wtorek, 2 lipca 2019

Bal na Titaniku

Padają kolejne rekordy wysokich temperatur, tygodniami nie spada kropla deszczu.
W drodze na wakacje mijamy wysychające pola. W rzekach jest bardzo niski poziom wody.
Co raz częściej mamy do czynienia z anomaliami pogodowymi...
Ludzie kompulsywnie sprawdzają prognozy pogody, szukają cienia. Ławeczki w cieniu są oblegane, w słońcu stoją puste. Nie działają fontanny, bo należy oszczędzać wodę. Ceny żywności znacząco idą w górę. I co? I nic!! Brak reakcji!
Obawiam się, że świadoma dramatyzmu sytuacji jest zaledwie garstka ludzi. 
Widziałam nastolatka, który wrzucił do kosza na śmieci pełną butelkę wody, bo się zagrzała, jakby nie mógł nią podlać jakiejś biednej rośliny.  
Kupujemy niewyobrażalną ilość napojów w plastikowych butelkach, choć ich zawartość jest często gorsza niż woda w kranie. Przejeżdżałam ostatnio przez kilka wsi w dniu odbioru śmieci. Przed posesjami leżały ogromne wory wypełnione opakowaniami z tworzyw sztucznych. Nawet ich nie zgnieciono.  
Mam wrażenie, że jesteśmy najbardziej autodestrukcyjnym gatunkiem. Niezdolnym do myślenia w dłuższej perspektywie niż własne życie. Wystarczy przeczytać ile ton śmieci zostawiamy na plażach, zobaczyć jak wyglądają parkingi, miejsca biwakowania.. Przeczytałam, że tylko z plaż Gdańska dziennie uprząta się 14 ton śmieci!
W czasie upałów wszyscy wędrują z butelkami napojów, ale tylko pojedyncze osoby mają naczynie z filtrem wielokrotnego użytku. 
Kupujemy za dużo ubrań, butów, artykułów do domu... Po co? Czy definiuje nas stan posiadania? Dlaczego nie możemy zaszyć zamiast kupić nowe, dlaczego nie możemy naprawić, podarować niepotrzebnej rzeczy. 
Mam zaledwie kilkoro znajomych, którzy wręcz chwalą się, że noszą bluzkę czy płaszcz w kolejnym pokoleniu. Na marginesie taki ciuch jest często w o wiele lepszym gatunku, unikatowy, jedyny w swoim rodzaju. 
Wśród znajomych staramy się stosować zasadę „nie wyrzucaj, znajdź nowego właściciela”. Przecież można przyjaciółce podarować nietrafiony kosmetyk, skoro nie można go zwrócić.  
W moim domu od lat używa się filtrów Brita do wody z kranu, zamiast kupować zgrzewki butelkowanej wody mineralnej. W bonusie mamy w idealnym stanie czajnik, bez kamienia, bo filtrujemy również wodę do niego (i do ekspresu do kawy również).
Jeden z moich płaszczy zimowych ma 7 lat. Buty kupuję, gdy naprawdę muszę.  Segregujemy śmieci, nie wyrzucamy jedzenia...
Jedzenie to kolejny temat rzeka. Ze smutkiem patrzę na worki wynoszonego po weekendach pieczywa. Po co? Czy nie można kupić mniej? A już karmienie ptaków pieczywem w  ogóle powinno być zabronione. Ptakom to szkodzi!   

Marnowanie żywności uważam za szczególnie nieetyczne, gdy wciąż na świecie jest tylu ludzi, którym jej brakuje.

Czy nie można zabrać swoich śmieci z lasu, znad jeziora, z plaży?
Kąpiel pod prysznicem zamiast wanny, zakręcona woda podczas mycia zębów i golenia, zmywarka zamiast mycia ręcznego, oszczędne użycie wody w toalecie, likwidacja kapiących kranów, włączanie pralki z pełnym wsadem, nie dla kilku rzeczy.......
A co dopiero rozwiązania na skalę globalną!
Jakiś czas temu zwróciłam uwagę, jak wielkie koncerny farmaceutyczne w gigantyczny sposób marnują surowce. Sprzedaje się duże opakowania z kilkoma tabletkami, bo to "lepiej" wygląda. Do jednej butli potrafi zmieścić się zawartość 3-4 opakowań. 
Od lat nie mogę się doprosić o elektroniczną fakturę od mojego dostawcy energii elektrycznej i jest to jedyna faktura papierowa jaką otrzymuję....
Ze smutkiem obserwuję, że niewielki procent ludzi jest świadomych krawędzi nad którą stoimy. Być może jest już za późno, być może niewiele to zmieni, ale nie możemy się godzić na obojętność.
Protestujmy, domagajmy się zmian systemowych. Nie gódźmy się.
Pewna mądra nastolatka sama lub z koleżankami organizuje strajk klimatyczny, a w komentarzach czytam, czy ona ma te jedne spodnie, bo wciąż w tych samych jest na zdjęciach. Nie skomentuję komentarza!

Klimatowi służy ruch ZERO WASTE, który opiera się na zasadach tzw. 5R:
- odmawiaj (refuse)
- ograniczaj (reduce)
- wykorzystaj ponownie (reuse)
- recyklinguj (recycke)
- kompostuj (rot)
Choć coraz bardziej popularny (modny?) to mam wrażenie, że jest samotnym głosem rozpaczy. 
Ekologii sprzyja weganizm i wegetarianizm, i każde ograniczenie spożycia mięsa, bo przemysłowa hodowla zwierząt rzeźnych w niewyobrażalny sposób niszczy planetę. 
Choć żeby zatrzymać katastrofę, należałoby wprowadzić zmiany systemowe, nic nie zwalnia nas z dbania o środowisko.  
Tymczasem, mam wrażenie, że sposób w jaki żyjemy przypomina ostatni bal na Titaniku.


poniedziałek, 17 czerwca 2019

Focaccia wg Jadłonomii



Jadłonomię już tu rekomendowałam. Powtórzę, że polecam i blog i książki, których mam dwa tomy.
Obie są dla mnie fenomenem, bo choć książek kucharskich mam sporo, te są jedynymi, z których cały czas korzystam.
Nie są tylko dla wegan i wegetarian, są dla ludzi, którzy szukają nowych smaków i chcą zdrowo się odżywiać.
Dodam jeszcze, że sprawdziłam większość przepisów, a duża część weszła do "kanonu" mojej kuchni.
Focaccie robię rzadko, bo rzadko jadamy pieczywo a jeszcze rzadziej z białej mąki. Dzisiaj kupiłam mąkę żytnią z pełnego przemiału i kolejne focaccia będą moim eksperymentem. Nie wiem tylko, czy to wciąż będzie ta sama potrawa :)
Dlaczego postanowiłam rekomendować to pieczywo... Otóż jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żeby przepis był tak perfekcyjny. Wystarczy wszystkie składniki zmieszać w podanym stosunku i starannie wyrobić. Nie trzeba przepisu poprawiać... dolewać czegoś czy dosypywać. I nie ukrywam, że p. Marta Dymek zrobiła na mnie wrażenie, bo szalenie cenię profesjonalizm.

Składniki:
600 g mąki pszennej
350 ml wody
100 ml ciepłego mleka roślinnego lub innego w zależności od opcji
10 g drożdży instant
4 łyżki stołowe oliwy
2 łyżeczki soli
z dodatków polecam oliwki, pomidory świeże lub suszone, zioła, z których my preferujemy rozmaryn

Wykonanie:
Jestem kiepską kucharką, więc mąki nie przesiewam 😏, wszystkie składniki umieszczam w dużej misie szklanej i wyrabiam; przykrywam lnianą ściereczką i pozostawiam do wyrośnięcia-wyrasta zawsze! Do pieczenia używam najczęściej szklanych foremek, bo widzę co się dzieje z pieczonym tym czymś. Smaruję formę oliwą, umieszczam wyrośnięte ciasto w formie i obkładam jednym z wybranych dodatków. Pozostawiam do ponownego wyrośnięcia.
Piekarnik rozgrzewam zgodnie z instrukcją do T 200 C i piekę przez 25-30 min.
Polecam bardzo.
Bon appetit!!




niedziela, 26 maja 2019

Bieguni, Olga Tokarczuk


Bieguni, Olga Tokarczuk
Audiobook w interpretacji: Olgi Tokarczuk, Agaty Kuleszy, Danuty Stenki, Magdaleny Cieleckiej, Wiktora Zborowskiego, Mariusza Bonaszewskiego
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015
ISBN: 978-83-08-05594-6
ISBN: 978-83-08-06560-0

Jest to jedna z najbardziej kontrowersyjnych powieści jakie czytałam. Wysoko oceniana przez krytykę i średnio przez czytelników. Na Lubimy Czytać uzbierała ocenę 6.95 na podstawie prawie 3600 ocen.  Przy tym dużo jest ocen skrajnych. 
Do tego jestem przekonana, że część oceniających wystawiła wysokie oceny, bo "skoro takie arcydzieło, to nie można się przyznać, że tego się nie dostrzega". 

Od pierwszych stron powieść  budziła we mnie skrajne emocje. Była irytująca, nużąca, ale i zachwycała. Nie rozumiem w niej zbyt wielu rzeczy, na przykład fascynacji preparowaniem ciał ludzkich w celach ekspozycyjnych, szczegółowych opisów  eksponowanych ciał. Szczere mówiąc, gdyby to były ciała zwierząt, mój stosunek to tego faktu byłby identyczny. 
Nie rozumiem zamysłu autorki w wielu miejscach. Na przykład potrzeby definiowania oczywistych przedmiotów i zjawisk. To mnie chyba najbardziej męczyło.  
Nie rozumiem w jakim celu tyle historii zostało wymieszanych, niedokończonych, ledwo zaznaczonych. Co autorka chciała przez to osiągnąć? 
Pomyślałam, że skoro potrzebny jest przewodnik po tej książce, to do kogo jest ona adresowana? 
Czy fakt, że mam problem z interpretacją jej treści, świadczy o moim niedouczeniu? Do jak licznej grupy adresowana jest ta powieść?
Podobało mi się wiele sformułowań, ale nie będę przytaczać cytatów, są dostępne na przykład TU

Jestem rozczarowana i zawiedziona, szczególnie, że cenię Olgę Tokarczuk. 

PS: chyba kupię sobie w Biedronce albo Lidlu kilka powieści pana M. aby odrestaurować zmasakrowane ego... bo skoro wyższe wykształcenie uzyskane na jednej z lepszych uczelni w kraju nie wystarcza by czytać w zachwycie tak uznane dzieło literackie, to ja się poddaję.

Nagrody i nominacje: 
- 1. polska książka, która otrzymała Międzynarodową Nagrodę Bookera
- Literacka Nagroda Nike 2008
- nominacja do National Book Award 2018


sobota, 25 maja 2019

Bar Pod Kogutem, John Grisham


Bar Pod Kogutem, John Grisham
Tłumaczenie Lech Żołędziowski
Audiobook czyta Roch Siemianowski
Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2018
ISBN: 978-83-812-527-44

Nie jestem specjalnie fanką Johna Grishama, przeczytałam tylko DARUJMY SOBIE TE ŚWIĘTA i FIRMĘ. Przy pierwszej świetnie się bawiłam, obie powieści uważam za dobre. Wydaje mi się, że nawet na ich podstawie mogę stwierdzić, że BAR POD KOGUTEM nie jest największym osiągnięciem pisarza. 

Autor wyznał, że źródłem inspiracji był artykuł Paula Camposa w The Atlantic, dziennikarza śledczego, który w 2014 roku pisał o przekrętach z uczelniami prawniczymi w Stanach. W dużym uproszczeniu, przekręt polega na tym, że te same firmy o skomplikowanych (i ukrytych) powiązaniach udzielają kredytów studenckich, są właścicielami prywatnych uczelni prawniczych i zajmują się ściąganiem długów z niespłacanych kredytów. Należy dodać, że intensywne, szeroko prowadzone kampanie reklamowe zapewniają, że ukończenie tych uczelni jest gwarantem dochodowej pracy, co totalnie mija się z prawdą, ale naganiają studentów, których wyniki nie pozwalają na studiowanie na bardziej prestiżowych uczelniach. W rzeczywistości wpędzają młodych, łatwowiernych ludzi w pułapkę zadłużenia, bez możliwości spłaty.

Bohaterami powieści jest czwórka nieudaczników, którym pozostał semestr do ukończenia studiów i zdanie egzaminu adwokackiego. Gdy jeden z nich, cierpiący na chorobę afektywną dwubiegunową, popełnia samobójstwo, podejmują decyzję o przerwaniu studiów. Szczególnie, że każde z nich ma milion powodów do takiej decyzji. Jedynej dziewczynie w tym towarzystwie, mają na przykład deportować do Afryki rodzinę, która od blisko trzydziestu lat nielegalnie przebywa w Stanach. 


Wspólnie zakładają firmę prawniczą pod fałszywymi nazwiskami i nie mając uprawnień do praktykowania prawa, zaczynają reprezentować klientów w drobnych sprawach sądowych, takich jak jazda w stanie nietrzeźwym, przekroczenie prędkości czy sprawach odszkodowawczych.  
Jednak i tu osiągnięcie sukcesu wymaga wiedzy prawniczej na jakimś elementarnym poziomie, więc popadają w kolejne tarapaty...

Zastanawiałam się jak podsumować tę powieść i jedyne co przychodzi mi do głowy, to stwierdzenie, że jest to rzemiosło na średnim poziomie. Bez fajerwerków, bez zaskakujących zwrotów akcji... Chyba nie tego, mimo wszystko, spodziewałam się po Grishamie. 
Ale... w związku z tym, że nie każda lektura ma dokonać rewolucji w naszym życiu, że czyta się by odpocząć... w podróży, na plaży, podczas treningu... to ja już wolę średni poziom Grishama niż poziom tytana pracy pana M., którego boję się spotkać, gdy otworzę lodówkę.

Pozostaje jeszcze kwestia etyki. Gdzieś spotkałam się z opinią, w której rozczarowana czytelniczka pisała, że nie spodziewała się, że John Grisham tak wyraźnie opowie się po stronie oszustów, sugerując, że nie jest przestępstwem oszukać oszusta... 
Polemizując z osobą, która nigdy tego nie przeczyta, powiem, że ogromna ilość utworów literackich oparta jest na podobnym motywie. Wystarczy, że powołam się na w.w. FIRMĘ, czy klasykę gatunku- ŻĄDŁO, czy rodzime VABANK. 

Pozostawiam kwestie moralne potencjalnym czytelnikom. 
Mam nadzieję, że nie zniechęciłam do tej powieści całkowicie.

piątek, 24 maja 2019

Dom marzeń, Erich Maria Remarque



Dom marzeń, Erich Maria Remarque
Przełożył Andrzej Zawilski
Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2000
ISBN: 83-7120-713-1

Znalazłam w domowej bibliotece nieprzeczytaną powieść Ericha Marii Remarque'a, co zdarza się niezwykle rzadko. Kolejnym zaskoczeniem jest charakter utworu, bo autor kojarzy mi się z zupełnie inną literaturą: NA ZACHODZIE BEZ ZMIAN, ŁUK TRIUMFALNY... 
Odnalazłam natomiast przedziwną mieszankę Mniszkówny i Rodziewiczówny. Egzaltowane romansidło, gdzie wszystkie uczucia są przejaskrawione i przesadzone. Bohaterowie zalewają się łzami z każdego powodu i umierają z miłości. Faceci obstawiają się bukietami kwiatów i ciągle o nich ględzą. Panienki albo są cnotliwe, i te są kandydatkami na żony i matki, albo są rozpustne i delikatnie mówiąc traktuje się je przedmiotowo...
A gdy się jeszcze uwzględni rozmowy o sufrażystkach, o służalczej roli kobiety, to naiwność tego dzieła poraża.   
Nie przypominam sobie równie infantylnej powieści. Jedynym wytłumaczeniem jest fakt, że był to debiut literacki popełniony w wieku 22 lat i już wówczas był źle przyjęty. 
Dlaczego w takim razie wciąż się TO wznawia?
Całość liczy sobie około 170 stron, co zabrało mi dzień życia.
Nie polecam!

PS: Wewnątrz książki czekała na mnie urocza niespodzianka. Miniaturka wykonana przez córkę w czasach liceum plastycznego, którą załączam.


środa, 22 maja 2019

Wyspa, Sigridur Hagalin Bjornsdottir


Wyspa, Sigridur Hagalin Bjornsdottir
Przekład Jacek Godek
Audiobook czyta Andrzej Ferenc
Wydawnictwo Literackie Kraków 2018
ISBN: 978-83-08-06411-5

Powieść została uznana za jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat i zdobyła kilka nominacji. 
Dla mnie to chyba pierwszy kontakt z literaturą islandzką.
Przygnębiająca i wcale nie tak abstrakcyjna wizja świata po... no właśnie... co tak naprawdę się stało?

Wyobraźmy sobie dowolne państwo, które zostaje z dnia na dzień odcięte od reszty świata. Od dostaw paliw, leków, części zamiennych do już posiadanych urządzeń, ale przede wszystkim od dostaw żywności. 
Czy ktoś ze zwykłych zjadaczy chleba, zastanawia się skąd się biorą w sklepie rzeczy, które codziennie kupuje?
Wyobraźmy sobie, że z dnia na dzień tracimy kontakt ze światem zewnętrznym. Przestaje funkcjonować telefonia, internet, a telewizja nadaje wyłącznie propagandowe programy, które mają zadanie uspokoić opinię publiczną. 
To, że rzecz się dzieje w malutkiej Islandii, ma dodatkowe znaczenie, bo jej samowystarczalność jest relatywnie mniejsza. 
Nagle następuje paraliż całej służby zdrowia, bo przy braku antybiotyków niemożliwe jest dokonywanie najprostszych zabiegów operacyjnych. Zwykłe zapalenie wyrostka robaczkowego może być przyczyną śmierci. 
Jak stwierdza jeden z lekarzy, medyna cofnęła się z dnia na dzień do średniowiecza. Brak środków przeciwbólowych, leków anestezjologicznych...
Gdy zaczyna brakować żywności zaczyna się nagonka na cudzoziemców, również turystów, którzy dotąd byli źródłem dochodów. Umieszcza się ich w izolacji w nieludzkich warunkach. 
Zbędna staje się kultura, bo twórcy, nie przysparzają dóbr niezbędnych do przetrwania...
Sugeruje się społeczeństwu, że można wyjść z impasu jeśli tylko każdy kto może, zajmie się uprawą i hodowlą. 
Przy tym należy ograniczyć liczebność populacji. 

Thriller w zamierzeniu i political fiction wcale nie jest tak abstrakcyjny jakby się mogło wydawać. Wystarczy się uważnie wczytać, wsłuchać w wypowiedzi polityków. Odnoszę wrażenie, że podobne wypowiedzi (do tych z książki) słyszymy codziennie. Może nie w takiej koncentracji, może nie tak jednoznaczne, jeszcze nie tak agresywnie wypowiadane. 
Ale czy nie co raz częściej słyszymy o NARODZIE zamiast o społeczeństwie, czy cudzoziemcy nie odbierają pracy? Nie roznoszą chorób? Czy to co narodowe nie stanowi najwyższej wartości?

Przerażające w tej niewielkiej powieści jest to, że jest bliższa rzeczywistości niż chciałoby się myśleć. Niestety.


Panorama mariny w Pirovac, Chorwacja

niedziela, 5 maja 2019

Ciernista róża, Charlotte Link


Ciernista róża, Charlotte Link
Przekład z języka niemieckiego Ewa Spirydowicz
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2016
ISBN: 978-83-7508-994-3

Za każdym razem, gdy czytam tego typu książkę czuję się trochę zażenowana, trochę zawstydzona, że czytam tak mało ambitnie, że marnuję czas, że tak odmużdżająco... A prawdą jest, że takie bzdury pochłania się w mgnieniu oka i po prostu się przy nich odpoczywa. 
Walczę więc z tym irracjonalnym poczuciem zawstydzenia.

Inną sprawą jest to, że najbardziej cenionego (lubianego) autora należy dozować. A ja, mam wrażenie, że czytam KOMPULSYWNIE. Tak jest z Murakamim, Majgull Axelsson, Eleną Ferante, Richardem Flanaganem, Mariuszem Szczygłem... no i czasem z Charlotte Link.
Nie wszystkim wystarcza kreatywności, by kolejne utwory nie powielały schematów. W efekcie czytając kolejne dzieła Link odnoszę wrażenie, że autorka do tego stopnia wyeksploatowała pomysły, że kolejna fabuła jest wymęczona, wymyślona na siłę.
W przypadku twórczości Charlotte Link nawet trudno powieści sklasyfikować jednoznacznie jako kryminały. To nie wada, uważam, ale jako kryminały jej powieści są sprzedawane. Więcej w nich jednak powieści obyczajowych, romansów, sag rodzinnych niż kryminałów.

Muszę przyznać, że są wśród jej powieści całkiem dobre, tak jak LISIA DOLINA, której zapomnieć nie mogę, lub DOM SIÓSTR, w którym wątek kryminalny ma zupełnie marginalne znaczenie.

CIERNISTA RÓŻA jest jednak do tego stopnia przekombinowana, że definitywnie tą powieścią kończę moją przygodę z twórczością Charlotte Link. Więcej nie zniosę.
Często powieści tej autorki są dwuwątkowe. Jeden współczesny, drugi historyczny. 
Tu starsza historia rozgrywa się w czasie II wojny światowej na Wyspach Normandzkich okupowanych przez Niemców. Komendant jednej z wysp ma młodą żoną, która po zakończeniu wojny i śmierci męża pozostaje na wyspie. Nadal zamieszkuje w zajętym podczas okupacji domu, wciąż z prawowitą właścicielką! Przez kilkadziesiąt lat!
Jest to, moim zdaniem, tak absurdalne, że aż irytujące. Znam trochę historię i nie mogę sobie wyobrazić, żeby żona hitlerowskiego oficera była mile widziana w społeczności lokalnej po zakończeniu wojny. Nie mogę też uwierzyć, że prawowita właścicielka domu, która tyle wycierpiała w czasie wojny, godzi się dzielić dom z żoną faszysty...
Pomijając aspekt historyczny powieści, kilkaset jej stron to historia nie mająca nic wspólnego z gatunkiem literackim, do którego została przypisana. Pod koniec, jakby autorka zreflektowała się, że o czymś zapomniała i "dorzuciła" morderstwo. I zrobiło się tak rozpaczliwie naiwnie, głupio wręcz, że jest mi szczególnie wstyd, że to coś czytałam.

Nie polecam. Nie polecam i koniec!

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął, Jonas Jonasson


Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął, Jonas Jonasson
Przekład z języka szwedzkiego Joanna Myszkowska-Mangold
Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2015
Audiobook czytany przez Artura Barcisia

Ta książka przeleżała na półce czekając na swą kolej ze trzy lata. Tym razem intuicja mnie nie zawiodła. Mogła czekać dalej!
Czegoś tak głupiego, dawno nie czytałam. Mało, że głupie! Infantylne, trywialne i nudne. Momentami nudne do bólu.
A miało być śmiesznie... Szczerze powiem, że rozbawiła mnie jedna scena, w rozdziale 25., scena przesłuchania/rozmowy z prowadzącym śledztwo policjantem.
Głównym bohaterem jest stulatek, który skończył edukację na trzech klasach szkoły powszechnej a miał wpływ na politykę światową przez kilkadziesiąt lat. Znał Stalina, Franco, Trumana, Mao... Wiem, rozumiem, że miało być śmiesznie, ale nie było.
Jedyna konkluzja, z którą mogę się zgodzić to ta, że od lat rządzą nami idioci. Podatni na wpływy, skorumpowani, rządni władzy idioci.
Ale biorąc pod uwagę opinie na Lubimy Czytać, to ja pewnie mam problem, polegający na braku poczucia humoru. (sic!)

PS: Książkę czytałam w wersji papierowej i słuchałam audiobooka i muszę podkreślić, że jest czytana rewelacyjnie przez Artura Barcisia, którego uwielbiam za całokształt.

niedziela, 28 kwietnia 2019

Ragtime, E. L. Doctorow


Ragtime, E. L. Doctorow
Przełożyła Mira Michałowska
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1984
Seria Współczesna Proza Światowa

Czytałam tę powieść jakieś trzydzieści lat temu i niewiele z niej pamiętałam. Z kilku powieści Doctorowa najbardziej utkwiła mi w pamięci WITAJCIE W CIĘŻKICH CZASACH.
Powrót okazał się odkryciem i wniosek nasunął mi się jeden: wszystko ma swój czas. Widać wcześniej było za wcześnie.
W powieści zachwyca sposób narracji, jakby ktoś od niechcenia opowiadał historię. Pełno w niej wątków pobocznych, w których z łatwością splatają się fakty historyczne z fikcją literacką, stąd stwierdzenia, że powieść "przekracza granice gatunku".  
W efekcie otrzymujemy niezwykle sugestywny obraz początku dwudziestego wieku.
Akcja powieści rozgrywa się w latach 1902-1912, choć na kilku ostatnich stronach wspomina się o zamachu na arcyksięcia Ferdynanda i wybuchy I wojny światowej.
W tym przedziale czasowych opowiedziane są losy trzech rodzin, które splatają się w dramatyczny sposób: amerykańskiej rodziny należącej do klasy średniej, żydowskiego emigranta z Europy Wschodniej i czarnoskórego muzyka grającego ragtime w luksusowych hotelach dla bogatych, białych Amerykanów.
Okres, którego dotyczy powieść to z jednej strony dynamiczny rozwój przemysłu, prowadzący do nadmiernego bogacenia się wąskiej grupy społecznej, kosztem źle opłacanych i wykorzystywanych robotników, budzące się ruchy związkowe, początek ruchów emancypacyjnych kobiet, rodzący się bunt społeczności afroamerykańskiej w odpowiedzi na powszechny rasizm... 
Wydawałoby się, że tak poważna i ważna tematyka musi być ciężka do przebrnięcia. Jednak nic bardziej mylnego. Powieść jest z całą pewnością jedną z najważniejszych jakie przeczytałam i zasługuje na miano ARCYDZIEŁA.
Teraz muszę znaleźć dostęp do wersji filmowej powstałej w 1981 w reżyserii Milosa Formana! 
Polecam uważnej lekturze! 

środa, 3 kwietnia 2019

Wyznaję, Jaume Cabre



Wyznaję, Jaume Cabre
Przekład z języka katalońskiego Anna Sawicka
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2013
Audiobook czyta Krzysztof Stelmaszyk

Łatwiej kupić książkę, niż znaleźć czas na jej przeczytanie.
Ta odleżała na półce w oczekiwaniu na swą kolej jakieś cztery lata. Może dobrze, do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć.
Nie jest to łatwa lektura, choćby ze względu na to, że autor nie życzył sobie, by tłumaczyć wypowiedzi w obcych językach. A że bohater, Adrian Ardevol i Bosch, mówił w kilkunastu, często sięgałam po tłumaczenia. Przy tym powieść ma 760 stron i nawet trzyma się ją niewygodnie.
Pewnym utrudnieniem jest również to, że autor ma dość swobodny stosunek do chronologii. Drobna chwila nieuwagi i traci się kontekst.

To wszystko jednak drobnostki, nieistotne szczegóły, bo powieść po prostu mnie zachwyciła. Historią życia bohatera, pięknym językiem, przemyśleniami na temat sensu życia, miłości, przyjaźni, historii, religii, zła...
Przy tym nie otrzymuje się gotowych odpowiedzi, raczej zostaje się zmuszonym do własnych refleksji.
Trudno nie zauważyć, że historia ludzkości to historia konfliktów, zbrodni i przemocy. Nie sposób nie zauważyć, że większość z nich ma podłoże religijne. Od czasów najwcześniejszych do dzisiaj. Od wojen religijnych, inkwizycji, holokaustu po współczesne zamachy.
Bohater przez większość życia usiłuje dociec źródła zła, znaleźć odpowiedź dlaczego ludzie wkładają tyle wysiłku w sianie nienawiści, skoro można robić tyle pięknych rzeczy (sztuka).
Ta monumentalna powieść jest również o miłości. Takiej, która nadaje sens życiu, ale niewyidealizowanej. Nie pozbawionej kłamstw, niewierności, nielojalności. Pada stwierdzenie, że "życie jest sumą samotności"...
Jaume Cabre po mistrzowsku, w kilku słowach potrafi zawrzeć cały dramatyzm straty: "Była świetna kiedy rysowała. Była świetna. Była."
I w następnym akapicie: "Życie toczyło się nadal-smutniejsze, ale jednak życie."
Będąc świadkiem sześćdziesięciu lat życia bohatera nie trudno dostrzec konsekwencji tego w jakiej rodzinie przychodzimy na świat, że przeszłość determinuje i teraźniejszość i przyszłość.
Każde wydarzenie współczesne jest skutkiem czegoś wcześniejszego, nawet sprzed kilkuset lat. Tylko w splątaniu zdarzeń trudno czasem odnaleźć związki.
Kilka razy pada stwierdzenie, "że przyjście na świat w tej rodzinie było niewybaczalnym błędem."

Niezwykle mądra, piękna opowieść. Z pewnością będzie (jest) jedną z najważniejszych jakie przeczytałam.

niedziela, 17 marca 2019

Krótka historia czasu, Stephen Hawking


Krótka historia czasu. Od wielkiego wybuchu do czarnych dziur, Stephen Hawking
Przekład Piotr Amsterdamski
Wydawnictwo ZYSK i S-ka, Poznań

Czytałam tę książkę i słucham wersji audio. Wciąż wracałam, uważając, że coś mi umknęło. Nie jest to łatwa lektura i kilka razy miałam zamiar odpuścić, choć znaczną częścią zagadnień zajmuję się zawodowo.
Kilka informacji dotarło do mnie jak obuchem w głowę, bo choć nie obce, nigdy nie spojrzałam na nie z tej strony.
Książka utwierdziła mnie w fascynacji umysłowością Stephena Hawkinga. Jakoś bardzo osobiście odebrałam wiadomość o jego śmierci rok temu (3 dni temu była już rocznica jego śmierci).
Zabawne, że autor był przekonany, że pisze w sposób dostępny dla zwykłego śmiertelnika.
Ponoć "statystyczny" czytelnik dotarł do 29. strony. Jeśli to prawda, to odniosłam swego rodzaju sukces :):)
Zanim zdecydowałam się napisać kilka zdań na temat wrażeń z lektury, przeczytałam na Lubimy Czytać co napisali inni... i nie wierzę, nie wierzę tym zachwytom. Nie wierzę, że czytali z takim zainteresowaniem jak sugerują. Nie są to zagadnienia dostępne ludziom bez jakiegoś minimum wiedzy na temat matematyki, fizyki, chemii...
A może jestem po prostu mniej inteligentna, czego oczywiście wykluczyć nie można.
Dla mnie ta książka jest lekcją pokory.

wtorek, 5 marca 2019

Niedziela, która zdarzyła się w środę, Mariusz Szczygieł


Niedziela, która zdarzyła się w środę, Mariusz Szczygieł
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017

Zbiór piętnastu reportaży z początku lat dziewięćdziesiątych, które po dwudziestu pięciu latach mogłyby mieć charakter wyłącznie historyczny, gdyby nie to, że pod wieloma względami niewiele się zmieniło. 
Młody reporter Gazety Wyborczej wyruszył w podróż po Polsce, aby opisać zmiany wywołane transformacją ustrojową. Fabryki upadały jedna za drugą lub zmieniały właścicieli, a nowy właściciel kierował się rachunkiem ekonomicznym, nie utrzymaniem za wszelką cenę miejsc pracy. Bezrobocie było ponad dwudziestoprocentowe a ludzie nie umieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości. 
Reportaże nie dotyczą tylko nowej sytuacji ekonomicznej. Jeden z reportaży opisuje budowę monumentalnej bazyliki w Licheniu i ogromnego kompleksu sanktuarium maryjnego, inny dotyczy onanizmu, a jeszcze inny treści zawartych w ogłoszeniach prasowych. 
Jest to ewidentnie obraz Polski, ale czy obraz wyłącznie historyczny? 
Uważam, że zmieniła się od tego czasu przede wszystkim sytuacja ekonomiczna Polaków. Niektóre cechy jednak uległy wręcz eskalacji. Jesteśmy narodem bigoteryjnym, wciąż brak w polskich szkołach rzetelnej edukacji seksualnej, opartej na wiedzy medycznej a nie przez pryzmat religii. Czy w ogóle można powiedzieć, że Polska jest państwem świeckim? 
Przygnębiający to obraz Polski. A biorąc pod uwagę jak wciąż aktualny, przygnębia jeszcze bardziej.
Kolejny materiał do przemyśleń.
Choć od razu nasuwa się cytat z Georga W. F. Hegla: Historia uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła. 
Lektura obowiązkowa.

sobota, 23 lutego 2019

Wszystkie boże dzieci tańczą, Haruki Murakami




Wszystkie boże dzieci tańczą, Haruki Murakami
Przekład z japońskiego Anna Zielińska-Elliott
Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa, 2009

Pisać jak Haruki Murakami! 
Zobaczyć coś niezwykłego w życiu zwykłych ludzi, historię w epizodzie...

W tym zbiorze otrzymujemy sześć opowiadań, w których nie doszukiwałabym się wspólnego mianownika, choć we wszystkich, w tle pojawia się trzęsienie ziemi w Kobe. Jedno z najtragiczniejszych w historii Japonii, które nastąpiło 17 stycznia 1995 roku, trwało zaledwie 20 sekund i pochłonęło 6434 ofiary. 

U Murakamiego wszystko jest możliwe, nic nie dziwi i wszystko jest totalnie nieprzewidywalne. 
Tylko on może zawrzeć w jednym zdaniu: "Już nie przerażały go śmierć, choroby weneryczne i rozmiar wszechświata." 
Tylko u niego można znaleźć taki oto lek na kaca: "Jeden z jego przyjaciół mówił, że kiedy ma kaca zawsze ogląda poranny program w telewizji. Gdy słucha nieustępliwych reporterek mówiących o skandalach w świecie artystycznym, od razu udaje mu się zwymiotować."

W tych opowiadaniach można odnaleźć typowe cechy późniejszej twórczości. Czasem to co dzieje się w snach, myślach, marzeniach bohaterów, jest bardziej realne od tego co dzieje się w ich rzeczywistym życiu.
To 100% Murakamiego.

Szukałam tej książki prawie dwa lata, bo od 2009 roku nie była wznawiana. 
Ktoś widać podziela zdanie jednego z bohaterów, nawiasem mówiąc autora opowiadań, że "... powieści przyciągają dużo więcej uwagi niż opowiadania".
I mam wrażenie, że w jednym z opowiadań znalazłam prototyp bohatera ostatniej powieści.
Niezmiennie warto.
  

niedziela, 10 lutego 2019

Droga do piekła, Majgull Axelsson



Droga do piekła, Majgull Axelsson
Przekład Halina Thylwe
Wydawnictwo W.A.B., SERIA Z MIOTŁĄ

W mojej domowej bibliotece jest około dziesięciu książek wydanych w tej serii, w tym pięć Majgull Axelsson. Nie wszystkie są równie dobre. Ponoć założeniem była publikacja twórczości kobiet, adresowanej do kobiet. Zatem tzw. LITERATURA KOBIECA. 
Już samo to sformułowanie budzi moją niechęć, choć powinnam napisać PODNOSI MI CIŚNIENIE. Bo co to jest literatura kobieca? O jakiejś specyficznej tematyce, czy o ODPOWIEDNIM poziomie intelektualnym? Trochę czytam, a jakoś trudno mi sobie przypomnieć żeby używano pojęcia "literatura męska". 
Być może miotła jest atrybutem czarownic i nazwa serii miała do nich nawiązywać, ale i tak mam zastrzeżenia. Bo nie jestem przekonana, czy dla wszystkich jest oczywiste, że tzw czarownice, to była ta bardziej światła część żeńskiej populacji. Lepiej wykształcona, choć często przez matki i babki. Widząca więcej, bo myśląca logicznie. Przy tym mająca odwagę żyć pod prąd. I jak powiedziało moje mądre dziecko, które jest przekonane, że "czarownice" to były pierwsze feministki. 
I pewnie dlatego w procesach o czary spalono ich tyle, że dane są wyłącznie szacunkowe.   

Każdą historię można opowiedzieć na wiele sposobów.
Majgull Axelsson robi to tak, że istoty przekazu nie sposób pozbyć się z głowy. 
Z pozoru jest to historia szwedzkiej pracownicy konsularnej, która spędziła osiem lat w Indiach i kilka kolejnych na Filipinach. Nie jest to jednak opowieść o życiu dyplomatów, lecz o zderzeniu dwóch światów. Bogatego świata zachodu i Trzeciego Świata, który w spadku po epoce kolonialnej odziedziczył biedę i zależność od dawnych kolonistów. 
Jest o kilkuletnich dzieciach, które pracują w fabrykach włókienniczych, by utrzymać młodsze rodzeństwo, o dzieciach, które są towarem, których życie nikogo nie interesuje. Są bezdomne, żyją i umierają na ulicy. 
To powieść o ogromie hipokryzji. Z jednej strony wielkie europejskie firmy produkują w krajach Trzeciego Świata, często z wykorzystaniem niewolniczej pracy dzieci, a zamożni ludzie poprawiają sobie samopoczucie działalnością charytatywną. Jak napisała Majgull Axelsson, panie w sari za kilka tysięcy dolarów odwiedzają dzielnice biedoty w towarzystwie licznych ochroniarzy co ma znaczenie głównie wizerunkowe. 
Brak jakichkolwiek rozwiązań systemowych. Brak dostępu do edukacji, regulacji urodzin...

Jednak te zagadnienia są jakby przemycone w tej powieści. 
Są jakby drugim dnem. A autorka jak zwykle robi to w sposób mistrzowski. Jak w poprzednich czterech przeczytanych przeze mnie powieściach. 
Świetnie się ją czyta, jest nieźle wydana. Podoba mi się grafika, ale dziwne, że nie mogłam znaleźć jej autora.
     

poniedziałek, 4 lutego 2019

Myszy i ludzie, John Steinbeck



Myszy i ludzie, John Steinbeck
Przekład Zbigniew Batko
Prószyński i Spółka, Warszawa 2012

Bardzo ważna powieść, o której znaczeniu dużo mówi notka na Wikipedii dostępna tutaj, bowiem tło historyczne pozwala lepiej zrozumieć fabułę.
Powieść była ekranizowana i wystawiana w teatrach. Jest jedną z najważniejszych w dorobku autora, noblisty z roku 1962.
Wszyscy rozpisują się na temat niezwykłej przyjaźni głównych bohaterów. Niezwykłej, bo jeden z nich jest niepełnosprawny intelektualnie. To prawdopodobnie mogło zaskakiwać w czasach, w których powieść została napisana. Dzielą nas lata świetlne pod względem mentalnym. Ja uważam, że opowiada ona (powieść) o człowieczeństwie na takim poziomie, że trudno o kontekst historyczny. 
A że przy okazji o ponadczasowych marzeniach o stabilizacji, przewidywalności jutra i bezpieczeństwie, to inna sprawa. 
Powieść jest ponadczasowa i uniwersalna. 
Dla mnie ważna z tego powodu, że uświadomiła mi, że nie można trwonić czasu na czytanie byle czego, że mimo tego, że czytam od tak wielu lat, że ... nie policzę, to wciąż więcej mam zaległości niż osiągnięć.
Koniecznie!

środa, 30 stycznia 2019

Projekt: Prawda, Mariusz Szczygieł



Projekt: Prawda, Mariusz Szczygieł
Dowody na Istnienie, Warszawa 2016

W wielkich dramatach, które nas spotykają, od zawsze zasmuca mnie to, że zostajemy w nich sami. Nikt nie jest w stanie zauważyć naszego trzęsienia ziemi, kataklizmu na ogromną skalę. Świat się nie zatrzymuje, nie zaczyna się kręcić w przeciwną stronę. I żeby nie wiem jak wielka była miłość, jak wielka strata, gdy się kończy, następnego dnia wszystko jest jak wcześniej.
Nie wiem, czy jeszcze bardziej nie jest smutne to, że i my z czasem mniej cierpimy. Przyzwyczajamy się do cierpienia tak, że nawet mniej boli. 

Stanisław Stanuch w powieści PORTRET Z PAMIĘCI napisał, że każdy powinien "...odkryć w swoim życiu jedną, bodaj najmniejszą prawdę. W przeciwnym razie życie jego wydawać się może zmarnowane." Te słowa miały być inspiracją do napisania PROJEKTU: PRAWDA.

Nie znalazłam tu odpowiedzi co jest tą życiową prawdą, ale nie jest to zarzut. Może nie ma jednej uniwersalnej prawdy? Może jeszcze nie umiem jej znaleźć? A może są prawdy na każdą okoliczność lub każdy ma swoją?

Choć są w tej książce fragmenty lżejsze, bije z niej ogromny smutek. Z rozdziału NIEZGODA NA NIEOBECNOŚĆ, z cytowanych wypowiedzi i fragmentów książek:
- "Kochać znaczy powiedzieć drugiemu: ty nie umrzesz" (Gabriel Marcel); 
- "Lampki, dachy wieżowców Adama Patrzyka, Richter, Davis, biały welur, jagody na podniebieniu, Murakami - to jest szczęście. Zamiast innego szczęścia oczywiście."
- "Wszyscy jesteśmy dla siebie etapami".
- "Pisać. A pisać tylko po to, by coś uwiecznić, jakąś miłość, jakieś uniesienie? Jakąś stratę?
Albo gorzej - uwiecznić liść na drzewie, a nie trzęsienie ziemi? Albo swoje własne trzęsienie ziemi, którego nikt inny nie poczuł tak jak my?"  


Znalazłam tu mnóstwo materiału do przemyśleń i kilka zaskakujących dla mnie spostrzeżeń:

- W PRAWDZIE PROFESORA (Wiktora Osiatyńskiego) odkryciem okazała się uwaga, że ani w Dekalogu, ani w siedmiu grzechach głównych nie wspomina się o KŁAMSTWIE!
- W PRAWDZIE TARASU zauroczyło mnie stwierdzenie autora, "że jest nieoczywistym Polakiem".

Polubiłam bohaterów PRAWDY KRZESŁA, którzy nadają drugie życie przedmiotom i nie hołdują powszechnemu konsumpcjonizmowi.

Pojawiło się pytanie czy to Joan Didion podsunęła pomysł na napisanie NIE MA?

Spodobało mi się kilka uwag o charakterze ogólnym, jak te ze Stanucha:
- "w życiu liczą się nie tyle fakty, co konsekwencje faktów..."
- "Tymczasem miłość, wbrew temu co sądzi się powszechnie, nie polega na zbliżeniu, ale przede wszystkim na umiejętności zachowania dystansu."

Muszę zdobyć PIERŚCIEŃ Z PAPIERU Zygmunta Haupta, aby wyjaśnić co jest tą najważniejszą prawdą obalającą wszystkie prawdy!

I na koniec... lubię język Mariusza Szczygła ("ogród zadbany jak zęby amerykańskich aktorów"), absolutny dystans do siebie, który spowodował, że czytając PRAWDĘ Z CENNIKA na głos, wyłam ze śmiechu i jego poczucie humoru z PRAWDY PISARZY ŚWIATA (reakcja jak wyżej).

Chciałabym zobaczyć to co Autor widzi w ludziach i mieć umiejętność z codziennych rzeczy TWORZENIA historii.

I chyba pozostanę w nadziei, jak powiedziała Anna Chynek w PRAWDZIE Z PARKU DLA LISTONOSZY, " że ją prawda sama znajdzie, kiedy przyjdzie czas"... może i mnie znajdzie?


wtorek, 15 stycznia 2019

Obsesyjna miłość, Elena Ferrante



Obsesyjna miłość, Elena Ferrante
Przekład z języka włoskiego Lucyna Rodziewicz-Doktór
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2018

Zachwycił mnie cytat z ostatnich stron książki: "Dzieciństwo to fabryka kłamstw..." Zawsze zazdrościłam zdolności zawierania oceanu treści w kilku słowach. 
A przy tym jest to tak oczywiste stwierdzenie, że aż niemożliwe by na to wpaść. 

Fabuła jest prosta. Sześćdziesięcioletnia kobieta tonie w niejasnych okolicznościach. Córka, która przyjechała na pogrzeb, usiłuje wyjaśnić co doprowadziło do śmierci matki. 
Opowiada o dzieciństwie w dzielnicy biedoty, o skonfliktowanych rodzicach, o ojcu, który nagminnie stosował przemoc fizyczną wobec matki. Ale przede wszystkim stara się rozwikłać niejednoznaczną relację rodziców z mężczyzną, który, jak podejrzewa, doprowadził do rozpadu ich małżeństwa. 
Cała trójka dorosłych przez kilkadziesiąt lat tkwiła w toksycznym związku, świadomie sobą manipulując. 
Kim był tajemniczy mężczyzna? Kochankiem czy przyjacielem?

Po sukcesie cyklu neapolitańskiego zdecydowano się na wydanie debiutanckiej powieści Eleny Ferrante. Wydawca zapewnia, że jest to "zapierający dech w piersiach thriller". Obawiam się, że autor tych słów powinien wybrać się do pulmonologa. Nie potrafiłam znaleźć w tej powieści thrillera, za to miałam kilka razy skojarzenie z filmem z 1976 ODRAŻAJĄCY, BRUDNI I ŹLI, który był dla mnie dość traumatycznym przeżyciem. 

Otrzymujemy w tej powieści dobrze napisaną powieść obyczajową, która jednak nie rzuca na kolana. Znowu Neapol w tle, znowu rodzina tak dysfunkcyjna, że jedynym wyjściem jest odcięcie się od korzeni, znowu awans społeczny i nasuwa się konkluzja, że można uciec z miejsca, ale miejsce z nas nie ucieknie. 
Może trzeba uwzględnić i pogodzić się z tym, że jest to debiut literacki, że autorka musiała dojrzeć do poziomu tetralogii?

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Córka, Elena Ferrante



Córka, Elena Ferrante
Przełożyła Lucyna Rodziewicz-Doktór
Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2017

CÓRKA jest kolejną po cyklu neapolitańskim powieścią obyczajową Eleny Ferrante, zaskakująco krótką w porównaniu z nim, ale zawierającą kilka elementów wspólnych. Obie bohaterki są rozwiedzione, mają po dwie córki, które mieszkają z ojcami w Kanadzie. 
Zastanawiam się, czy powtarzające się wątki, nie świadczą o tym, że fabuła ma w jakimś stopniu  autobiograficzne korzenie. Mogę się mylić, oczywiście. 

Jest to historia jednych, nadmorskich wakacji, na które bohaterka, Leda, wyjeżdża sama, z zamiarem nadrobienia zaległości w pracy. Jednak trudno jej się skupić, bo na plaży zaczyna obserwować rodzinę, która przypomina jej własną sprzed lat. Tu też pojawiają się elementy wspólne z tetralogią.
Młoda kobieta, matka kilkuletniej córki, wyraźnie różni się rodziny męża. Do tego wdaje się w romans ze studentem prawa, pracującym w czasie wakacji jako ratownik.
Gdy kobiety nawiązują znajomość, Leda przestaje być tylko obserwatorką. 

Ku własnemu zaskoczeniu, opowiada o okresie, gdy zbuntowała się przeciwko sprowadzeniu jej do roli matki. O tym, jak chcąc kontynuować karierę naukową, porzuciła męża i kilkuletnie córki.  

Lubię twórczość E. Ferrante, a tetralogią byłam zachwycona. Ta powieść nie odbiega poziomem od cyklu neapolitańskiego. Jest silnie osadzona w kulturze włoskiej, z jej patriarchalnym modelem rodziny. Daje sporo materiału do przemyśleń. Szczególnie na temat roli kobiety we współczesnym świecie, trudności w godzeniu macierzyństwa z karierą zawodową. Przypomina, że mimo zmian w obyczajowości, wciąż żyjemy w świecie męskiej dominacji.


środa, 2 stycznia 2019

A ja żem jej powiedziała, Katarzyna Nosowska



A ja żem jej powiedziała, Katarzyna Nosowska
Wielka Litera, Warszawa 2018

Wpadła mi w ręce książka, której w życiu nie kupiłabym z własnej woli. Nie interesują mnie plotkarskie media, informacje z kim kto aktualnie uprawia seks, czy jak brzydko się starzeje ktoś, kto jeszcze niedawno był na okładkach wszystkiego. Nie potrzebuję do życia, czyjegoś życia. Nie potrzebuję też rad od osób, które stały się AUTORYTETAMI, bo są rozpoznawane. 
Dostałam tę książkę, od córki, która chciała się jej pozbyć zdegustowana zawartością, a sama ją dostała. Przy okazji była ciekawa mojej opinii. A, że potrzebowałam czegoś do czytania...

To co napisało wydawnictwo na okładce książki to bzdura. Ta książka nie jest PETARDĄ, cokolwiek to znaczy. Przy okazji... nie znoszę tego durnego określenia. Treść nie jest ani głęboka, ani błyskotliwa, ani zabawna.
Ta książka jest neurotyczna, przygnębiająca i monotematyczna. Mam wrażenie, że jest formą terapii, tak jak bywa rozmowa z kimś bliskim. Zwerbalizowanie problemów, to ich zminimalizowanie. Tylko po cholerę o tym gadać z ...tysiącami ludzi?
Do tego nie zgadzam się z autorką w większości poruszanych kwestii:
- nie można żyć nie angażując się w politykę czy działalność społeczną, licząc, że ktoś odwali za nas całą robotę;
- nie zgadzam się, że autorka poradziła sobie z problemami, wprost przeciwnie, jest jednym wielkim problemem, a ta książka jest ekshibicjonistycznym dowodem;
- nie można drzeć łacha z social mediów i w nich uczestniczyć, bo to brak konsekwencji;
- nie zgadzam się ze stwierdzeniem kolegów autorki, że "jak suka nie da, to pies nie weźmie", bo to facetowskie stwierdzenie usprawiedliwiające korzystanie z nadarzającej się okazji. A facet to co? Mózgu nie ma? Myśli genitaliami?

Autorka pisze, bo lubi. Jak pisze to pali, jak pali to nie je. No i ma za złe: rodzicom, byłym facetom, czasowi, menopauzie (to też czasowi), mediom społecznościowym, przyjaciółkom, które głównie wyrywają aktualnego faceta, show biznesowi (którego jest elementem)... Tylko po cholerę ktoś ma to czytać? Szczęśliwie, próbując zrozumieć moje dziecko i pytana przez nie co chwilę o wrażenia, przeczytałam TO w jeden wieczór. 

Nie byłabym uczciwa, gdybym nie powiedziała, że znalazłam kilka fajnych tekstów, na przykład o alkoholizmie, o robieniu za autorytet w dziedzinie wszystkiego, redefinicja znajomych na facebooku,  o paleniu... 
Ale to za mało, żeby było warto. 
Do tego beznadziejne wydanie. Ta książeczka miałaby połowę objętości, gdyby nie napompowana grafika. Zawsze mam wrażenie, że tylko po to, by uzasadnić cenę.
Reasumują, może autorka dobrych tekstów nie musi od razu pisać książki.