niedziela, 25 listopada 2018

Widokówka z Kolonii (Köln)

Historia, którą chcę opowiedzieć, w pewnym sensie zaczęła się wczesnym popołudniem na początku lata, gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych. Kolejny raz się przeprowadzaliśmy i wynosiliśmy ostatnie rzeczy z dużego, słonecznego pokoju. Został tylko regał biblioteczny, który był tak ciężki, że nie przesuwaliśmy go nawet do malowania. Czekaliśmy na ekipę od przeprowadzek. Gdy rozsunęli dwie części regału, oprócz kurzu i pajęczyn, jak suchy liść wypadła kolorowa widokówka z Kolonii. Widokówka, której lata temu szukałam przewracając dom do góry nogami!!
Od dawnej przyjaciółki z czasów studiów, W. z którą kontakt się urwał w niezrozumiały sposób. Autorki ulubionej puenty tego co się działo wówczas w moim życiu. Powiedziała, że moje życie to materiał na kiepski melodramat. 
Domyślam się, że kartka znalazła się w tym miejscu za sprawą mojego synka, widać tak miało być.
Ale od początku...
W. pochodziła z rodziny polskich repatriantów z dawnej Jugosławii, którzy po II wojnie osiedleni zostali w południowo-zachodniej Polsce. Miała bardzo skomplikowane relacje z rodzicami. Ojcem, który był prawosławny i matką muzułmanką. Rodzice rygorystycznie wychowywali dzieci, a ona do tego była jedyną córką. Miała starszego i młodszego brata. Chłopcom wolno było bez porównania więcej.
Gdy się poznałyśmy byłam na trzecim roku studiów, ona zaczynała. Przypadek zrządził, że zamieszkałyśmy razem. Była, jak to określała Maria Czubaszek, "nienachalnej urody". Przyciężkawa, za ostro się malowała, źle ubrana ...
Na naszej uczelni studiował też jej starszy brat, który jak się później okazało, donosił rodzicom o poczynaniach siostry. 
W czasach licealnych W. podkochiwała się w starszym o kilka lat sąsiedzie, facecie mieszkającym w innej klatce jej bloku.
W tym okresie, ona była dla niego raczej niewidzialna. Gdy ona uczyła się w liceum, on zdążył się i ożenić, i rozwieść. I wtedy ją dostrzegł.
Zaczął się burzliwy romans, ukradkowe spotkania za miastem, udawanie przy ludziach, że nic ich nie łączy... Dla jej rodziców związek córki z rozwodnikiem nie wchodził w rachubę. Jakikolwiek związek. 
Ratunkiem dla nich stał się jej wyjazd do Wrocławia na studia. W dużym mieście łatwiej być anonimowym (pod warunkiem, że nie ma się starszego brata).
R. przyjeżdżał pociągiem, albo samochodem, z którym był kłopot, bo musiał parkować kilka ulic dalej, by brat W. go nie zauważył. Ukrywali się, nie otwierali drzwi, często wyjeżdżali na weekend.

Trwało to kilka lat. W międzyczasie skończyłam studia i wyjechałam z Wrocławia. Spotkaliśmy się jeszcze po moim wyjeździe, bo raz czy dwa przyjechali do nas. Później była jeszcze jakaś rozmowa telefoniczna po jej skończeniu studiów. Mówiła, że jest na stażu, że z nudów uczy się pisać na maszynie, że nic nie ma w pracy do zrobienia i pracuje za jakieś śmieszne pieniądze. Mówiła też, że ma strasznie utrudniony kontakt z R. bo jest bardzo pilnowana przez rodziców i braci.  
Później kontakt się urwał. 
Szukałam jej na portalach społecznościowych, ale z dziewczynami jest problem, zmieniają nazwiska. Szukałam jej pod panieńskim nazwiskiem i pod jego nazwiskiem, szukałam też jego. Bezskutecznie. Rozpłynęli się. 

Po kilku latach, będąc w Opolu, spotkałam jej koleżankę z roku, która powiedziała mi, że pewnego lata, gdy rodzice wyjechali na wakacje z młodszym bratem, ona spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i wyjechała za granicę. Nawet nie rozwiązała umowy o pracę. Po prostu pewnego dnia wyjechała, korzystając z okazji, że nie było rodziców. Czekała na odpowiedni moment, miała przygotowany paszport, odkładała pieniądze. 
Byłam święcie przekonana, że wyjechała z R. 

Widokówka z Köln nie zawierała dużo treści. Informowała o zamieszkaniu w Niemczech, że do Polski nie wróci, że nie ma kontaktu z rodzicami i prosiła o potwierdzenie, że ją dostałam, bo nie jest pewna adresu i czy nadal pod nim mieszkam.
Lakoniczna treść wynikała z tego, że nie była pewna, czy ją dostanę.

Nie zdążyłam odpisać, kartka zaginęła na prawie 10 lat. Gdy na nią odpowiedziałam, albo nie chciała odpisać, albo już nie mieszkała w tym miejscu.  

Po kilku kolejnych latach, przez jakichś wspólnych znajomych czy może Naszą Klasę, nawiązałyśmy ponownie kontakt. 
Rozmawiałyśmy ponad dwie godziny przez telefon. W sumie było prawie jak dawniej. Dowiedziałam się, że wyjechała do Niemiec sama, bez R., że R. nie żyje, bo po ich rozstaniu zaczął dużo pić. Po prostu się zapił. Ona związana jest z mężczyzną, który jest na rencie, bo ma nawracającą chorobę nowotworową, ale obecnie w fazie remisji. Mają jedno dziecko. Obiecałyśmy sobie, że jak się już odnalazłyśmy po tylu latach, to nie stracimy kontaktu...

Z perspektywy czasu, po przemyśleniu i wielokrotnym rozbieraniu tej rozmowy na czynniki pierwsze, stwierdzam, że moja radość z rozmowy była niewspółmiernie większa niż jej. Pewnie to spowodowało, że żadna z nas nie zadzwoniła ponownie.
To była nasza ostatnia rozmowa.

Wciąż sobie powtarzam, że trzeba się pogodzić z faktem, że wszystko kiedyś się kończy, że stajemy się po latach innymi ludźmi, a inne czasy potrzebują innych ludzi w naszym życiu.

A oni zawsze w mojej świadomości będą mieli po dwadzieścia lat, jak na starej fotografii.
(O matko, jakie kiczowate i sentymentalne zakończenie!)

sobota, 24 listopada 2018

Londyn, lato 2018


Lato w mieście, w tym roku, miało w sobie coś apokaliptycznego. Od kilku miesięcy nie padał deszcz, parki przypominały pustynniejącą sawannę, hektary suchych na wiór trawników, a w sadzawkach i fontannach glony mnożyły się w szaleńczym tempie...
W niektórych regionach zakazano podlewania ogrodów, żeby oszczędzać wodę. Nawet w Królewskich Ogrodach Botanicznych w Kew było nieco przygnębiająco, bo chyba podlewano jedynie klomby a trawniki schły smętnie.
Mimo suszy parki tętniły życiem, bo były ucieczką przed żarem miasta. 
Lubię londyńskie parki. Szkoda, że nie wszyscy zdają sobie sprawę z ich roli. Nie tylko są źródłem tlenu, ale pełnią ważne funkcje społeczne. Zawsze można spotkać jakiegoś znajomego, poczytać, napić się kawy, pobawić z dzieckiem. 
W parkach, niekiedy, są organizowane imprezy plenerowe, tak jak w tym roku w Walpole Park Ealing. Festiwal jazzowy cieszył się tak ogromnym zainteresowaniem, że ustawiały się kilkusetmetrowe kolejki po bilety. 

Więc tęskniąc za brzdącem, który jest na zdjęciach poniżej, za latem i Londynem, pod koniec szarego i zimnego listopada publikuję parę kolorowych migawek z lipca.



Walpole Park Ealing



The  The Royal Botanic Gardens, Kew


















Lipiec 2018 r.

piątek, 23 listopada 2018

Nie ma, Mariusz Szczygieł


Nie ma, Mariusz Szczygieł
Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2018

Radia słucham tylko w samochodzie i akurat jadąc do Pragi, którą tak lubi autor, słuchałam audycji, w której Mariusz Szczygieł rozmawiał o swojej nowej książce NIE MA. Zabawne, że wracając wysłuchałam jej ponownie, czyli mogłabym powiedzieć, że ta książka zmusiła mnie do jej kupienia.

Lektura zbiegła mi się też w czasie z nowym filmem Marka Koterskiego, 7 UCZUĆ a zaskakująco bliskie wydają mi się te dwa utwory.
Po pierwsze, oba zwróciły moją uwagę na pozornie oczywiste stwierdzenia, że życie składa się głównie z NIE MA, bo jeśli JEST to na krótko, czasem lub trochę.
A 7 UCZUĆ poraziło mnie spostrzeżeniem, że słów do wyrażania uczuć negatywnych jest bez porównania więcej niż tych pozytywnych. Sprawdziłam, przemyślałam, zgadzam się. 

Historie opisane w NIE MA, są bardzo różne i dramatyzmu żadnej nie można porównać ze wstrząsającą historią ŚLICZNY I POSŁUSZNY. Ten felieton znam zresztą z DUŻEGO FORMATU Gazety Wyborczej. Nie będę go omawiać, powiem tylko, że tej historii nie da się zapomnieć. 

Ale nie każda historia jest równie dramatyczna, choć z większości bije przeogromny smutek przemijania: życia, czasów świetności, potęgi dyktatorów, mód, wielkich uczuć...

Jak w GWIEŹDZIE WSZYSTKICH WILLI, domu w Pradze, w którym każdy detal był przemyślany i dla niego zaprojektowany, często w jednym egzemplarzu przez Adolfa Loosa. Architekta tak despotycznego, że właściciel musiał negocjować z nim leżankę w gabinecie, która niekoniecznie była zgodna z koncepcją projektanta.
Dom, którego burzliwe losy nierozerwalnie związane są z historią tej części Europy, który zaskakuje wielu zwiedzających tym, że jest tak mało atrakcyjny, szczególnie z zewnątrz. I jak pisze autor: "Przez żyły tego domu nie płynie krew", czyli nie działa kanalizacja, a w konsekwencji "Willa stała się swoim własnym muzeum." 
Nie wiem, dlaczego akurat ta historia zrobiła na mnie takie wrażenie...

Podobnie jak historia albańskiego rzeźbiarza czy historia pewnego telefonu na front we wschodniej Ukrainie. 
Totalnie irracjonalna, będąca dla mnie symbolem naszych czasów. Absurdalnych, bezrozumnych, opisanych w reportażu ŻOŁNIERZ. Człowiek po powrocie z wojny, na spotkaniu autorskim opowiada, że żołnierze głównie grają na wojnie w wojnę. W gry zainstalowane na telefonach komórkowych, albo rozmawiają przez telefony, które dzwonią bez końca. Ludzie nie ogarniają powagi sytuacji, jakby nie odróżniali gier od życia w realu, bo jak traktować telefon żony, do której wpadła z wizytą koleżanka, a ona nie mogła znaleźć widelczyków do fondue?
Dzwoniła do męża na front z pytaniem gdzie je znaleźć, w domu, w którym była ona. I o co zapytali ludzie na spotkaniu z żołnierzem? Czy znalazła! 
No i z czego cieszą się żołnierze na froncie...że ci po drugiej stronie wciąż strzelają, bo jak strzelają, to znaczy, że żyją, czyli ich nie zabili.

Każdy felieton to małe studium wielkich ludzkich dramatów, z którego wylewa się nostalgia i smutek wynikające z faktu, że nic nie jest tak ważne by było wieczne. 
To już moja własna konkluzja.




środa, 7 listopada 2018

Śmierć przewodnika rzecznego, Richard Flanagan


Śmierć przewodnika rzecznego, Richard Flanagan
Przełożył Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

Według Wikipedii, ŚMIERĆ PRZEWODNIKA RZECZNEGO to pierwsza powieść Richarda Flanagana, z roku 1994. Polskie wydanie miało miejsce dopiero w ubiegłym roku.
Dla mnie to trzecia powieść autora, w kolejce czeka czwarta, PRAGNIENIE.

Nie mam zwyczaju streszczać przeczytanych książek, bo ważniejsze, ciekawsze wydaje mi się to jakie wrażenie dzieło wywiera na czytelniku, do jakich skłania refleksji, czego uczy.
Dla mnie interesujace okazało się nawet to, że są epizody słoweńskie, a Słowenią od dwóch lat jestem zafascynowana. Przy okazji doczytałam, że żona pisarza jest Słowenką, stąd i Radovljica i Triglav i kilka innych słoweńskich szczegółów.

Pisarstwo Flanagana odarte jest z blichtru. Tu nie ma niepotrzebnych słów, nie ma gładkich, dekoracyjnych historyjek. Jest trudna historia Australii, zarówno ta z perspektywy europejskich osadników, często skazańców lub ich potomków, jak i ta z punktu widzenia rdzennej ludności, Aborygenów.
Bohaterowie R. Flanagana zmagają się z losem, historią i przyrodą Australii.
Ciekawym pomysłem było skonstruowanie całej historii wokół powolnej śmierci przewodnika, który prowadzi wyprawy na pół dzikimi rzekami Tasmanii. Gdy zostaje uwięziony (zaklinowany) w przybierającym strumieniu górskim i zaczyna tonąć, czas przestaje istnieć w sposób w jaki go postrzegamy. Aljaz staje się świadkiem przeżyć i doświadczeń przodków, zarówno z linii matki jak i ojca. Zaczyna pojmować związki przyczynowo-skutkowe. 
Czas staje się pozaczasowy, bezwymiarowy, nieliniowy. 
I na koniec jeden cytat, który utkwił mi szczególnie w pamięci: Uderza  mnie myśl, że w śmierci jest o wiele mniej przemocy niż w życiu.
Polecam.