wtorek, 7 lutego 2023

Dzień 19. (06.02.23)

Tak bardzo staram się nie nie rozklejać, nie litować nad sobą, bo tu nie ja jestem ofiarą. To jemu odebrano możliwość cieszenia się słońcem, dłuższym dniem, kolejną zbliżającą się wiosną...

Wczoraj wszystko przebiegało bez komplikacji, choć łatwo nie było. Dostałam w końcu oryginały włoskich dokumentów wraz uwierzytelnionymi tłumaczeniami i bagaż Krzysztofa z Rzymu. Na granicy płaczu spędziłam ponad godzinę w USC załatwiając polski akt zgonu. Nie płakałam. Ania miała dla mnie dobrą wiadomość, odebrałam foteliki samochodowe dla maluszków Ani. 

W biurze było trochę gorzej, bo tam nawet durne korektory przypominają jak zjeździł pół miasta żeby znaleźć te, które lubię. Z okna pierwszego piętra wysyłałam zdjęcie parkingu, mówiące "mam miejsce". Patrzę na puste krzesła i widzę jego jak przegląda telefon czekając aż skończę pracę... 

Trzymałam się do momentu kiedy podjechałam do domu i okazało się, że pilotem nie otworzę bramy. Po kilku próbach ryczałam już na całego. Wiem, że można ją otworzyć manualnie, ale nigdy tego nie robiłam. Próbowałam wejść do domu furtką, ale elektrozamek też zamarzł. Dostałam histerii. Dzwoniłam do firmy od bramy, ale nie odebrali telefonu. Była 20.30! Czy coś by się stało gdyby udzielono mi wskazówek przez telefon? Po chwili szarpania się otworzyłam furtkę i zaczęłam wnosić wszystko do domu. Widząc co się dzieje, wyszła ta miła starsza pani z naprzeciwka. Pytała jak może pomóc i kogo zawołać. Zadzwoniłam do sąsiadki z drugiej strony, do Doroty i poprosiłam o pomoc jej męża. Słyszałam, że zaczyna płakać ze mną. Grzegorz odblokował i otworzył bramę, poczekał aż wjadę, sprawdził wszystko czy pozamykane. Powiedział, żeby dzwonić gdy będę miała z czymś problem. 

Nigdy nie myślałam, że będę sama. Nigdy nie zastanawiałam się ile problemów zdejmuje Krzysztof z moich pleców. Nie zastanawiałam się jak bardzo ułatwia moje funkcjonowanie. Choć wciąż, gdy nie mogę się z czymś uporać, pierwszą myślą jest POPROSZĘ KRZYSZTOFA. 


niedziela, 5 lutego 2023

The Sims

Zdałam sobie sprawę, że byliśmy bezczelnie, arogancko szczęśliwi. Co więcej obnosiliśmy się z tym szczęściem jak idioci. Może dlatego zapamiętywali nas ludzie ze sklepów, ulubionych kawiarni czy salonu naszej marki samochodu.  

Gdy jeszcze pracowałam w domu on przynosił miseczki z obranymi owocami, kanapeczki, ciasteczka. Parzył herbatę lub kawę zmarzniętym uczniom, czasem podkarmiał. Moje uczennice rozpływały się w pochwałach, jakiego to mam dobrego męża. Gdy przeniosłam pracę do wynajmowanego biura czasem odwoził mnie do pracy a przyjeżdżając po mnie przywoził bułkę drożdżową lub jakąś przekąskę. 

Kupił mi świetny wentylator gdy tylko poskarżyłam się na upały i przywiózł oczyszczacz powietrza gdy zaczął się sezon grzewczy a miasto spowił smog. 

Był wyrozumiały dla mojego wariactwa, wiedział, że wybuchnę a za chwilę będę przepraszać i łasić się. Wiedział, k... wiedział, że dam się za niego pokroić w plasterki... 

I spotkała nas kara. 

A tyle razy powtarzałam sobie, nawet w myślach nie mów sobie że jesteś szczęśliwa, bo za tą myślą już pędzi jakaś katastrofa. Strofowałam go gdy robił długoterminowe plany, przypominałam, że mamy ponad 60 lat... Żył tak, jakby miał żyć wiecznie. 

A ja nie wiem jak żyć bez niego.

sobota, 4 lutego 2023

Wesele

Na przełomie roku 1979 i 1980 kupno czegoś sensownego graniczyło z cudem. Materiał na suknię gdzieś zdobyła moja teściowa, buty pożyczyła mi jakaś koleżanka, dodam, że sandałki na szpilce w kolorze ecru na ślub w lutym. Do ślubu cywilnego wymyśliłam sobie kostium przypominający chiński mundurek z czasów Mao. Sukienka była szyta w salonie Mody Polskiej, więc ą i ę, ale mojego projektu. Wymyśliłam sobie coś pośredniego między koszulą nocną a habitem. Z perspektywy czasu-dramat. Ale pamiętam, że brat męża był zachwycony. Inne głosy do mnie nie dotarły. 

Na niekończące się przymiarki na Placu Grunwaldzkim jeździłyśmy z Krzyków z Hanią. Zawsze gdzieś wpadałyśmy do jakieś knajpy, kawiarni, więc fajne było to jeżdżenie. Nie pomyślałam jednak o stu rzeczach. Na przykład o tym, że fajnie byłoby mieć coś na przebranie w połowie wesela, czyli jakąś elegancką sukienkę, zignorowałam wszelkie dodatki no i do cholery coś do okrycia na tę cienką jedwabną sukienkę. W końcu ślub był w lutym. 

Przyjechaliśmy do Dębna (woj. zachodniopomorskie) chyba 2 doby przed weselem. Siedzieliśmy w małym pokoju mojego brata w blisko dziesięć osób, piliśmy wódkę i spać poszliśmy nad ranem. W kolejną noc zjeżdżali się goście weselni i na zmianę biegaliśmy zakwaterować ich w wynajętym hoteliku kilkaset metrów od domu rodziców. Spania znowu raczej nie było. W dzień przed weselem byliśmy zombi. Makijaż ślubny zrobiłam sama, uczesałam się sama, lakier na paznokciach, pamiętam, był w opłakanym stanie, bo nie dane mu było wyschnąć w spokoju. Pół dnia prasowałam jakąś cholerną rumuńską koszulę narzeczonego, bo co ją wyprasowałam z jednej strony, pogniotła się z drugiej. Rzucałam tą koszulą i klęłam. 

W przeddzień ślubu Krzysztof nie miał jeszcze butów do garnituru i pojechał z kimś do Gorzowa Wielkopolskiego, oddalonego o 40 km. Ale wrócił z butami, na skórzanych spodach, czytaj śliskich. Ślub cywilny odbył się bez sensacji. 

Sukienka mimo tylu przymiarek okazała się porażką. Guzików na karku nie dało się zapiąć, bo groziło uduszeniem. Sukienka miała taki fason, że musiała być za długa bo miała być uniesiona nad paskiem o specjalnym kroju. Tylko krawcowa zrobiła zapięcie na zatrzaski, więc co wzięłam głębszy wdech spadał ze mnie pasek, a ja plątałam się w za długiej sukni. 

Wymyśliłam sobie długi welon, którego za cholerę nie można było przypiąć do moich krótkich włosów. Żeby to jakoś trzymało się na głowie, użyto garści spinek. Wychodząc z mieszkania najpierw mój mąż nadepnął na welon i o mało się nie przewróciłam, welon przypięty był skutecznie. Gdy schodziłam po schodach przed nim, on w tych butach na skórzanych spodach poślizgnął się lądując mi na plecach. Cudem nie spadliśmy z tych schodów. W kościele dostałam ataku głupawki, szczególnie że mój brat, ministrant stojąc za księdzem robił głupie miny. Atak śmiechu był nie do opanowania. A że był luty i nieogrzewany kościół wszyscy myśleli, że trzęsę się z zimna. Ktoś z gości miał białe królicze futro zrobione na sobole i tym mnie okryto. Niewiele pamiętam z wesela. Tylko to, że jakiś dziad chcąc zabrać mi buta by wymienić go na butelkę wódki, zniszczył mi piękne koronkowe rajtuzy kupione za fortunę w sklepie Mody Polskiej. Gdzieś koło północy byliśmy tak wykończeni, że ubrana w mamy biały sweter i w tych sandałkach, on w samym garniturze, w śnieżną noc zasuwaliśmy do domu rodziców około 1,5 km, by po prostu walnąć się spać. 

W domu sprawdziliśmy zawartość kopert i ze trzy razy wyciągaliśmy puste z kosza, żeby przypadkiem nie wyrzucić z pieniędzmi. Wysprzątaliśmy rodzicom mieszkanie (w noc poślubną!) i poszliśmy spać. A jakiś dupek uważał, że konsumowaliśmy małżeństwo. W noc poślubną? Zbyt banalne. 

Rano gdy otworzyliśmy oczy nad naszymi głowami ujrzeliśmy moich rodziców i teściową. Tyle o prywatności. 

Moja przyjaciółka Hania wracała do Wrocławia z moimi wujkami i ciotkami pociągiem i powiedziała, że klimat był nieziemski. Wesela ciąg dalszy, bo goście dostali i alko i żarcie. 

I tak po pół roku znajomości, nie wiedząc o człowieku prawie nic, zostałam jego żoną.  

c.d.n.