piątek, 23 listopada 2018

Nie ma, Mariusz Szczygieł


Nie ma, Mariusz Szczygieł
Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2018

Radia słucham tylko w samochodzie i akurat jadąc do Pragi, którą tak lubi autor, słuchałam audycji, w której Mariusz Szczygieł rozmawiał o swojej nowej książce NIE MA. Zabawne, że wracając wysłuchałam jej ponownie, czyli mogłabym powiedzieć, że ta książka zmusiła mnie do jej kupienia.

Lektura zbiegła mi się też w czasie z nowym filmem Marka Koterskiego, 7 UCZUĆ a zaskakująco bliskie wydają mi się te dwa utwory.
Po pierwsze, oba zwróciły moją uwagę na pozornie oczywiste stwierdzenia, że życie składa się głównie z NIE MA, bo jeśli JEST to na krótko, czasem lub trochę.
A 7 UCZUĆ poraziło mnie spostrzeżeniem, że słów do wyrażania uczuć negatywnych jest bez porównania więcej niż tych pozytywnych. Sprawdziłam, przemyślałam, zgadzam się. 

Historie opisane w NIE MA, są bardzo różne i dramatyzmu żadnej nie można porównać ze wstrząsającą historią ŚLICZNY I POSŁUSZNY. Ten felieton znam zresztą z DUŻEGO FORMATU Gazety Wyborczej. Nie będę go omawiać, powiem tylko, że tej historii nie da się zapomnieć. 

Ale nie każda historia jest równie dramatyczna, choć z większości bije przeogromny smutek przemijania: życia, czasów świetności, potęgi dyktatorów, mód, wielkich uczuć...

Jak w GWIEŹDZIE WSZYSTKICH WILLI, domu w Pradze, w którym każdy detal był przemyślany i dla niego zaprojektowany, często w jednym egzemplarzu przez Adolfa Loosa. Architekta tak despotycznego, że właściciel musiał negocjować z nim leżankę w gabinecie, która niekoniecznie była zgodna z koncepcją projektanta.
Dom, którego burzliwe losy nierozerwalnie związane są z historią tej części Europy, który zaskakuje wielu zwiedzających tym, że jest tak mało atrakcyjny, szczególnie z zewnątrz. I jak pisze autor: "Przez żyły tego domu nie płynie krew", czyli nie działa kanalizacja, a w konsekwencji "Willa stała się swoim własnym muzeum." 
Nie wiem, dlaczego akurat ta historia zrobiła na mnie takie wrażenie...

Podobnie jak historia albańskiego rzeźbiarza czy historia pewnego telefonu na front we wschodniej Ukrainie. 
Totalnie irracjonalna, będąca dla mnie symbolem naszych czasów. Absurdalnych, bezrozumnych, opisanych w reportażu ŻOŁNIERZ. Człowiek po powrocie z wojny, na spotkaniu autorskim opowiada, że żołnierze głównie grają na wojnie w wojnę. W gry zainstalowane na telefonach komórkowych, albo rozmawiają przez telefony, które dzwonią bez końca. Ludzie nie ogarniają powagi sytuacji, jakby nie odróżniali gier od życia w realu, bo jak traktować telefon żony, do której wpadła z wizytą koleżanka, a ona nie mogła znaleźć widelczyków do fondue?
Dzwoniła do męża na front z pytaniem gdzie je znaleźć, w domu, w którym była ona. I o co zapytali ludzie na spotkaniu z żołnierzem? Czy znalazła! 
No i z czego cieszą się żołnierze na froncie...że ci po drugiej stronie wciąż strzelają, bo jak strzelają, to znaczy, że żyją, czyli ich nie zabili.

Każdy felieton to małe studium wielkich ludzkich dramatów, z którego wylewa się nostalgia i smutek wynikające z faktu, że nic nie jest tak ważne by było wieczne. 
To już moja własna konkluzja.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz