaleźliśmy. 

Sama Kudowa jest uroczym, małym miasteczkiem, w którym po trzech dniach nie wiadomo co ze sobą począć.  Większość ludzi błąka się po parku zdrojowym lub okupuje kawiarenki. W jednej takiej dostaliśmy ciepłe Martini Bianco, a na prośbę o kilka kostek lodu zareagowano fochem. 

Nasze parkowe czytanie też budziło spore zainteresowanie. Pytano nas czy czytamy za karę, stwierdzano, że dostaliśmy zadanie będące warunkiem otrzymania kolacji... Za to wszyscy, bez względu na wiek, jeśli tylko gdzieś przycupnęli, nie mogli oderwać wzroku od telefonów.  

Jak zauważyliśmy, ogromnym powodzeniem cieszyły się tam również imprezy taneczne organizowane o przedziwnej porze, tuż po 15-16. Tłumy wystrojonych starszych pań i panów, kuracjuszy, pacjentów tamtejszych sanatoriów, biegiem podążało w kierunku miejsc, z których słychać było muzykę sprzed trzydziestu, czterdziestu lat. 

Niżej jedna z parkowych atrakcji, kolejka Balbinka, dudniąca disko polo.
  

Zabawne, że choć wszędzie króluje disco polo, w Kotlinie Kłodzkiej organizowane są ambitne imprezy muzyczne na wysokim poziomie: Festiwal Moniuszkowski w Kudowie, Międzynarodowy Festiwal Chopinowski w Dusznikach-Zdroju.


Atutem Kudowy jest z pewnością piękna architektura i magiczny park zdrojowy. 
Miejscem, które koniecznie trzeba odwiedzić jest OGRÓD JAPOŃSKI w Jarkowie koło Lewina Kłodzkiego. Za kilka złotych wstępu, można spędzić czas w pięknym, klimatycznym miejscu, którym jak się dowiedzieliśmy, zachwycili się również Japończycy. 
Warto podkreślić, że powstał z pasji, bez finansowego wsparcia. Na niewielkim, w sumie, obszarze powstał ogród z wodospadami, strumykami, oczkami wodnymi, z zachwycającą roślinnością, miniaturowymi drzewkami, posągami... 
Uważam, że jest to tak niezwykłe miejsce, że zasługuje na większą reklamę. 
A dla twórcy i osób pracujących nad utrzymaniem ogrodu należy się ogromny szacunek! 
Polecam to miejsce z pełnym przekonaniem i dodaję, że żadne z moim zdjęć nie oddaje w pełni uroku OGRODU.







Pisząc o atrakcjach (lub braku atrakcji) okolic Kudowy, powinnam wspomnieć o Błędnych Skałach. Byłam tam strasznie dawno temu, gdzieś w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia (o matko, jak to brzmi!).
Wybraliśmy się odpowiednio ubrani, zaopatrzeni w wodę i z mocnym postanowieniem, że nie autem na miejsce, ale szlakiem turystycznym na piechotę. Ta wycieczka okazała się ilustracją sytuacji społecznej w kraju.
W ponad trzydziestostopniowym upale wędrowaliśmy ponad siedem kilometrów w jedną stronę, licząc, że na miejscu kupimy picie na drogę powrotną, odpoczniemy chwilkę, połazimy po Błędnych Skałach i wrócimy. Nic bardziej mylnego. To nie jest miejsce przyjazne ludziom. Nie zrobiono niczego co mogłoby ludziom sprzyjać. Mimo licznych wiatrołomów, ogromnych głazów leżących wokół, znalezienie miejsca, na którym można by usiąść na chwilkę stało się niemożliwe. I nie mówię tego z pozycji mojego wieku! Widzieliśmy kilkuosobowe rodziny schodzące ze szlaku szukając zacienionego miejsca na lunch, spotkaliśmy uroczą nastolatkę, która desperacko położyła się na szutrowej drodze (mimo ostrych kamieni), bo była umęczona wchodzeniem. 
Do tego źle oznakowana trasa, a na miejscu brak możliwości kupna czegokolwiek. Tylko kasa biletowa i pani, która stwierdziła, że woda w kranach w toaletach nadaje się do picia. Rozmawialiśmy z wieloma ludźmi, zaskoczonymi, że nikomu się nie opłaca, że nikomu się nie chce zarobić pieniędzy. Tam jest doprowadzony prąd, woda i mnóstwo miejsca na postawienie kiosku z piciem, tylko z piciem! Wszyscy komentujący stwierdzali, że byłaby to maszynka do robienia pieniędzy.  Szkoda słów. 
Dodam, że przeszła nam ochota na błąkanie się po BŁĘDNYCH SKAŁACH, więc zrobiliśmy sobie wycieczkę tam i z powrotem. No i nigdy więcej!
PS: Można wjechać za 20 zł pod kasę biletową.




Na szczególną uwagę w Kotlinie Kłodzkiej zasługuje Polanica-Zdrój.
Choć nie nie mam instynktu stadnego, fantastycznie było poczuć atmosferę kurortu.  Piękny park zdrojowy,  zachwycająca architektura, NAPRAWDĘ trzeba odwiedzić.







Na obrzeżach Kudowy warto zajrzeć do KAPLICY CZASZEK, choć nie obeszło się bez zgrzytu. Zakonnica oprowadzająca grupy, do malutkiego pomieszczenia wpuściła tak dużo ludzi, że można było się udusić. Ale liczy się przemiał! Miejsce, oczywiście biletowane.



Żeby nie było, że się czepiam... jest tu jeszcze park linowy, aquapark, Szczeliniec i mnóstwo zabytkowych obiektów w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Spotkaliśmy mnóstwo przyjaznych ludzi, pozdrawiających się na szlakach, przepyszne pierogi w PIEROGATEJ CHACIE  w Polanicy... 
Ale proszę nie zamawiać kawy mrożonej w Parkowej w Dusznikach-Zdrój, my dostaliśmy gałkę lodów wrzuconą do paskudnej gorącej kawy... choć po namyśle stwierdzam, że to miejsce powinno się znaleźć w dziele ATRAKCJE. To skansen PRL-u!!  

niedziela, 23 września 2018

Słowenia 2018

Maj-czerwiec 2018 r.

Po roku wróciliśmy do Słowenii, za którą cały rok tęskniliśmy. Brakowało nam krystalicznie czystych, szmaragdowych jezior, Alp Julijskich, wąwozów, wodospadów i przyjaznych ludzi. Czystych szlaków turystycznych, parkingów, które nie przypominają wysypisk śmieci, świetnej kawy, obojętnie czy pitej w eleganckiej restauracji czy przydrożnym barze. 
Gdziekolwiek pojedziemy w przyszłym roku na wakacje, Słowenię odwiedzimy również, bo Słowenia uzależnia!




Jezioro Bohinj, Ribcev Laz


Jezioro Jasna, Kranjska Gora






Nawet alpejskie łąki są zachwycające, kwitnące wszystkimi kolorami, pachnące i żywo zielone. Na jednej znaleźliśmy piękną Szkotkę rasy wyżynnej (highland cattle).


Triglavski Park Narodowy... zastanawiające jest to, że wszędzie gdzie się tylko da, dozwolony jest wjazd samochodami, ale dyscypliny można Słoweńcom pozazdrościć, czy pogratulować.







Ljubljana, Triple Bridge


Zaletą wakacji na przełomie maja-czerwca jest z pewnością to, że nie ma jeszcze wakacyjnych tłumów, ale nie uwzględniliśmy, że będą trwać remonty, renowacje, będą kończone przebudowy dróg. 
Dlatego, na przykład, pocałowaliśmy kłódkę do jednej z większych atrakcji parku narodowego- Vintgar Gorge. Rok temu nie udało się znaleźć miejsca parkingowego i się wycofaliśmy, w tym były hektary wolnych parkingów... właśnie... bo trwał remont drewnianych mostków na szlaku. Do trzech razy sztuka! 


Poniżej malutka Kropa, miasto kowali słynące również z dobrej kuchni (polecał nam nasz gospodarz).




Skofja Loka z wielką lipą pod którą jest pub, będąca punktem orientacyjnym miasteczka.


Starówka w Radovljicy ze sklepikami ze starociami, kawiarenkami, w których podaje się słynne  słoweńskie ciasto GIBANICĘ, będące kompromisem między jabłecznikiem, sernikiem i makowcem. Pycha!